RAPORT Z FERREIROWA, CZYLI JAK PIEKŁAM CHLEB

Kochani Czytelnicy, jak się macie?
Rzeczywistość nam się nieco odkształciła, co?
Powiem Wam szczerze, że w ogóle nie podobają mi się migoczące na czerwono nagłówki, mapa Polski zalana bordowym kolorem, dramatyczne tytuły artykułów. Jeśli chodzi o słowa na „k”, to zawsze wybierałam słowo kurwa, a teraz to już całkiem.
Mam postanowienie, że słowo na „k”, które zdominowało obecnie nasze życie, nie pojawi się na tym blogu wcale.
Spokój, dystans (w tym ten fizyczny) i humor. To nas uratuje.
W związku z tym na bloga wraca Raport z Ferrirowa, który będzie zapisem naszego życia w tej odkształconej rzeczywistości.

Myślę – nastały trudne czasy, trzeba wrócić do podstawowych umiejętności naszych przodków. Na ten przykład nauczyć się pieczenia chleba.
Tak więc wyjęłam z czarnej dziury pod schodami maszynę do pieczenia chleba, zdjęłam z niej pajęczyny i wyprosiłam pająki, po czym jęłam czytać instrukcję.
Zaiste – nic prostszego. Ot trochę wody, mąki i drożdży. Wciskasz „start” i niebawem bochenek świeży, jak promienie wschodzącego słońca, ląduje na twoim stole.
Aż ślinka mi pociekła na myśl o takiej porządnej pajdzie z grubą skórką i zacną warstwą samodzielnie kupionego masła.
Tymczasem po niespełna dwóch godzinach, jak nie pieprznie światło w domu, ciemność panie, czas zupełnej dupy. Rodzina się zbiegła po omacku, co się dzieje, co się dzieje? – pytają.
Mąż niczym demiurg udał się do skrzynki z korkami i po chwili nastała światłość.
Czym prędzej uruchomiłam maszynę z chlebem i wtedy znowu! Jak nie pieprznie i ćmok.
Staliśmy wszyscy nad nieszczęsną maszyną, oblizując się smakiem, bo każdy miał w głowie tylko marzenie o pajdzie. Tymczasem nasza maszyna zamiast chrupiących pajd, produkowała ciemność.
– Nie wszystko stracone! – olśniło mnie nagle – wystarczy masę przełożyć do piekarnika!
Jak to dobrze, że nawet w momentach wielkiego kryzysu, potrafi objawić się nasz geniusz, dzięki czemu, wtulona w mężowską pierś, mogłam ze spokojem oddać się oglądaniu filmu.
Wraz z napisami końcowymi wdarł się do pokoju zapach. Niby przyjemny jakby świeże pieczywo, a jednak skażony tą spaloną nutą.
– CHLEEEEEEEEEB! – ryknęłam i jak petarda wystrzeliłam z pościeli, przyprawiając mojego męża o stan przedzawałowy.
Po chwili staliśmy nad niekształtną masą o budowie gąbczastej skały i twardości metalu, która miała być naszym puszystym chlebkiem z chrupiącą skórką.
Wzięłam do ręki nóż.
– Uważaj – rozsądnie przestrzegł mnie mąż, widząc, jak próbuję naszą skałę sforsować wątłym ostrzem.
– Czekaj, wiesz co, może trzeba młotkiem – powiedział całkiem poważnie, a ja całkiem poważnie uznałam, że to może być sposób, bo gdyby w nóż uderzyć młotkiem, to zadziałałaby trochę jak dłuto.
Jak wiadomo, młotek zawsze jest pod ręką, tylko wtedy, kiedy nikt go nie potrzebuje, więc mąż zaproponował, że może on spróbuje i całym ciężarem ciała naparł na tępą część ostrza.
– Jezus Maria, uważaj na palce, bo nawet nie bardzo można na pogotowie – powiedziałam i wtedy kawałek czegoś odskoczyło od chleba, wystrzeliło w górę, odbiło się od sufitu i spadło na blat. Na szczęście nie był to kciuk, a fragment naszej drożdżowej skamieliny.
Spróbowałam ugryźć. Niestety, wizyta u dentysty też raczej odpadała. Chwilę więc szorowałam po powierzchni językiem, zlizując smak.
Co prawda nie jadłam wcześniej kamieni, ale myślę, że mogą tak smakować, tylko pewnie nie śmierdzą spalenizną.
– No i co z tym zrobić? – myślałam, rozpamiętując z żalem, wszystkie zdrowe ziarenka, które teraz tkwiły zaklęte w chlebie, niczym owady w bursztynie. I wtedy, któreś z dzieci powiedziało:
– Mamo, może trzeba ten chleb namoczyć?

You may also like

9 komentarzy

  1. Uśmiałam się zdrowo nad tym twoim chlebem. Ale dzieci mogą mieć rację: na wodzionkę go lub do ribollity na przykład, bardziej z europejska. No albo do samoobrony. Zdrowia życzę!

  2. Uwielbiam Cię 🙂
    Nawet mężowi przeczytałam, żeby posmiał się ze mną.
    Cóż tylko składników żal… w obecnych czasach.
    Ale chleb piekę też sama. Wróciłam do tego w styczniu, bo mnie porażają ceny pieczywa w Warszawie..
    I nie poddawaj sie z tym chlebem 😉 w sensie z pieczeniem a nie zjedzeniem skamieliny 😉

  3. Nigdy, ale to nigdy, nie wyszedł mi chleb z maszyny na podstawie przepisów dołączonych do tejże maszyny. Nic wiec dziwnego, ze Twój zamiar od razu był skazany na porażkę 😉
    Dziwne z tym chlebem, bo tego w sklepach nie brakuje, za to nie ma mięsa – mięsa sobie w domu nie zrobię 🙁

    Ja w każdym razie od jakiegoś czasu piekę na zakwasie. Nie, nie te fancy bochenki od pana Hammelmana, tylko ordynarnie w keksówce według najprostszego przepisu. Zakwas można łatwo zrobić w domu, wiec i od sklepowych drożdży się poniekąd uniezależniłam.

  4. wygląda trochę jak kotlety sojowe – nie poporcjowane, więc rzeczywiście namoczyć, pokroić i w PANIERKĘ 😀 w panierce wszystko smakuje!! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.