NASZYJNIK Z MALINOWEGO KRUSZCU.

Dzwonek szkolny z impetem roztrzaskał się o ścianę po raz ostatni w roku szkolnym 1995/96, wprawiając w histeryczne drganie cały budynek.
Uczniowie niewielkiej wiejskiej szkoły pod Lublinem, jak zwykle na ten dźwięk dostali małpiego rozumu i zachłystując się wakacyjną wolnością, dziarsko wysypali się z sal, z dzikim wrzaskiem szturmując korytarze.
Zosia – świeżo upieczona uczennica klasy piątej, cudem wyrwała się z tej wpółobłąkanej jazgoczącej masy. Starannie przylgnęła do ściany, zatkała uszy i ze zdziwieniem obserwowała to doroczne zjawisko gremialnej utraty rozumu. Tłum wyglądał jak wzburzone morze. Czupryny głów przypominały rozeźlone morskie bałwany smagane wiatrem, świadectwa z paskami i bez – powiewały nad rozjuszoną ludzką tonią, jak żagle łódek, stawiające czoła szkwałowi. Gdzieniegdzie porwane przez wartki nurt – kwiaty, wszędzie zaś łokcie chyżo wiosłujące ku wolności, ku wolności!
– Boże, czy nie można po prostu poczekać spokojnie aż wszyscy wyjdą? – pomyślała z irytacją Zosia, patrząc na ostatnie podrygi tłumu wylewającego się przez drzwi wejściowe szkoły. Spojrzała na świadectwo – na błękitnym papierze czerwienił się pasek – mama pochwali, tata zapyta czy byli lepsi, babcia da pięćdziesiąt złotych „na lody”, jak zawsze.
Dziewczyna zerknęła przez okno – tłum powoli zmieniał stan – rozsypywał się różnych kierunkach i stopniowo rzedł, aż na dziedzińcu szkolnym zostały pojedyncze osoby. W końcu można było bez obaw opuścić budynek.
Po tej ludzkiej nawałnicy, cisza wydawała się jakąś anomalią, nieprzystającą do murów szkolnych. Jakby ze szkoły uszło życie. W powietrzu zawisła jakaś mglista melancholia. Zosię przeszedł dreszcz i przyspieszyła kroku, mijając otępiałe korytarze.
Dzień był bezwietrzny. Na dziedzińcu zastygło słońce. – Laba – rozanieliła się dziewczyna – doskonale wiedziała, że w okolicach sierpnia pojawi się mała tęsknota za szkołą, a w kolejnych tygodniach, kiedy rodzice kupią nowe podręczniki, zeszyty i świeżutki piórnik – nie będzie mogła doczekać się września, ale teraz… uczucie „nicniemuszenia” było błogie.

Do domu wracała rozmyślając o nadchodzących dniach – że najpierw, jak co roku pojadą z bratem do dziadków, tam mieszka rodzeństwo cioteczne. A potem kuzyni przyjadą tu. Że będą grać w podchody, w wojnę, kąpać się w rzece, bawić z sąsiadami, budować fortece, niezdobyte przez hipotetycznego wroga, w końcu będą się kłócić, dzielić na głupich chłopaków i fajne dziewczyny, będą grać w dwa ognie, a nawet w siatkówkę, w którą Zosia jest beznadziejna i z każdej gry odchodzi obrażona, bo najpierw nikt jej nie chce do drużyny, potem nikt do niej nie podaje, a kiedy w końcu ktoś poda, to jest siatka i wszyscy na nią krzyczą.
I jak co roku będą zbierać owoce na skup. Ścigać się kto uzbiera najwięcej, będą się modlić, żeby kilogram malin był po 7zł, jak któregoś lata, kiedy pogoda była fatalna, ale oni zostali krezusami!
A potem będą jeszcze żniwa, i dziadek odpali każdemu po małej sumce, aż w końcu pojadą na zakupy do Lublina, gdzie godnie zainwestują ciężko zarobione pieniądze w potrójną porcję lodów i straganowy fracht.

