TYLKO MY I BIESZCZADY!

Jestem kochliwa. Zawsze byłam. W dzieciństwie z każdych kolonii wracałam beznadziejnie zakochana. To znaczy, ja wracałam, a moje serce zostawało. U boku ukochanego. A to w Olsztynie, a to w Opolu, a to w Sopocie, a to w Zielonej Górze. Moi rodzice nie mieli pojęcia, że wracałam uboższa o organ tak ważny, jakim jest pompa zalewowo- tłocząca i że dlatego tak ciężko mi się żyło przez kolejne miesiące.
Były to zamierzchłe czasy, kiedy jeszcze Ziemia nie była spowita siecią facebooka, a swojego ukochanego, księcia na karym koniu, przyszłego męża i ojca moich nienarodzonych dzieci, mogłam znaleźć gdzieś na anemicznym łączu za pomocą czata, gdzie on miał romantyczny nick „Asgaard”, albo nie daj bóg „Geralt” i to połączenie kosztowało mnie morze łez, a moich rodziców worek polskich złotych.
Piszę o tym dlatego, że właśnie takie uczucia wywołują we mnie Bieszczady. Wracam i jestem tą pierdolnięta nastolatką, która wślizguje się pod łóżko starych i wykręca kierunkowy „13” i gada, i gada, i gada. Świadoma, że przyjdzie rachunek z billingiem i bezduszny operator zdemaskuje nasz romans. Czarno na białym. I brnę w to. Jestem ćmą, która wie, że do twarzy jej z ogniem.
Kocham Bieszczady.
Zakochał się z nich mój mąż – Brazylijczyk.
I zakochały się dzieci.
Kiedy w tym roku zaparkowaliśmy samochód pod ukochanym schroniskiem, Marynia się rozpłakała. – Czemu płaczesz?! – dopytywałam. – Bo jestem taka szczęśliwa, że znowu tu jesteśmy – odpowiedziała, połykając łzy.
Ja nie płakałam. Postawiłam tamę na tej słonej wewnętrznej rzece. Pękła, dopiero kiedy wyjeżdżaliśmy. Ciągnęła się za mną strumieniem aż do chwili, kiedy ostatnie połoniny zniknęły za horyzontem.
Inaczej się wraca, kiedy jesteś nastolatką o rozpłatanym klinga tęsknoty sercu i możesz zatrzasnąć się w pokoju z masywem cierpienia i cierpieć treściwie. Inaczej, kiedy jesteś odpowiedzialną matką. Jedyne co możesz zrobić, to zatrzasnąć się na moment w pralni z masywem brudnych łachów. I załkać.
Nie znajdą Cię tu nawet bieszczadzkie anioły.

