RODZICIELSTWO – DRAMAT W TRZECH AKTACH!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bywa, że godzinami myślę, o czym by tu napisać. Wertuję mądre magazyny, szperam w książkach, częstuję umysł smakowitymi literami, szukam inspiracji. Zupełnie niepotrzebnie. Bywają dni, że weny nie znajdziesz w bibliotece królewskiej, bo po prostu przesiaduje w kiblu.
Dzisiejszy poranek należał do tych zwyczajnych. To znaczy tak mi się wydawało, bo zupełnie nagle dostrzegłam, że to kolejny odcinek teatru absurdu, w którym gram odkąd zostałam matką.
I żeby była jasność – ja kocham być aktorką teatralną (nawet zdawałam do PWST w Krakowie, jednak jury składało się z ludzi ślepych na mój talent).
Mój dom szczelnie wypełniony jest miłością do dzieci, ale też brudnymi skarpetami. Plasteliną finezyjnie powlekającą podłogę. Resztkami jedzenia dziarsko ewoluującego w szufladzie Zbynia. Klockami Lego, które nie tylko rozwijają wyobraźnię milusińskich, ale wybornie sprzyjają wulgarnemu słowotwórstwu, podczas bliskiego spotkania ze stopą. Pastą do zębów starannie wtartą w dywanik łazienkowy. I wszelkiej maści okruchami, których nie potrafię wyrugować ze swojego życia, bo na miejsce tych wysiedlonych natychmiast wyrastają zastępy nowych.

Dziś rano, w przeludnionej domowej toalecie, uświadomiłam sobie, że rodzicielstwo to dramat. W trzech aktach.

Akt pierwszy. Toaleta.
Odkąd spłodziłam własne ludzkie stadko, moje stateczne życie toaletowe, odeszło w zapomnienie. Nie ma nawet mowy o pięciu minutach spędzonych w toalecie sam na sam z godnością. Oszczędzę Wam szczegółów Drodzy Czytelnicy. Każdy rodzic wie doskonale, jak bardzo rodzicielstwo rozwija umiejętności pęcherza moczowego. I że sikanie wcale musi być czynnością jednostajną, a w odpowiednich okolicznościach jest sportem wyczynowym.
Nigdzie też nie jest napisane, że muszla klozetowa jest jedno osobowa. Albo, że osoba korzystająca z muszli klozetowej ma na wyłączność całą łazienkę.
Nie istnieje żaden kodeks, zakazujący osobie biorącej prysznic, opuszczania kabiny z pianą na głowie i ustach, kiedy inna osoba, korzystająca w tym samym czasie muszli klozetowej, wymaga literalnie pomocnej dłoni, uzbrojonej w papier toaletowy.
A propos papieru toaletowego – osoby pozostawiające po sobie ogołocone z papieru rolki, powinny podlegać karze grzywny!!
Poza tym, nie tylko ściany mają uszy. Otwory wentylacyjne drzwi w łazience, mają oczy. To są oczy moich dzieci.

Akt drugi. Poranek.
Mój poranek wygląda tak – w domu idealny porządek. Stół powleczony białym obrusem. Biała zastawa, wszelkiej maści smakołyki, świeże, nieskalane glutenem pieczywo. Kuchnia na wysoki połysk. Przy stole radosne dzieci. W salonie atmosfera katalogowa – złocą się poduszki, bielą się ściany, lśni podłoga. Dom dźwięczy radosnym szczebiotem. Jemy śniadanie. Ja w idealnie skrojonej sukience, podkreślającej talię i podbijającej lazur oczu (coś w stylu Claire Underwood). Śniadanie spożywamy w spokoju, do wyjścia mamy godzinę, wstaliśmy o piątej rano, żeby uniknąć bezsensownego pośpiechu.
I kurde! Zawsze przegapiam ten moment, kiedy ktoś z domowników próbuje tej słynnej sztuczki z obrusem – obrus ściągasz tak szybko, że wszystko zostaje nienaruszone na stole. Tylko akurat w przypadku Ferrainowa „wszystko zostaje nienaruszone na stole”, należy zastąpić zdaniem „wszystko jest rozpieprzone po całym domu”. Czasoprzestrzeń świruje.
Niespodziewanie okazuje się, że jeśli teraz nie wyjdziemy to będziemy spóźnieni. Dzieci w pośpiechu chłepcą płatki o smaku glutenu. Co więcej – nagle widzę, że powłóczą piżamami, rzucam w nich ubraniami, krzyczę żeby się ubierali, bo się spóźnimy, ubrania łapią w locie, Lolek nie złapał, spodnie lądują w mleku, jezus maria, daj mu mamo drugie spodnie, ale nie rzucaj, a mi daj inną bluzkę, bo ta ma plamę, daję jej bluzkę, Lolek jedz szybciej, bo się spóźnimy, ale musiałem sobie zrobić nowe płatki, bo te się rozlały, kiedy wpadły mi do nich spodnie, Ąfel przynosi szczotkę, poczesz mnie mamo, czeszę, ona krzyczy, że ciągnę, Lolek jedz płatki, no przecież jem, wychodzimy, zakładajcie buty, jezus maria nie gumowce przecież jest upał, sandały, szybciej, wychodzimy TERAZ TERAZ TERAZ!! – wyję i zastanawiam się, w którym momencie Claire Underwood stała się Chylińską, zatrzaskuję za sobą drzwi do sajgnou.

Akt trzeci. Spanie do późna.
Zupełnie niepotrzebnie nastawiam sobie budzik. W dodatku, jakąś orientalną nutę w stylu Mistrza Zen, w teorii ułatwiającą przyswojenie koncepcji dnia, akceptację zakończenia nocy i takie tam filozoficzne srelemorele.
Niepotrzebnie, bo i tak każdy poranek od ośmiu lat wygląda tak samo. O brzasku wpada do naszej sypialni granat, z załączonym doń miłosnym liścikiem – „słoneczko już wstało, zaczął się nowy dzień”.
Tak naprawdę ten budzik to symbol, że nadzieja na sen umiera ostatnia…

Kocham grać w moim teatrze absurdu.
PS Krakowska PWST, jeśli to czytacie i plujecie sobie w brodę, macie ostatnią szansę na naprawienie błędu sprzed kilkunastu lat. Odsprzedam Wam prawa autorskie do mojego dramatu. Dam Wam dobrą cenę, po starej znajomości.

You may also like

20 komentarzy

  1. jeżeli chodzi o ogołocone rolki po papierze to u mnie dochodzi jeszcze bitwa o te ,,rolki,, – ile rzeczy można z nich zrobić nie byłam świadoma do momentu jak ,,nabyłam,, na własność dwoje dzieci!:). Ale podobnie jak Ty KOCHAM te nasze oskarowe role i tylko jakoś na ich rozdanie raz w roku nie mam czasu się stawić!

  2. Droga Saro, dziękuję Ci za ten post, bo już się bałam, że takie rzeczy tylko u mnie.I już nawet miałam płakać i włosy z głowy rwać, że „w co ja się wpakowałam?”. Jakoś mi lepiej i lżej na sercu z myślą, że poranne kataklizmy nie tylko u mnie 🙂

  3. Kiedy czytam takie wpisy, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie chcę mieć dzieci, a jeśli już, to nigdy więcej niż jednego 😛

    1. Kurcze, to chyba najsmutniejszy komentarz, jaki w życiu dostałam.
      Mam nadzieję, że żartujesz, a jeśli nie – kocham być matką, ale to ciężkie wyzwanie, ciężka codzienna praca. Kiedy opisuję naszą rzeczywistość w krzywym zwierciadle, relaksuję się.
      Poza tym wiem, że pozostali rodzice, w wiekszości, doskonale mnie rozumieją. Takie wpisy sparwiają, że jest nam raźniej.
      Zazwyczaj słyszę, że mój blog wspiera w byciu rodzicem, pociesza, pomaga.
      Polecam Ci ten wpis – pisany bardziej serio, i o wiele lepiej oddający, czym jest bycie matką http://missferreira.pl/moj-chopak/
      Pozdrawiam

    2. Ja mam dokladnie tak samo – uwielbiam czytac Sare, ale coraz bardziej utwierdzam sie w przekonaniu, ze nie chce miec dzieci, a jesli juz to najwyzej jedno.Fajnie jest sie posmiac, Sara bardzo sprytnie potrafi przerobic trud rodzicielstwa na zabawne scenki z zycia wziete, ale zazdroscic nie ma czego, wole swoje zycie,bez wrzasku, nieporzadku, gdzie moge w ciszy byc pania swojego czasu.Kazdy wybiera swoja sciezke, to fajnie moc wybrac -matka dzieciom czy bezdzietna.

      1. nie każdy się nadaje do bycia rodzicem, nie ma w tym nic smutnego 🙂 lepiej świadomie się nie decydować na dziecko niż je mieć tylko dlatego, że tak trzeba. nieszczęśliwy rodzic to nieszczęśliwe dzieci, o 🙂

    3. Ja podobnie. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, nigdy ich nie lubiłam, nigdy przez myśl mi nie przeszło, że moje życie mogłoby wyglądać tak, jak opisują je w internecie rodzice. Dla mnie jest to po prostu przerażające. Mam nadzieję, że nigdy nie zmienię zdania.

  4. Nie miałam żadnych wątpliwości, że nie tylko ja gram na deskach teatru w dramatycznej rodzicielskiej roli. Miło czytać takie wpisy i utwierdzać się w przekonaniu, że jest nas więcej 😉 Mimo wszystko jest to urocza rola…..zwłaszcza gdy nerw odpuści i wieczorem przy ciepłej herbacie usłyszę chrapanie moich dzieci, a ja będę mogła od 22.00 – 22.30 zasiąść w ciszy, bo tylko wtedy następuje akt milczenia. Pozdrawiam cieplutko

  5. Ja mam jedno,niespełna roczne i również zaczynam grać w takim teatrze jak Ty! Oczywiście uwielbiam być mamą,te małe łapki wspinające się po ciele,żeby się przytulić,dać całusa.Choć o chwili sam na sam z prysznicem bądź muszlą klozetową także skrycie marzę:) Ogromnie podziwiam,za to,że jesteś mamą 3 urwisów i w moim przekonaniu radzisz sobie wyśmienicie.PWST wstydźcie się,że umknął Wam sprzed nosa taki talent! Pozdrawiam

  6. Uśmiałam sie po pachy, dzieki stylowi pisania i używaniu tylu „niewybrednych słów”, nazewnictw.
    Dzięki za rozbawienie. MŁA!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *