KORTYZOL, SPALINY, BĘC!

Ostatnio trochę smędzę, wiem. Tymczasem zupełnie niepotrzebnie! Wszak moje życie utkane jest z zabawnych epizodów.
Na pewno znacie taki show „Top Gear”, nie? No właśnie, bo w ostatnich dniach niechcący odgrywam skromną rólkę w tragikomedii motoryzacyjnej pt „No gear”.

Pozwólcie jednak, że zacznę od początku. Dla niewtajemniczonych – w ostatnich dniach miejski zgiełk, zamieniliśmy na wiejskie pielesze. Nie muszę chyba tłumaczyć, że jest spokojnie i wesoło, jak na wieś przystało, poza błahymi momentami histerycznej furii. Kto nigdy nie uległ histerycznej furii, niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem. Jak wyglądają nasze poranki opisałam już TU, zatem nie będę się powtarzać.
Po bojowym okrzyku „TERAZ TERAZ TERAZ”, rozpoczynającym nasz dzień, przystępujemy do wsiadania do samochodu.
Gdybym powiedziała, że tu zaczynają się schody to bym kłamała. No chyba, że mówimy o mega stromych schodach Wat Arun, z których ktoś mnie zrzuca, to wtedy faktycznie – takie porównanie miałoby sens. Problem polega właśnie na tym, że na chwilę obecną jakiekolwiek schody przed domem, pozostają w sferze marzeń. Przed domem jest ziemia, która pod wpływem nieustającego deszczu zamienia się w bagno. Zatem, kiedy otwieram drzwi, muszę przeprawić siebie oraz troje swoich pacholąt na drugi brzeg Morza Błotnistego i uwierzcie mi – codziennie rano żałuję, że nie jestem Mojżeszem!
Kiedy już cali i zdrowi, ubabrani błotem docieramy do samochodu, najgorsze dopiero przed nami – foteliki dziecięce! Muszę przenieść je z samochodu męża do siebie. Kiedy to robię, naprawdę czuję że pójdę w tych ubłoconych butach wprost do nieba, ale tak strasznie klnę w duszy, że przy dobrych wiatrach, cofam się przynajmniej do Czyśca.
Skoro tak płynnie przeszliśmy od fotelików samochodowych do eschatologii, to chciałam powiedzieć, że moim zdaniem źli rodzice nie będą się w piekle smażyć – będą w nieskończoność chodzić po klockach lego, zapinać dzieci w fotelikach i słuchać, jak dzieci kłócą się na tylnym siedzeniu. To najwyższy piekielny wymiar kary dla złego rodzica.
Jeśli są na sali jacyś niedzieciaci, czytają to i myślą „pff, zapięcie dziecka w foteliku? Igraszka”, to pozwólcie, że Was oświecę. Zapinanie dziecka w foteliku to jedna z najbardziej stresogennych sytuacji w jakiej może się znaleźć człowiek w ogóle. Tyle wiemy o sobie, ile zapieliśmy w życiu fotelików samochodowych. Ot co! Ja na ten przykład, zanim pojawiły się w moim życiu dzieci, a wraz z nimi foteliki, uważałam się za osobę nieco porywczą. No w życiu bym nie przypuszczała, że tak naprawdę jestem piekielnym furiatem. Pół biedy jeśli te foteliki są już w aucie. Najgorzej, kiedy musisz zainstalować najpierw foteliki, a w fotelikach dzieci. Bierzesz ten pas i teraz musisz przełożyć go takim miejscu, ale tak żeby go nie było w innym miejscu, i on musi wyjść w konkretnym miejscu i potem go przekładasz pod fotelikiem, nad nagłówek w konkretnym miejscu, gdzie jest taki otworek i 3/4 tego pasa musi przejść za tym otworkiem, obok fotelika, tam gdzie jest taki mały zaczep i nic o ten zaczep nie może się zaczepić, oprócz pasa, który jak już przejdzie przez wszystkie otworki przez które powinien i nie przejdzie przez wszystkie otworki przez które nie powinien, to jest gotowy żeby go zapiąć. Chcesz zapiąć i wtedy… brakuje ci centymetra… I to jest ten moment, kiedy wymyślasz przekleństwa o jakich nie śnili amerykańscy raperzy, w duchu rąbiesz siekierą fotelik na kawałki, polewasz benzyną i z demonicznym śmiechem, patrzysz jak płonie!
Na tym etapie ociekasz już potem i tuszem do rzęs, tymczasem czas na dzieci! Ubabrane błotem w puchowych kurtkach. Weź to człowieku zapnij!!
Więc oni ryczą, że za mocno ich ściskam, ja ryczę, że albo ich teraz ścisnę, albo wylecą przez przednią szybę, że mniejsze zło i żeby wciągnęli brzuchy i przestali się wiercić, bo nigdy nie wyjedziemy!!
Tak więc ubabrani błotem, na solidnym bezdechu, ale bezpieczni, ruszamy w drogę!