Tymczasem przyszło lato w asyście najpodlejszych pogodowych nastrojów. Rzucało gradowym mięsem, pluło deszczem, do tego stopnia, że trzeba było zanurkować w pudłach z zimowymi kurtkami i czapkami, żeby móc wyjść na dwór. Wakacje nie przypominały samych siebie.
Aż któregoś dnia Zosia namówiła mamę na wyprawę do miasta.
W Lublinie na rogu Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Lipowej dumnie wdzięczyła się do przechodniów Astoria – centrum handlowe. Trzy piętra straganów, gdzie można było spełnić przeróżne marzenia – od plastikowej bransoletki, przez samoprzylepne klipsy, sukienkę rodem z poliestru, po hit sezonu – kolorową barchankę.
Na samej górze Astorii była kawiarnia – tu serwowano najlepsze lody w mieście, w pucharach wielkości świętego graala.
W zeszłym roku spędziły w Astorii z siostrą cioteczną dwie godziny na mierzeniu barchanek, prawie spóźniły się na autobus powrotny, ale wybranie spódnicy, na którą pracowało się całe wakacje, graniczyło z niemożliwością!
Tym razem Zosia jeszcze nie była pewna, co kupi pod koniec wakacji. Jeden z kuzynów postanowił w zeszłym roku nie wydać nic! Miał teraz górę oszczędności, podczas kiedy reszta zaczynała od nagusieńkiego zera – trzeba przyznać – imponująca siła woli. Dziewczyna brała pod uwagę więc możliwość oszczędzania, jednak wydawanie też miało swoje uroki.

Teraz kiedy przechadzała się między kolorowymi stoiskami kusiły ją bandany, najpiękniejsze były chyba czerwone, no i plecaki Enrico Benetti – robiły w szkole coraz większą furorę, ale rodzice woleli jej kupić porządny, ze skóry, „żeby był na kilka lat” – mówili.
– Mam jeszcze czas, żeby się zdecydować – pomyślała Zosia, kiedy jej oczom ukazał się niewielki, schowany na końcu pasażu kramik z biżuterią. Po drugiej stronie siedział starszy pan i czytał gazetę. Dziewczyna zaczęła oglądać błyskotki – były tam kolczyki-sowy i kolczyki ze znakiem yin i yang, wiele pierścionków z masą perłową, przezroczyste plastikowe serduszka na srebrnych łańcuszkach i całe mnóstwo różnych kamieni na rzemieniach, były też – tak modne ostatnio – bransoletki z muliny i rzemyki, które wiązało się na przegubach oraz obowiązkowo – łańcuszki z sercem, którego połową należało obdarować ukochana osobę. Nowo odkryty stragan nie ułatwił dziewczynie zadania. W plecaku marzeń Enrico Benetti była już cała masa drobiazgów, a jeszcze nawet nie doszła do stoiska papierniczego, które było niemal torturą – bo jak w ogóle można wybrać jedną papeterię? Jak zdecydować się na jeden konkretny zapach? – rozmyślała dziewczyna, kiedy wśród błyskotek i rzemyków zamajaczył cudnej urody skromny naszyjnik. Łańcuszek był tak delikatny, że niemal niewidoczny, zakończony subtelnym kółeczkiem, przypominającym pierścionek. Nagle z plecaka Enrico Benetti wysypały się wszystkie inne zosine zachcianki . Już wiedziała, o czym będzie myśleć, zrywając czarne porzeczki i że oszczędzanie nie zając – odłoży je na później.

Lato nadal było humorzaste, jakby zapadło na ciężką nerwicę. Raz euforyczne słońce, raz histeryczny deszcz. Któregoś pochmurnego dnia kuzyni wysypali się z pociągu, taszcząc ze sobą walizki, wypchane kurtkami zimowymi i strojami kąpielowymi. W powietrzu czuć było już ekscytację nadchodzącymi zbiorami owoców. Zapachniało pieniądzem. Malinowym banknotem.
Korale czarnych porzeczek spływały gęstym strumieniem z gałązek, właśnie dojrzały żeby stać się monetami, walutą spełniającą dziecięce marzenia.
Ruszyły zbiory. Pierwsze chwile były wypełnione ciszą totalną i skupieniem. W garnkach czerniły się owoce, łapczywie odbierane krzakom. Zbierający dyskretnie podglądali, co też kryją pojemniki innych, duch rywalizacji panoszył się po sadzie. Aż w końcu w tę pieśń o skupieniu i żądzy pieniądza, wdzierały się fałszywe nuty żartu, rozmowy, śmiechu a nawet kłótni o bezwstydne podglądactwo! Zachłanność traciła na intensywności, ktoś sugerował przerwę, ktoś zaczynał być głodny, ktoś motywował do dalszej pracy. Garnki stopniowo zapełniały się porzeczkowym i malinowym kruszcem, aż w końcu można było je zważyć i przeliczyć na pieniądze.
Pod koniec dnia tata Zosi przesypywał owoce do starej plastikowej wanny, odwoził na skup, wracał z szeleszczącymi banknotami, a następnie wypłacał gotówkę dzieciom – każdemu wedle uzbieranych kilogramów. Euforia mieszała się ze złością, kiedy okazywało się, że jest podział na biednych i bogatych, czyli tych którzy lubują się w przerwach i tych którzy pracują sumiennie.
Kiedy wieczorem dzieci zasypiały, w dłoniach czuć jeszcze było kulki porzeczek. To złudzenie nie ustępowało do końca zbiorów.
Dni były monotonne i łudząco do siebie podobne, różniły się tylko zawartością skarbonek. A te stopniowo pęczniały, podobnie jak plany inwestycyjne dzieci.
Lato było chłodne, owoce wyceniano drogo – a więc dzieci mali handlarze mieli szczęście.
Pod paznokciami jeszcze czerwienił się sok z owoców, spracowane małe donie jeszcze nie były doszorowane, kiedy przychodził ten dzień.
Stadko odświętnie ubranych małych pracowników sadu ruszało na podchody do miasta, każdy z kieszeniami wypełnionymi banknotami, szepczącymi na co chcą być najchętniej zamienione.
Jedni mieli klarowny plan, inni chcieli dopiero wysłuchać straganowego repertuaru.
Zosia była w grupie pierwszej. Dokładnie wiedziała, że uda się do Astorii, na drugie piętro, znajdzie kramik z biżuterią i stanie się szczęśliwą posiadaczką pozłacanego naszyjnika.
Stado młodych dorobkiewiczów rozpierzchło się po centrum miasta. Autobus powrotny odjeżdżał o 16.10, punktualnie o 15.30 każdy miał stawić się pod bramą do Parku Saskiego.
Taki zapas czasu był niezbędny – zawsze trafił się jakiś delikwent, dla którego godziny miały ramy umowne i elastyczne.
Powrót do domu, był niemniej ekscytujący niż wyprawa do miasta. Każdy wracał dzierżąc w niedomytych dłoniach spełnione marzenie.
Zosia nie mogła założyć naszyjnika. Kurczowo trzymała go w dłoni, podziwiając jak mienił się w popołudniowym świetle dnia. Coś pięknego. Już nigdy się z nim nie rozstanie.
Jeszcze nie wiedziała czy założy go do szkoły, bała się że ktoś nieopatrznie go zerwie, albo że się zgubi.. Ale oczywiście koleżanki musiały go zobaczyć.
Już niedługo. Sierpień powili się starzał, a lato jakby chciało uratować nadszarpniętą reputację – łaskawie zwróciło wakacjom cieplejsze dni.
Jeziora na niedalekim pojezierzu się zagrzały i w końcu można było z walizek wyciągnąć stroje kąpielowe.

W sobotę wieczorem wyszło rozporządzenie, że oto w niedzielę z samego rana ekipa wyrusza nad jezioro, w telewizji zapowiedzieli upały i trzeba wykorzystać ten moment.
Następnego dnia nikogo nie trzeba było budzić, o świcie wszyscy byli gotowi. Bagażnik zapełnił się stertą ręczników i prowiantu i można było ruszać nad wodę.
Brakowało tylko Zosi, tata zniecierpliwiony wcisnął klakson, mrucząc coś pod nosem. Pozostali pasażerowie samochodu, żwawo donieśli, jakoby Zosia już siedziała w samochodzie, kiedy postanowiła wrócić do domu po naszyjnik, większość sugerowała jej, że to głupi pomysł, i że niech lepiej zostawi błyskotki w domu, ale wiadomo, że Zosia jest strasznie uparta i i tak zrobi to co będzie chciała.
Tata ponownie nacisnął klakson, kiedy zdyszana dziewczynka wpadła do samochodu – już jestem! Nie mogłam zapiąć łańcuszka, dlatego to tyle trwało – rzuciła i zapięła pas.
Szary Volkswagen Karawela ruszył na podbój pojezierza.
Kiedy dotarli na miejsce, przywitała ich cisza i puste plaże. Z trzcin uciekały dzikie ptaki, a ospałe słońce niemrawo wspinało się na nieboskłon.
Usadowili się po drzewami, niedaleko jeziora – tak żeby chronił ich cień, a dzieci były w zasięgu wzroku.
Poranna woda niosła ze sobą jeszcze wspomnienie chłodnej nocy. Jak zwykle chłopcy zanurzali się dziarsko, gotowi siłą wciągnąć kuzynki do wody. Te zaś jak zawsze piszczały, że nie miały zamiaru moczyć włosów, co było oczywistą kpiną, bo tylko niespełna rozumu jedzie nad wodę, żeby ostać się suchym.
Jezioro porywało ze sobą tę kakofonię sprzeczek i leniwie niosło na drugi brzeg. Czas jakby się odkształcił i przestał pasować do godzinowych ram. Wakacje przybrały formę zamków na piasku i czystej beztroski.

Chłopcy nurkowali i podskubywali kuzynki, udając potwory morskie, te zaś ćwiczyły trudną sztukę stania na głowie pod wodą.
Słońce umościło się już wysoko i przeglądało w lustrze jeziora, kiedy coś rozbłysnęło na tafli wody i momentalnie zgasło. Kątem oka Zosia uchwyciła to świetliste zjawisko, w tej samej sekundzie łapiąc się za szyję i momentalnie rozumiejąc co się stało… Łańcuszek się zerwał!
Dziewczyna wstrzymała oddech, a oczy zaszły jej gęstymi łzami. Tłum ludzi, którzy byli teraz w wodzie potroił jej się w oczach. Znowu zobaczyła rozeźlone bałwany morskie i rozjuszoną ludzką toń. Krzyknęła, ale jej krzyk gładko rozpostarł się na pięciolinii jeziora, niezauważalny i zgubiony.
Zanurkowała w miejscu rozbłysku, ale mokre obłoki wzburzonego piachu uniemożliwiały zobaczenie czegokolwiek. Na oślep łapała w dłonie wodę. Jezioro, które najpierw pochłonęło naszyjnik, teraz łapczywie pochłaniało jej łzy.
Nagle uderzyła ją ta potworna świadomość utraty czegoś cennego.
Jeszcze raz zaczerpnęła wody w dłonie. Linie papilarne i paznokcie wciąż zabarwione były porzeczkowym sokiem. Wciąż czuła dopiero co zaciskany w rękach naszyjnik.
To złudzenie nie ustępowało.
Łzy Zosi z impetem roztrzaskiwały się o zwierciadło wody. Były tylko niezauważalną słoną-gorzką kroplą.

naszyjnik, pierścionek – Apart, Magic Moments



*Cykl „Magic Moment” powstaje na blogu pod patronatem marki Apart

You may also like

7 komentarzy

  1. Naszyjnik z malinowego kruszcu, a dzieci przecież zbierały… porzeczki.

    Czy tylko mi to opowiadanie wydaje się niedokończone?

  2. Jakie swietne pioro, naprawde kawal dobrej literatury, cala ksiazke bym z checia przeczytala. Az czuc bylo ten zar slonca i halas plynacy ze straganow. No i ten zal po stracie naszyjnika.

  3. Astoria <3 Mieć ciuchy z Astorii to było coś. To tam wydawałam moje urodzinowe i imieninowe pieniądze, bo na zwykłe zakupy chodziliśmy na podzamcze. Co za czasy! Dziękuję za to wspomnienie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.