Rano usłyszałam pukanie do drzwi – pukał Listopad. Zanim zdążyłam zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, wywlekł mnie za chabety przed dom, sponiewierał nieludzko! Ubabrał mnie w błotnej panierce, wysmagał mi dupsko deszczową szpicrutą, wybatożył srogo moje jagody, a kiedy tonąc w kałuży, błagałam go o zmiłowanie, warknął tylko, że to za czarny PR, który mu robię w internecie.
Łkając skłamałam, że więcej nie będę i pytam go – „na litość boga Listopadzie, czemu jesteś takim kurwim pomiotem? Czy nie możesz być milszy? No przecież bym Cię zapraszała do środka, jak zapraszam Maj!”
A Listopad na to, że gdyby nie on, to nikt by nawet nie zwrócił uwagi na Maj.
***
Po południu usłyszałam pukanie do drzwi – pukała sąsiadka z trójką dzieci. Chciała się przywitać i przedstawić. Mieszka niedaleko. Witała mnie swojska kiełbasą, swojskim ciastem, swojskim sokiem.
Listopad jakby zelżał, kiedy przyszła. Poczułam, że kiełkuje we mnie Maj.
6 komentarzy
LOVE!
Jak dużo ładnych słów, Sarencjusz! No kiełkuje, kiełkuje!
czytałaś może Greya?haha takie skojarzenia hihi,a tak prawde mowiac żeby była wiosna najpierw mosi być zima;)))
hah, Saro mamy bardzo zbliżone „pogodowe poglądy” 🙂
uśmiałam się z tego wpisu setnie!
ja czekam tylko do lutego, bo luty pachnie majem najbardziej! 🙂
Na Twoich obrazkach listopad nie wygląda tak źle, jak o nim piszesz ;)!!!
Pojechaliśmy dziś z dzieciarnią do lasu. Było przyjemnie (jak na listopad)!!!
Pozdrawiam serdecznie :)!!!
kurwi pomiot 😉 jesteś najlepsza! pozdrawiam