Przez dobrych kilka minut dziarsko mkniemy wiejskimi opłotkami. Spuszczam biegi ze smyczy. Konie mechaniczne rżą radośnie. Kadry w oknach błyskawicznie się zmieniają. Pędzimy w rytm drugiej zasady dynamiki Newtona. Wtem!
KOREK.
KOREK.
KOREK.
KOREK.
KOREK.
Sznur samochodów. Głównie mamochodów i ojcochodów. Prawie każdy na tylnym siedzeniu wiezie dziecko w foteliku. A więc coś nas łączy – każdy z nas zdążył wybluzgać język, każdy upychał dziecko w foteliku. Łączy nas ta sama koszmarna wizja – będziemy spóźnieni.
Tyle nas łączy, jednak dzieli nas korek. A więc nie ma zmiłuj. Warczymy na siebie silnikami, przywieramy do siebie szczelnie zderzakami, patrzymy spode łba, obgryzamy paznokcie, kątem oka obserwujemy światła. Czerwone, żółte, zielone… I wystartowali proszę Państwa – sprzęgło, jedynka ,sprzęgło, hamulec! Co za ulga, każdy o metr bliżej do celu, każdy spóźni się o sto centymetrów mniej.
A więc warczymy na siebie silnikami, przywieramy do siebie szczelnie zderzakami, drętwieją nam nogi od dociskania pedałów. Jedziemy w oparach spalin, kortyzolu i decybeli, w rytm pierwszej zasady dynamiki Newtona – sznur ciał w stanie spoczynku, nie działa na nas żadna siła, oprócz siły wkurwu. Nasze samochody są miarą naszej bezwładności!!
Czerwone, czerwone, czerwone, czerwone, żółte, zielone, sprzęgło, jedynka, sprzęgło, hamulec, czerwone, czerwone, czerwone, czerwone, żółte, zielone, czerwone, czerwone, czerwone…
Warczymy, przywieramy, obgryzamy.
Kortyzol, spaliny, bęc!

You may also like

15 komentarzy

  1. Uśmiałam się. Przepraszam Cię, bo pewnie Ci nie do śmiechu.
    Ale to jeden z koronnych argumentów dlaczego nigdy nie wyprowadzę się z klitki w bloku do domku pod miastem: nie chce umrzeć w korku. 😉

  2. Ferreiro, muszę w końcu Ci wyznać, że jesteś moją absolutnie bratnią matką. Każdym postem opisujesz dokładnie moje życie, z moją małą trójką. Robisz to idealnie, pięknie mieszając wieczny wewnętrzny bluzg, dowcip, wzruszenie, miłość i kobiecość. No po prostu Cię kocham!

  3. Hahaha….u mnie to samo. I najstarsza na środku między fotelami na „poddupniku” warcząca ze nie widzi do czego wpiąć pas….Bo znikło to coś pod fotelikiem najmłodszego

  4. Saro!
    Trafiasz w sedno jak zawsze. Mam do Ciebie pytanie, wiemy, ze się przeprowadziliście z mieszkania do domu. Jak to oceniasz pod względem logistycznym właśnie? Nie ma nutki żalu gdzieś w środku, że teraz marnujesz dużo czasu na dojazdy, stanie w korkach itp. Stoimy z rodziną przed podobnym wyzwaniem. Mieszkanie w mieście albo dom pod miastem. Ostatnia chwila na decyzję. Gdyby nie dziecko pewnie mieszkanie byłoby wyborem jedynym…Jak Ty to oceniasz?

