ŚNIADANIE U TIFFANY`EGO!

Czasem myślę, że życie wcale nie pisze najlepszych scenariuszy, ale jest barbarzyńskim demiurgiem, miotającym naszymi marionetkami po swojej scenie. Jak inaczej wytłumaczyć to, co przytrafiło się ostatnio moim rodzicom, jeśli nie okrutna krotochwilą, zachcianką Demiurga?
Pozwólcie, że opowiem Wam tę historię, a Wy zdecydujecie sami.
Otóż tego dnia Życie wzięło marionetkę mojego taty, która powiedziała do marionetki mojej mamy:
– Och żono, chodźmy gdzieś na miasto, do fajnej restauracji, mam taką ochotę na owoce morza!
Na to marionetka mojej mamy odrzekła:
– Co za wyborny pomysł mężu! Wszak ostatnio na mieście byliśmy sto lat temu, chętnie zobaczę nowe budynki i ludzi! – po czym dziarsko zaczęła rozmyślać nad toaletą, jaką przywdzieje tego wieczora, albowiem dawno nie miała okazji się tak odwalić.
Doskonale moją mamę rozumiem. Odkąd szczelnie przywarło do mnie życie wiejskie, gdzie raczej noszę gumiaki i dresy niż pantofelki i sukienki, każda okazja żeby wyglądać jak milion baksów, albo przynajmniej dwa tysiące złotych, jest nieoceniona.
Tak więc moja mama przepoczwarzała się w zwiewnego mieszczańskiego motyla, kiedy tata szukał odpowiedniej restauracji. A misja mu powierzona była odpowiedzialna, wszak zachciało im się owoców morza. Przypomnijmy dla niebiegłych w geografii, że Lublin nie ma dostępu do morza, chociaż doskonale pamiętam, że jeszcze Lepper podczas kampanii wyborczej obiecywał nam dostęp do morza i zaskakująco dużo osób mu wtedy uwierzyło.
Tymczasem tata szukał morskich płodów w mieście, które do najbliższego morza ma niespełna 600 kilometrów i jest to Bałtyk. Nie wiem, czy kiedy tata mówił „mam ochotę na owoce morza” to chodziło mu o śledzie, ale nie sądzę. Wyobraźcie sobie tylko śledzia tempurze. Ohyda.
Chodziło więc o to, żeby znaleźć owoce morza, którym można zaufać i bezpiecznie powierzyć je swojemu żołądkowi, a nie kalmary, które tak naprawdę są niedogotowanymi ziemniakami o smaku ryby, czy ośmiornicą, która za życia pływała w wodociągach miejskich, małżem z pobliskiego zalewu, lub sinicą udającą nori.
Ostatecznie tata znalazł miejsce suto pobłogosławione pozytywnymi opiniami internautów. Zadzwonił, żeby zarezerwować stolik. Człowiek, który odebrał telefon, wydał się nieco zaskoczony prośbą taty i oznajmił, że rezerwacja jest zbędna. Wygląda na to, że będzie dla rodziców stolik.
Radośni, wyfiokowani rodzice, opuścili więc smutną pohukującą wieś, spowitą mrokiem i ruszyli na spotkanie miasta, szczodrze polewającego tej nocy musujące światło do pustych kieliszków życia.
Byli nieco zdziwieni, gdy beznamiętny głos z GPSa oznajmił „jesteś u celu”, kiedy zaledwie dotarli do punktu, w którym miasto powoli się rozpędza, a w tym akurat miejscu straszy pustką i brzydotą. Nic więc dziwnego, że tata nieopatrznie zaparkował w bagnie błota, w którym równie nieopatrznie zanurkowała, wysiadająca z samochodu moja mama. Przypomnijmy – w toalecie à la milion baksów. Błotna zupa natychmiast pochłonęła jej błyszczące pantofelki. Mama zaklęła pod nosem siarczyście, jak przystało na Holly Golightly wanna be, po czym obrzuciła tatę błotem.
Niepewnie rozejrzeli się po okolicy, w jakiej wypluł ich samochód.
Na horyzoncie, obskurnym neonem, majaczyła knajpa. Ta knajpa. Knajpa, w której tata chciał zrobić rezerwację. Faktycznie trzy plastikowe stoliki były wolne. Jeżeli ktokolwiek przy nich siedział, to zapewne duchy ludzi, którzy tu coś zjedli. Pod metalową żaluzją okienną muchy dokonywały ostatniego etapu rozkładu, a tabliczka na kiblu informowała, że on także wydaje już ostatnie klozetowe tchnienie.
– Śniadanie u Tiffany`ego, kuźwa – podsumowała w myślach mama. Wzrok taty mówił zaś: „Spierdalamy, zanim staniemy się owocami morza!”
W popłochu uciekali do samochodu, ciesząc się z darowanego im powtórnie życia.
Po przejechaniu kilku kolejnych kilometrów, spłynęło na nich ożywcze światło miasta.
Ich oczom ukazała apetycznie wyglądająca restauracja. Wewnątrz tłoczyli się ludzie, wesołe głosy wylewały się aż na chodnik.
Mama doczyściła pantofelki, po czym rodzice z dumnie podniesionymi głowami, głodni jak dzikie psy, weszli do restauracji. Ich nozdrza bezpardonowo zostały zaatakowane przez najpiękniejsze kulinarne aromaty… Soki w żołądkach zaczęły im się ścinać, ślinianki niepokojąco się uaktywniły, oczy zaszły bielmem głodu, serca zaś wypełniły się wiarą, że oto żołądki zostaną w końcu treściwie dopieszczone. Ledwie zdążyli się pożywić tą wątłą przekąską nadziei, kiedy kelnerka brutalnie rozprawiła się z ich marzeniami:
– Bez rezerwacji nie ma najmniejszych szans, u nas rezerwuje się na dwa tygodnie wcześniej.
Rodzice w głodzie i desperacji sugerowali, że zaadoptują najpodlejszy kącik, byle zjeść cokolwiek, już nawet nie owoce morza, już i plebejskim ziemniakiem nie wzgardzą!
Lecz nie. Musieli opuścić lokal, buchający ciepłym światłem i spływający lawą najmilszych zapachów…
Och, jakże nieprzyjazne im było miasto tej nocy!
Wtem! Doznali olśnienia. Onegdaj znali pewną knajpkę. Można tam było smacznie zjeść. I były owoce morza. Co prawda ostatni raz byli tam dwadzieścia lat temu, lecz kto wie… może nadal prężnie karmi mieszkańców miasta. Pożywieni tą myślą, czym prędzej udali się na miejsce.
Zapewne znacie to uczucie – jako dzieci myśleliście, że coś jest wielkie, monumentalne. Tymczasem jako dorośli postrzegacie to już całkiem inaczej – dlaczego to wydawało mi się takie wielkie, kiedy jest całkiem przeciętnych rozmiarów?
Podobnie więc moja mama, zupełnie nie przypominała sobie, żeby do rzeczonej knajpy prowadziło tak obskurne podwórko. Światło się tam załamywało, pochłonięte przez mrok. Mokro i cuchnie… Dziwne, że to to samo miejsce. A jednak. Szyld szamotany wiatrem obwieszczał jednoznacznie – tego miejsca szukali, tu dwadzieścia lat temu jedli owoce morza.
Weszli do środka, choć bardziej pasuje powiedzieć, że pochłonęła ich czeluść knajpy. Wewnątrz było zimno i śmierdziało gazem – butla stojąca w kącie prężyła się, żeby ogrzać pustą salę usłaną stolikami. Zamiast ciepła generowała jednak tylko smród.
Mętne światło żarówek drgało w konwulsjach. Speluna uwodziła szubrawym wdziękiem.
Nie mieli jednak sił szukać dalej. Głód trawił ich trzewia. Do wyboru zaś mieli tyle stołów!
Zasiedli przy jednym z nich. Płaszcze i czapki skrywały ich wyszukaną toaletę i starannie ułożone włosy, albowiem w knajpie panował taki hebel, że ni chuja nie dało się ich zdjąć.
Spod ziemi wyrosło nagle widmo kelnera, który wziął zamówienie i rozpłynął się w ciemności.
Następnie zaś przyniesiono rodzicom wytworne wiktuały: śledzie w tempurze, kalmary, które tak naprawdę były niedogotowanymi ziemniakami o smaku ryby, ośmiornicę, która za życia pływała w wodociągach miejskich, małże z pobliskiego zalewu i sinice udające nori.
Ale rodzice, zaćmieni głodem i z natury tak uprzejmi, grzecznie zjedli te parszywe owoce szemranej kuchni.
Zziębnięci, z brzuchami pełnymi niezidentyfikowanego syfu, uciekli ze speluny, w popłochu dziękując za przedziwny wieczór.
Noc przywitała ich siarczystym mrozem.
– Wiesz o czym marzę – szepnął tata do mamy, a jego głos romantycznie osiadł na cząsteczkach lodowatego powietrza
– O czym? – odrzekła mama.
– Żeby wrócić do domu i to wszystko wyrzygać!
– Ja też! – odparła mama.

