HEJ, RODZICE! GŁOWA DO GÓRY

Na naszej lodówce wisi nieco zmaltretowana kartka, na niej napis „Nie wyprowadzaj się. Prosimy Cię. Mama jesteś najlepsza nie chcemy cie stracić”.
Kartka budzi ogromne zainteresowanie wszystkich gości. -Co się wydarzyło? – pytają.
Co się wydarzyło tamtego kwietniowego popołudnia? Nie pamiętam, o co poszło. Obstawiam błahostkę, jestem niemal pewna, że chodziło o bałagan i o to, że za mało mi pomagają, bo to tradycyjny przedmiot awantur w naszym domu. Pamiętam jednak dokładnie, jak się zachowałam.
Wpadłam w szał. W ten rodzaj stanu, kiedy czuję, że ciało i umysł wymknęły mi się całkowicie spod kontroli, wiem, że z boku wyglądam jak wariatka i histeryczka, ale nie mogę zatrzymać tej lokomotywy emocji. Na koniec krzyczę, że wynoszę się z tego domu i już nigdy do niego nie wrócę. Żegnam. Dobrego życia w tym bajzlu na kółkach!!
Trzaskam drzwiami. Wsiadam do samochodu. A kiedy nerwy opadną na tyle, że mogę prowadzić, jadę. Byle gdzie. Najdalej. Jeżdżę po polach, łąkach, lasach, jestem taka zła, że mam ochotę pogryźć kierownicę.
W końcu czuję lekkie mrowienie gdzieś w środku, czuję, jak wściekłość się rozprasza, osadza na oknach w wydychanym powietrzu, skrapla na policzkach, łagodnieje, a na jej miejscu pojawiają się wstyd i zażenowanie.
Wrzucam wsteczny (dałabym wszystko za wsteczny w życiu). Wracam do domu.
Od progu uderzają mnie cisza, zapach pieczonego ciasta i porządek. Wchodzę do kuchni i na widok dzieci rozkładam ramiona. Tulimy się w zupełnej ciszy.
Na stole czekają upieczone babeczki, obok nich kartka „„Nie wyprowadzaj się. Prosimy Cię. Mama jesteś najlepsza nie chcemy cie stracić”.

18 listopada były dwunaste urodziny Maryni. Musiała zrozumieć, że z nikim się nie spotka, ani nikogo nie zaprosi, bo mieliśmy kontakt z osobą chorą na covid i musimy teraz uważać.
Pokiwała ze zrozumieniem głową.
Zapytała, czy na kolację możemy zjeść burgery, zdmuchnęła świeczki na torcie, a kiedy zapytałam, jakie pomyślała życzenie, odparła, że światełka led do pokoju.
Ten wieczór spędziła z nami. Leżała na kanapie, kiedy gmerałam w jej włosach, gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Patrzyłam w jej oczy. Mądre oczy dwunastolatki, która od roku słyszy, że właściwie niczego jej nie wolno, bo „pandemia”.
I przypominam sobie, jak przyszła do mnie 20 kwietnia w dniu moich urodzin i zatroskana spytała, czy bardzo mi smutno, że nikogo nie mogłam zaprosić.
Planowałyśmy wtedy, jak spędzi swoje urodziny. Czy zabierze znajomych do kina? A może do escape roomu? A może po prostu mała impreza w domu? Jeszcze tyle czasu do listopada, a w listopadzie już będzie normalnie.

Ten rok wydaje się nierzeczywisty. Często budzę się z myślą, czy to wszystko się dzieje? Chwytam za telefon, żeby sprawdzić. Chcę zobaczyć stare dobre, głupie nagłówki, kiedy Polska żyła zdjęciem Kingi Rusin z Adele i napisać na fb „słuchajcie, ale miałam okropny sen. Był 2020, szalała pandemia, dzieci były na nauczaniu domowym i jeszcze na dodatek w Polsce ludzie bili się na ulicach z policją o demokrację, dajecie wiarę?!”.
Potem zeszłabym do kuchni, odpaliła ekspres do kawy i ciężko westchnęła nad listopadem za oknem, wspominając swój wstrętny sen.
Tymczasem, ile kaw bym nie wypiła, sen trwa. Trzeba się w nim odnaleźć. Wykrzesać z siebie wszystkie siły, uśmiech, cierpliwość, energię…
I tak sobie myślę, że mamy szczególne prawo nie dawać rady. Rozpaść się na kawałki, popłakać, trzasnąć drzwiami.

Od tygodnia dzieci prosiły mnie, żeby przystroić świątecznie dom. Odwlekałam ten moment, tłumacząc się mnóstwem innych obowiązków, co chyba tylko częściowo było prawdą.
Kiedy wczoraj wróciłam do domu, dzieci napadły na mnie „obiecałaś! Dziś stroimy dom! Obiecałaś!!”. Obiecałam. Zrezygnowana wspięłam się na strych po pudła. Stały zakurzone w kącie. Nie miałam w ogóle ochoty do nich zaglądać, jakby otwarcie ich miało przypieczętować ten rok i pożegnać nadzieję o normalnych Świętach.
Dzieci rzuciły się na nie z piskiem, wyciągając sznury lampek i ozdób. Sofia odpaliła świąteczną playlistę, a ja czułam wzbierające we mnie emocje. Pęczniały w każdej komórce ciała i doskonale wiedziałam, że zaraz eksplodują, porywając ze sobą świąteczną radość dzieci. Wybiegłam z pokoju, mąż złapał mnie na schodach, pytając, co się stało, wtedy jakiś głos za mnie wykrzyczał, że nie będę stroić domu na święta, kiedy na ulicach w Warszawie pałuje się ludzi, których znam!
Zatrzasnęłam się w pralni, zanosząc się szlochem. Po chwili muzyka w pokoju dzieci ucichła.
A więc wszystko zepsułam.
Potem jak zwykle przyszedł wstyd i myśl, jak to naprawić.
Znaleźliśmy mnóstwo inspiracji na ozdoby świąteczne domowej roboty. Dziś idziemy na spacer szukać szyszek, gałązek, patyków, wszystkiego, co może się przydać. W weekend będziemy słuchać świątecznej muzyki i stroić dom.

Kiedy rzeźbię dla Was ten tekst, co moment ktoś mi przerywa.
Mamo, nie mam internetu, coś się zacięło, coś nie działa, nie wiem tego, nie wiem tamtego, czy jest gdzieś klej, kto widział mój zeszyt, mogę herbatę, robię kanapkę, mam przerwę, musisz mi kupić to i sro, pani prosi, żeby rodzice…
Co chwila gubię wątek, myśl przewodnią, sens.
A w gruncie rzeczy chciałam powiedzieć Wam tylko, że z kimkolwiek nie rozmawiam, każdy ma poczucie, że w 2020 oblał egzamin z rodzicielstwa.
Więc hej, Rodzice! Głowa do góry. Wrzućcie wsteczny, otrzyjcie łzy, pozwólcie sobie na złość, wybaczcie sobie błędy, przytulcie dziecko i pamiętajcie, że dzieciom też jest trudno, dlatego czasem łażą po ścianach i odpadają od nich z kawałkiem tynku.
Nikt z nas nie miał czasu przygotować się do tego egzaminu.
Jeszcze będzie normalnie.

Zostawiam Was z tą myślą i idę szukać szyszek, gałęzi i patyków.

You may also like

17 komentarzy

  1. Biję się z tymi samymi myślami, co Ty. Czytam o strajkach, policji, vecie i zastanawiam, dokąd my jako naród zmierzamy. Czy jak zrobimy kolejny krok naprzód, to będzie już przepaść? Wygląda na to, że tu wstecznego też nie ma. Gdzie są ci normalni ludzie? Ile będą udawać, że ich to nie dotyczy? Odwracać głowę i przechodzić dalej? Może już niedługo nie da się odwrócić jej tak, żeby nie widzieć albo nie słyszeć o różnych naciskach, układach i poleceniach służbowych ani nie da się pójść beztrosko dalej i nie trafić do zupełnie innego świata. Kto wie… Dziwny ten rok, w którym ktoś postanowił odbierać nam wszystko powoli, powolutku, po kawałeczku.

  2. Czytając powyższe słowa… Saro, chyba chce się wyżalić… nazywam to po imieniu bo tyle się zastanawiałam zanim zaczęłam kleić te zdania, tak ciężko znaleźć mi miejsce gdzie mogę wylać chociażby trochę tego co teraz czuję. W najbliższy piątek obchodzę swoje urodziny. Początkiem lutego tego roku dostałam opinie lekarską, która była dla mnie wyrokiem. Nie do opisania w takich chwilach jest oczekiwanie na dzień urodzin. Pamietam jeszcze jak latem tego roku planowałam ten dzień, jak bardzo pragnęłam móc tego dnia spotkać się z wszystkimi bliskimi, móc celebrować możliwe, że po raz ostatni ten wielki dzień. W najbliższy piątek kończę 22 lata. W przypadku nagłego pogorszenia zdrowia jedna osoba z rodziny dostanie zgodę na odwiedziny przez 30 minut. Obok mnie jest mama 2 letniej dziewczynki, ma w brzuchu kolejne dziecko. Ma kochającego męża, który łamiącym głosem zawsze na koniec rozmowy mówi, że ją kocha i czekają na nią w domu. Za każdym razem kiedy widzę i słyszę ich rozmowę chciałabym oddać im te swoje 30 minut bo przecież to jest żona, to jest matka, Boże dlaczego…

  3. Przepraszam Panią, ale Pani nie oblała egzaminu z rodzicielstwa (jest taki)? Pani ma poważny problem z własnymi emocjami (uciekać z domu, bo dzieci bałaganią?). Powinna zgłosić się Pani do Poradni Zdrowia Psychicznego po pomoc, żeby przerobić traumy z dzieciństwa, które głęboko Pani w sobie zakopała. Już sam fakt, że świąteczne ozdoby wzbudzają w Pani taki lęk i niechęć, że nawet radość dzieci nie potrafi tego zniwelować o tym świadczy.
    Powodzenia!

    1. Diagnoza domorosłego psychologa na odległość? 🙂 Pozwoliłam sobie użyć słowa „domorosły”, bo profesjonalny i wyedukowany psycholog i psychoterapeuta zauważyłby doskonałą umiejętność Autorki tekstu w radzeniu sobie z emocjami: umiejętność nazywania ich, przeżywania, nie blokowania i nie odcinania się od nich, autorefleksj, przyznania się do błęd umiejętność spojrzenia na siebie z lotu ptaka i dystansu. Polecam własną psychoterapię, zobaczy Pani jak to jest. 🙂

  4. czytam ten post i zrozumiałam jeszcze bardziej, że w dobie tego, co się dzieje tak ważne, że mamy blisko siebie – siebie:), chyba to pomaga uwierzyć, że jeszcze może być lepiej. że jeszcze będzie lepiej, że może właśnie w Święta jeszcze bardziej docenimy wszyscy, że powinniśmy cieszyć się z małych chwil, drobnych. 3 listopada, moja 5-letnia H. miała obiecane urodziny pełne wróżek syrenek, cukierków, piniaty, balonów, czas skrupulatnie zaplanowanej zabawy ze swoimi „najlepsiejszymi” przyjaciółmi- do tego magicznego dnia odliczała przeszło 3 tyg.pytajac codziennie ile dni nam jeszcze zostało. Niestety właśnie ta choroba, o której też miałam nadzieje w listopadzie nikt już nie będzie pamiętał, lub co najwyżej będzie wspominał -przekreśliła nasze plany. Musieliśmy wytłumaczyć, że mama być może jest chora i czekając na wynik testu nie możemy nigdzie wychodzić, nie możemy nikogo zapraszać… Na szczęście mieliśmy tort, świeczki, balony – wznieśliśmy się na wyżyny naszej kreatywności, żeby zobaczyć uśmiech na jej twarzy. Zobaczyliśmy uśmiech, zobaczyliśmy radość… poprosiliśmy też, żeby z okazji swoich 5 urodzin pomyślała 5 życzeń – mądre oczka patrzyły w nas z lekkim zawstydzeniem i nieco przyciszonym głosem – H. powiedziała, że chciałaby, żeby okazało się że mama jest zdrowa… że nie ma koronawirusa, bo przecież „Ty mamusiu nie masz duszności…” Smutne to są czasy, kiedy ciężko dobrać słowa, żeby tak małym dzieciom wytłumaczyć co się dzieje, żeby nie powiedzieć zbyt dużo, ale też nie pozwolić im żyć w niepewności… bo małe dzieci bardzo dużo widzą, bardzo dużo słyszą… dziękuję za ten tekst. zrozumiałam jak wiele mam. A.

  5. Hej. Obserwuję Twoją stronę na fb już jakiś czas. Koleżanka namówiła mnie kiedyś na spotkanie z Tobą w Lublinie.(bardzo miło wspominam:)) Przyznaję się, nie śledze dokładnie Twojego bloga i nie czytam wszystkich Twoich postów, czasami coś sie pojawi to przeczytam..Fajnie piszesz o ciekawych rzeczach. Wiem że dostajesz pewnie sporo takich wiadomości np.od mam, które utożsamiają się z Tobą w codziennym życiu, a ja mimo że mam 25 lat nie mam i nie chce mieć dzieci(nawet tak fajnych jak Wasze;)) Nie wiem natomiast czy to przez obecną sytuację w Polsce czy sytuację w moim życiu ale czytając ten wpis leżąc juz wieczorem w łóżku płakałam się jak dziecko. Nie wiem dlaczego..Nie wiem po co to pisze, może poprostu chce żebyś wiedziała, że to co robisz jest dla kogoś ważne. Poprostu. Dziękuję. 😉

  6. I znów jakbym czytała o sobie Droga Ferreiro. Wczoraj na ten przykład, szłam z dzieciakami i mężem na obiecaną wyprawę do lasu. Zamiast cieszyć się tą wspólną chwilą, przełykałam ślinę, która z trudem przeciskała się przez ściśnięte gardło. Ukradkiem wycierałam łzy spływające po mojej twarzy. Nie rozróżniałam już nawet, czy to fala trudnych emocji tak rozmywa mi obraz, czy może ulewa, w której brnęliśmy do celu, którym był szczyt Krzyżowej Góry – jakże symboliczna nazwa w tych okolicznościach 😉 I, jak nie trudno się domyślić, to nie deszczowa pogoda wprowadziła mnie w ten parszywy nastrój. Po prawie 40 latach życia w umiarkowanym klimacie, nie spodziewałabym się innej aury w połowie listopada. To napięcie, które sięga ostatnio zenitu znacznie szybciej niż dotychczas, doprowadziło mnie do stanu beznadziei. Praca zdalna, jednoczesne zajmowanie się domem i dziećmi (przedszkole jest zamknięte), gdzie się człowiek nie obejrzy bombardowanie negatywnymi informacjami, świadomość sytuacji w kraju i na świecie, podczas gdy mąż w biurze… Wszystko to na przemian sprowadza moje emocje do hadesu by zaraz potem wystrzelić nimi kosmos. Jeśli przynajmniej raz dziennie nie wychodzę z domu trzaskając drzwiami, to możesz być pewna, robię to właśnie w głowie, obiecując sobie, że już nigdy tu nie wrócę. Nie mija pół godziny, a moje serce staje się miękkie, jak poduszka, w której wystają igły wyrzutów sumienia. Oczywiście najczęściej punktem zapalnym jest bajzel w domu, wieczna kłótnia dzieci, ich nieposłuszeństwo. I jasne, że mam świadomość, że one, jak nikt inny, mają w tej sytuacji prawo chodzić po ścianach, nie dawać rady. I to ja powinnam umieć nimi pokierować tak, byśmy z tego pioruńsko trudnego czasu wyszli bez szwanku – a przynajmniej bez ran ciętych, kłótych, szarpanych, drapanych, co w relacjach między moimi dziećmi, jest w ostatnim czasie nie lada wyczynem. Tylko, że ja też jestem tylko człowiekiem… A cierpliwości mam tyle, co tu (a to był dopiero początek pandemii: https://myslipodzielone.pl/jak-stalam-sie-potworem/ Tak, wierzę, że jeszcze będzie normalnie.

  7. I znów jakbym czytała o sobie Droga Ferreiro. Wczoraj na ten przykład, szłam z dzieciakami i mężem na obiecaną wyprawę do lasu. Zamiast cieszyć się tą wspólną chwilą, przełykałam ślinę, która z trudem przeciskała się przez ściśnięte gardło. Ukradkiem wycierałam łzy spływające po mojej twarzy. Nie rozróżniałam już nawet, czy to fala trudnych emocji tak rozmywa mi obraz, czy może ulewa, w której brnęliśmy do celu, którym był szczyt Krzyżowej Góry – jakże symboliczna nazwa w tych okolicznościach 😉 I, jak nie trudno się domyślić, to nie deszczowa pogoda wprowadziła mnie w ten parszywy nastrój. Po prawie 40 latach życia w umiarkowanym klimacie, nie spodziewałabym się innej aury w połowie listopada. To napięcie, które sięga ostatnio zenitu znacznie szybciej niż dotychczas, doprowadziło mnie do stanu beznadziei. Praca zdalna, jednoczesne zajmowanie się domem i dziećmi (przedszkole jest zamknięte), gdzie się człowiek nie obejrzy bombardowanie negatywnymi informacjami, świadomość sytuacji w kraju i na świecie, podczas gdy mąż w biurze… Wszystko to na przemian sprowadza moje emocje do hadesu by zaraz potem wystrzelić nimi kosmos. Jeśli przynajmniej raz dziennie nie wychodzę z domu trzaskając drzwiami, to możesz być pewna, robię to właśnie w głowie, obiecując sobie, że już nigdy tu nie wrócę. Nie mija pół godziny, a moje serce staje się miękkie, jak poduszka, w której wystają igły wyrzutów sumienia. Oczywiście najczęściej punktem zapalnym jest bajzel w domu, wieczna kłótnia dzieci, ich nieposłuszeństwo. I jasne, że mam świadomość, że one, jak nikt inny, mają w tej sytuacji prawo chodzić po ścianach, nie dawać rady. I to ja powinnam umieć nimi pokierować tak, byśmy z tego pioruńsko trudnego czasu wyszli bez szwanku – a przynajmniej bez ran ciętych, kłótych, szarpanych, drapanych, co w relacjach między moimi dziećmi, jest w ostatnim czasie nie lada wyczynem. Tylko, że ja też jestem tylko człowiekiem… A cierpliwości mam tyle, co tu (a to był dopiero początek pandemii: https://myslipodzielone.pl/jak-stalam-sie-potworem/

  8. I znów jakbym czytała o sobie Droga Ferreiro. Wczoraj na ten przykład, szłam z dzieciakami i mężem na obiecaną wyprawę do lasu. Zamiast cieszyć się tą wspólną chwilą, przełykałam ślinę, która z trudem przeciskała się przez ściśnięte gardło. Ukradkiem wycierałam łzy spływające po mojej twarzy. Nie rozróżniałam już nawet, czy to fala trudnych emocji tak rozmywa mi obraz, czy może ulewa, w której brnęliśmy do celu, którym był szczyt Krzyżowej Góry – jakże symboliczna nazwa w tych okolicznościach 😉 I, jak nie trudno się domyślić, to nie deszczowa pogoda wprowadziła mnie w ten parszywy nastrój. Po prawie 40 latach życia w umiarkowanym klimacie, nie spodziewałabym się innej aury w połowie listopada. To napięcie, które sięga ostatnio zenitu znacznie szybciej niż dotychczas, doprowadziło mnie do stanu beznadziei. Praca zdalna, jednoczesne zajmowanie się domem i dziećmi (przedszkole jest zamknięte), gdzie się człowiek nie obejrzy bombardowanie negatywnymi informacjami, świadomość sytuacji w kraju i na świecie, podczas gdy mąż w biurze… Wszystko to na przemian sprowadza moje emocje do hadesu by zaraz potem wystrzelić nimi kosmos. Jeśli przynajmniej raz dziennie nie wychodzę z domu trzaskając drzwiami, to możesz być pewna, robię to właśnie w głowie, obiecując sobie, że już nigdy tu nie wrócę. Nie mija pół godziny, a moje serce staje się miękkie, jak poduszka, w której wystają igły wyrzutów sumienia. Oczywiście najczęściej punktem zapalnym jest bajzel w domu, wieczna kłótnia dzieci, ich nieposłuszeństwo. I jasne, że mam świadomość, że one, jak nikt inny, mają w tej sytuacji prawo chodzić po ścianach, nie dawać rady. I to ja powinnam umieć nimi pokierować tak, byśmy z tego pioruńsko trudnego czasu wyszli bez szwanku – a przynajmniej bez ran ciętych, kłutych, szarpanych, drapanych, szczypanych,co w relacjach między moimi dziećmi, jest w ostatnim czasie nie lada wyczynem. Ale ja też jestem tylko człowiekiem… Tak, wierzę, że jeszcze kiedyś będzie normalnie. Oby jak najszybciej. A póki co, cierpliwości mam tyle, co tu (a to był dopiero początek pandemii): https://myslipodzielone.pl/jak-stalam-sie-potworem/

  9. Nie jestem idealnym rodzicem.
    Nie jestem tak dobrym rodzicem, jak bym chciala.
    Jestem rodzicem.
    Jesli czas pokarze, ze bylam wystarczajaco dobrym rodzicem, bedzie to sukces i spelnienie marzen 🙂
    Pozdro dla rodzicow…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.