    1. Szczerze mówiąc pierwsze dni mnie dobiły – wracaliśmy do domu późno, przybici i zmęczeni. Dlatego od poniedziałku Marynia idzie do okolicznej szkoły – przeniosłam ją, chociaż początkowo sądziłam, że nie będzie takiej potrzeby, pozostałe dzieci zostają na razie w przedszkolu w mieście.
      Od poniedziałku powinno być więc zdecydowanie spokojniej.
      Poza tym, muszę się po prostu nauczyć organizacji – wcześniej mieszkałam w ścisłym centrum, wszystko miałam w zasięgu ręki.
      No i czas jest kiepski – zaraz listopad, pogoda podła. Ale dokładnie pamiętam, że mieszkanie w mieście dobijało mnie ze względu na dzieci, które po prostu wściekały sie w domu. Latem musiałam siedzieć z nimi godzinami na placach zabaw, o zimie nawet nie wspomnę. Teraz mieszkamy w okolicy tak pięknej, że zapiera dech. Ostanio zrobiłam dzieciom wagary i cały dzień bawiły sie na dworze, zaraz idziemy do lasu.
      Kocham poranki w domu, lepiej się wysypiam i mam uczucie nieustającej euforii, ale to faktycznie ogromna zmiana. I prawdą jest, że trudno sobie to wszystko wyobrazić, jeśli się tego nie doświadczy – duża radość, ale też ogromny stres związany z budową domu, kredytem, przeprowadzką. Myślę, że będę w stanie to realnie ocenić najwcześniej za rok.
      Zresztą bardzo fajnie pisała o tym ostatnio Basia – http://basiaszmydt.pl/plusy-i-minusy-zycia-na-wsi/, myślę że jej wpis Ci pomoże.
      Pozdrawiam!

      1. Dziękuję Ci za szczerą odpowiedź Saro. Jeszcze, o ile oczywiście można wiedzieć – budowaliście dom sami, załatwialiście wszystko, czy korzystaliście z usług dewelopera? Nie wyobrażam sobie jak ludzie „ogarniają” budowę dome od początku, zwłaszcza przy dzieciach…;). Rozumiem doskanle, że towarzyszą temu ogromne emocje…ja już się cieszę ale i już mam napady paniki na myśl o słowie „kredyt”…. Ale kiedyś trzeba dorosnąć…(?)

        1. Kupiliśmy dom w stanie surowym zamkniętym – czyli były okna i drzwi zewnętrzne, reszta do zrobienia.
          No ale były też podciągnięte media – woda, prąd, gaz, co moim zdaniem jest bardzo ważne, bo wiem że załatwianie tego to istny koszmar.
          Ja też nie wyobrażam sobie stawiania domu od początku, chyba nigdy nie podjęłabym takiej decyzji – zwłaszcza, że ani ja, ani mąż zupełnie nie mamy o tym pojęcia.
          Jeśli mam być szczera to z perspektywy doświadczeń i wiedzy nabytej podczas ostatnich miesięcy, chyba kupiłabym dom w stanie deweloperskim. Co prawda mieliśmy świetne ekipy i naprawdę mało problemów po drodze, ale ja nie wiem jak ludzie pracują i ogarniają budowę, bo pochłania to masę czasu.
          Co więcej – jeśli kupuje się dom w stanie surowym, bo jest taniej i myślisz że zaoszczędzisz to remont pochłania ogromne fundusze. Każdy z kim rozmwaiam przyznaje, że wydał o wiele więcej niż szacował.
          Więc te kwestie naprawdę trzeba sobie przemyśleć. No i fajnie jest mieć kogoś kto będzie służył radą/pomocą/doświadczeniem. Ja nawet nie wiedziałam czy pierwsi zaczynają elektrycy czy hydraulicy.
          Ale trzymałam się myśli, że skoro wszyscy dookoła się budują to ja też sobie poradzę i tego trzeba się trzymać :))

  5. Cudowny tekst! „Tyle wiemy o sobie, ile zapieliśmy w życiu fotelików samochodowych” Boskie i prawdziwe! Zawsze samochód jest za blisko innego, i drzwi się nie otwierają wystarczająco, zawsze walę się w głowę i spada mi z ramienia torebka / plecak, wypada telefon itd

  6. Tak jest jak piszesz! A jeszcze jak deszcz leje sie za kołnierz, mokniesz, ociekasz, a młode wije się, w pupie mając twą niedogodność ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *