RASPBERRY BERET!

Jak to dobrze, że z pewnych rzeczy się wyrasta, jednocześnie dorastając do innych.
Każdy z nas w archiwach fotograficznych posiada zdjęcie ze stylówką, do której nikt nas nie zmuszał. Zrobiliśmy sobie to sami. Dobrowolnie. Na ochotnika.
Gorzej! – byliśmy przekonani, że jesteśmy najjaśniej połyskującą gwiazdą na stylistycznym firmamencie! Ja mam cały arsenał takich pamiątek – to archiwum bloga. Mówiąc szczerze powinnam to wszystko zamknąć w zakładce „ku przestrodze” albo „niezawodny sposób na niechcianego absztyfikanta”.
Jakieś sześć lat temu, jeszcze przed erą Lolka zapragnęłam mieć kopyta! Nie wiem, może to dlatego, że pieszczotliwe nazywana jestem „sarenką”. A może po prostu w środku jestem tak naprawdę sarną. Trudno powiedzieć.
Oczywiście wtedy mi się wydawało, że to najpiękniejsze buty świata, mojego męża zaś pogardliwie nazywającego je „kopytami” uważałam za modowego ignoranta, konfekcyjne dziecko Rosmary i nieuleczalne bezguście.
Buty sobie sprawiłam. Sama platforma miała jakieś 10 centymetrów. Obcas drugie tyle. I doprawdy wyglądały jak skrzyżowanie cegły, żelazka i kopyta. Jak na konfekcyjne zwierze parzystokopytne przystało, hasałam w nich beztrosko po stylistycznych bezdrożach. Trochę szkoda, że już ich nie mam, bo teraz akurat byłby ja znalazł – może okoliczne sarny wzięłyby mnie za swojego.
Cóż mogę dziś rzec? Na szczęście czuwała nade mną jakaś Opatrzność Stylistyczna, że nie zapragnęłam sobie tego kopyta wytatuować.
Wyrosłam więc z kopyt, dorosłam do trampek. Bo paradoksalnie – im niższe obuwie, tym bardziej trzeba do niego dorosnąć.
Ogólnie wyrosłam z trybu „nieważne, że niewygodnie, ważne że ładnie”.
Obecnie na piedestał obcasów wspinam się jedynie okazyjnie i NIE WYOBRAŻAM SOBIE zmarznąć w imię wyglądu. Ileż to lat wicher smagał moje gołe nery! Ileż wywianych z gołej głowy szarych komórek! Ileż to razy pośladki musiałam rozmrażać na kaloryferze.
Długo dorastałam się do nakryć głowy. Przez lata mama naciągała mi czapkę na głowę, a ja zdejmowałam ją za pierwszym zakrętem. Na tym samym zakręcie zakładałam ją z powrotem, wracając ze szkoły.
Na samą myśl, że chłopcy ze starszych klas mogliby zobaczyć mnie w różowym berecie, który kiedyś dostałam od mamy, przechodziły mnie ciarki!! Z tą nieznośną antenką na czubku głowy, wyglądałam jak gigantyczny cycek.

Do beretu dorastałam dobre trzydzieści trzy lata, czyli całe życie.
Gdybym musiała w trzech słowach opisać swój życiowy rozwój stylistyczny, to chyba „cycek, sarna, paryżanka” oddają istotę sprawy.
Chciałbym z tego miejsca pozdrowić wszystkich nosicieli beretów i zadedykować Wam moją ukochaną piosenkę Prince`a „Rasberry Beret!”.






beret i rękawiczki Monika Kamińska (dzisiaj darmowa dostawa!)
płaszcz – Kiomi
bluzka – Zara (sprzed roku)
spodnie – New Look
torebka – Lidl
zegarek – Aztorin
botki – Bebo via Zalando

You may also like

9 komentarzy

  1. Ja u siebie zauważam taką zależność, że wraz z wiekiem rośnie również i minimalna temperatura, przy której wkładam na głowę czapkę 🙂 Kiedyś nawet w siarczysty mróz z gołą głową nie było mi zimno a dyskomfort związany z intensywnymi opadami śniegu można było pokonać co najwyżej kapturem. Teraz? Temperatura wciąż na plusie a ja już zaczapkowana 😀 Nie wiem czy to dojrzałość, czy po prostu starość ;P ale w dniu kiedy z własnej nieprzymuszonej woli włożę rajstopy pod spodnie stwierdzę, że chyba czas umierać 😀

  2. Droga p.Saro, niech się Pani cieszy że mąż obdarzał platformy tak szlachetnym mianem. Mój osobisty mówił na nie gnojodepty lub buty do ubijania asfaltu! Tak, że o! A stylówka zacna. Pozdrawiam

  3. Cudowne w Twoich wpisach jest to, że nie dodajesz tylko zdjęć stylizacji z krótkim, suchym opisem, co masz na sobie. Uwielbiam te wzmianki takie od Ciebie. Jakaś myśl, wspomnienie, coś, co pokazuje Twoją osobę. Stylizacja na paryżankę zawsze na tak! Poza tym to pięknie Ci pasują te bordowe usta! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.