Wracali do domu ukojeni wizją wspólnego marzenia. Wszak miłość to rzygać patrzeć w tym samym kierunku, czy coś takiego.
Mróz powlekał bielmem nagie gałęzie drzew, kiedy mama z tatą wpuszczali do kanalizacji owoce jakiegoś pobliskiego morza.

– Haha, no wyborny spektakl – zaniósł się śmiechem Demiurg, rzucając w kąt marionetki moich wymęczonych rodziców.

You may also like

13 komentarzy

  1. Haha, no ubawiłam się, jak ten Demiurg:D
    Ostatnio mieliśmy podobny wieczór. Oddaliśmy starsze dzieci do dziadków, więc z jednym tylko pojedynczym niemowlaczkiem (czyli w zasadzie jak na wakacjach) postanowiliśmy pójść na Randkę do Centrum – pełna kulturka, włoska knajpka a potem wystawa. Ja się odstawiłam z botki na szpilce i koronkowe rajty, a tedy właśnie zaczynały się te mrozy, ale co tam myślę, z samochodu do restauracji, z restauracji do centrum kultury, wszystko rzut beretem.
    Oczywiście Demiurg i w naszym przypadku dziko chichotał, bo
    Na drzwiach włoskiej knajpy była karteczka z informacją, że nie można płacić kartką. Więc poszliśmy do bankomatu (najbliższy zepsuty), wróciliśmy i co się okazało? Oczywiście, nie ma miejsc. Przeszliśmy więc do nastepnego miejsca, na rynek, do kanjpy ormiańskiej. Tam spaliła się kuchnia ostatnio, knajpa nieczynna. Poszliśmy do drugiej ormiańskiej, pół kilometra dalej – bo się rozochociliśmy wizją ormiańskich przypraw, ale w drugiej tez nie było miejsc.
    I jeszcze jeden powrót na rynek, tym razem szczęśliwy, bo zjedliśmy jednak naprawdę dobrze, choć oczywiście o żadnej wystawie już nie było mowy, w domu zamiast romantycznej kontynuacji randki było zrzucenie koronkowych rajtów na rzecz ciepłych dresów i wełnianych skarpet;)

  2. Saro, nie jesteś blogerką, ale pisarką, która prowadzi bloga 🙂
    I nie przestawaj, bo potrzebujemy tej Twojej rajskiej wyspy optymizmu, humoru i piękna.

  3. Pamiętam moment, w którym trafiłam na Twojego bloga.
    Przyswojony tego dnia materiał składający się z infantylnych wypocin produkowanych przez blogerów parentingowych gwałcił i poniewierał moje pojęcie estetyki. Mózg błagał o sprawne zakończenie masochistycznej praktyki. Kolejny bloger. Kolejny chłam. Czułam jak z emanującego szczęściem optymisty zmieniam się w rasowego sceptyka, paskudnego hejtera. Klik. Scroll. X. „Miss Ferreira”. Jeszcze tylko szybki łyk kawy i będę gotowa, by beznamiętnie zmierzyć się z nową porcją materiału, ostatkiem sił przeniosłam dłoń na myszkę, by otworzyć link, który przeniesie mnie do Twojego bloga..Piiii Piiii Piiii ——– pacjent nie żyje. Umarłam i trafiłam do równoległego wszechświata, do utopijnego zakątka, w którym blogerzy potrafią pisać. Szczyp. Szczyp. Szczyp.
    Wysublimowane pióro, perfekcyjnie dobrane figury retoryczne, nie nie nie, śnię, „wszak”, to musi być pomyłka. Spoglądam z pogardą na xls z wyceną, w którym zostałaś nazwana blogerem parentingowym i umieszczona pośród towarzystwa o wątpliwych zdolnościach twórczych. Profanacja! – pomyślałam – przecież ta dziewczyna jest genialną pisarką :)!
    Tym sposobem, nijak będąc związana z tematyką, niczym rasowy grubasek wpuszczony do sklepu ze słodyczami po wieloletnim poście, pochłonęłam Twojego bloga.
    Chapeau bas! Kudos Sara, pięknie piszesz 🙂

    1. O mamo, dziękuję za tyyyyle dobrych słów, aż nie wiem co powiedzieć <3
      Jak ludzie mnie nazywają pisarką, to mam ochotę płakać i śmiać się jednocześnie. Ja wiem, że to wyglada na taka pretensjonalną skromność, ale ciągle mam poczucie, że to co piszę, jest dobre na miarę moich możliwości. Jakoś mam nieustanny problem z nazwaniem tego "pisarstwem".
      Tym bardziej ogromnie Ci dziękuję.
      Z komentarza jednak wnioskuję, że na blogerach się znasz i wiesz, że są tacy których warto czytać? Chociaż faktycznie parenting to też nie moja bajka 😉
      Ściskam Cię z całego serducha <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.