W tym roku potrzebowaliśmy bieszczadzkiego wypoczynku bardziej niż zwykle. To były nasze pierwsze wakacje od roku. Odliczaliśmy dni, godziny, minuty.
W czwartek wieczorem, przed wyjazdem, byliśmy tak rozanieleni, jak Yennefer po upojnej nocy z Geraltem.
Po odrobinę nerwowej podróży, kiedy żałowaliśmy, że pochopnie powołaliśmy na świat trzy drące się ryje, dotarliśmy na miejsce.
– Jesteście pierwsi – powiedziała gospodyni schroniska.
– Tak, tak wiem, jesteśmy pierwsi z naszej ekipy, reszta dojedzie jutro.
– Nie, nie. Jesteście pierwsi w ogóle. W całym schronisku i w ośrodku nie ma nikogo – dodała, a nas uderzyła cisza. Faktycznie, ani żywej duszy. Spokój, a ponad nim skromne bieszczadzkie szczyty.
I poszliśmy do naszego domku. I piliśmy wino. I patrzyliśmy na gwiazdy rozsypane niedbale po niebie. I nie było już nic.
Tylko my i Bieszczady.
Obudził mnie jego wzrok, przeczesujący moją twarz. Otworzyłam oczy. Uśmiechnął się i szepnął:
– Śniadanie? – i było to najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie chciałam usłyszeć tego dnia.
Powlekliśmy się do schroniska. Nadal byliśmy sami. W powietrzu zawisła cisza przed majówkową burzą. Ale było wspaniale. Słońce przysiadło na dachu schroniska, sącząc nieprzyzwoicie dodatnią temperaturę. Czas zgłupiał. Złapany przez nas w dłoń, wyciekał zręcznie każdą szczeliną. Nie było sposobu, żeby go zatrzymać. Delektowaliśmy się nim łapczywie, krztusząc się i popijając czarną kawą bez cukru.
Leniwie zamówiliśmy śniadanie. Nieśpiesznie zanotowała zamówienie pani przy kasie. Powoli przeczytała je pani w kuchni. Nie było pośpiechu. Smakowaliśmy przystawkę – świeże górskie powietrze i błękitne niebo. Wzdychaliśmy. Wspinaliśmy się na wyżyny słowotwórstwa, powtarzając uparcie słowo „cudownie”. Jedynie dawkując jego natężenie. CUDOwnie, cudownie, CUDOWNIE, cu-do-wnie.
I było cudownie. Byliśmy jedynymi ludźmi w ośrodku. Na własność mieliśmy, widziany z naszej perspektywy fragment Bieszczad. I niebo. I słońce. I czas. Gdybyśmy od dwunastu lat nie mieli romansu, nawiązalibyśmy go właśnie teraz. To była ta chwila…
I nagle z mgławicy tych emocji wyłoniła się jajecznica na szynce jak Wenus z jajecznej piany. I stanowiliśmy jedność. Ja, on i jajecznica na szynce. Ponad nami woal spokoju…
Rozpoczęliśmy grę wstępną niewinną pieszczotą kubków smakowych. „Cudownie” – bełkotaliśmy, tłocząc słowa przez wypchane pysznym żarciem usta. Wtem! Z pięciolinii spokojnego poranka ześlizgnęła się jakaś fałszywa nuta. Woal zatrzepotał, a na horyzoncie pojawiła się bezkształtna postać. Pewnie szła w naszą stronę, co zupełnie nie przystawało do sytuacji, wszak powinna delikatnie stąpać, tymczasem gwałciła nasz spokój wielkimi susami.
Im postać była bliżej, tym jaśniejsze było, że trajektoria jej siedmiomilowych kroków, zmierza wprost do nas. Wpadła na stół, jak meteor, wyrywszy w naszym spokoju poszarpany krater.
Meteorem był mężczyzna w średnim wieku o wyglądzie kloszarda:
– Koszyczki wiklinowe – wrzasnął, częstując nasz szczodrze kropelkami wystrzeliwanej śliny – koszyczki wiklinowe! Tanio!! Te dwa za trzydzieści złotych albo wszystkie za sto złotych! Wszystkie! Wszystkie tylko za stówkę, pani bierze – krzyczał, a je nie miałam możności przedrzeć się przez ten ostrzał śliny i ryków.
– Yyy, dziękujemy, ale… – zaczęłam nieśmiało – ale kiedy tylko wykrztusiłam te koślawe sylaby, nieznajomy ukląkł przede mną, chwycił moją rękę, jak wygłodniały pies chwyta kość i zaczął ją całować z każdej strony aż po łokieć. Na ten widok mój mąż wzburzył się, powstał i ryknął:
– Niech pan zostawi moją żonę! Weźmiemy te cholerne koszyki, tylko rozmienię pieniądze – zostałam sama z obślinioną ręką i myślą, czy naprawdę warto wymieniać dzieci na koszyki wiklinowe, bo jedno było pewne – wszyscy w samochodzie się nie zmieszczą, ale z drugiej strony – koszyki nie będą się drzeć. Zaczęłam popijać tę myśl kawą, kiedy przybysz wyrwał mi filiżankę z ręki, mówiąc „zrobię tylko łyczka”. Wypił ją jednym haustem, aż byłam pewna, że połknie również filiżankę, po czym zwinnie jak kot wskoczył na miejsce mojego męża i gwałtownie spałaszował jego jajecznicę. Tę jajecznicę. Pierwszą jajecznicę w Bieszczadach. Kiedy mój mąż wyłonił się ze stołówki, zastał taki oto widok: żona przy stoliku z obcym facetem, który najpierw wylizał ręce jego żonie, a teraz oblizywał talerz po jego jajecznicy.
– Co pan robi?!!! – w powietrzu wybuch skowyt mojego męża – moja jajecznicaaaaaaaaa – echo uniosło jego skargę hen daleko w góry, a meteor oderwał się od naszego stolika, zwinął koszyki i sadząc dzikie siedmiomilowe susy, zniknął za horyzontem.
Zostaliśmy sami na tym śniadaniowy pobojowisku. Wokół cisza i ani żywej duszy na świadka.
Spojrzałam na męża, kiedy ten wyjąkał „czy to się naprawdę kurwa wydarzyło?”.
Nie miałam pewności. Ale na dowód został jego pusty talerz, na którym lśniło wspomnienie o pierwszej bieszczadzkiej jajecznicy na szynce.

THE END





You may also like

16 komentarzy

  1. Jezu, jak tam pięknie!!! Ja wybieram się tam pod koniec lipca, czuję że będę również płakać jak zaczną mi znikać połoniny z horyzontu…..

    1. Też płakałam za morzem gdy mieszkałam prawie w Bieszczadach. I wyprowadziłam się prawie nad morze. Gdzie bywam raz na dwa lata. Za to w Bieszczadach – 2 razy do roku. Nadmorski mąż się zakochał w tych górach, cóż począć. A moja miłość do nich rozkwitła na nowo 😉

  2. … bieszczadzkie anioły, gdy skrzydłem Cię trącą już jesteś ich bratem..

    BIESZCZADY i nic więcej nie potrzeba mówić 🙂

  3. nie badz taka egoistka! napisz gdzie byliście, gdzie nocowaliście i jakie szlaki przemierzyliście. jem czipsy, więc chwilowo jajecznica mnie nudzi. wole aktywniejsze formy wypoczynku niz zlizywanie talerza

  4. Ależ tam jest pięknie! Już wiem dlaczego co wieczór mi tak opowiada ten mój mąż o tych Bieszczadach, o tym, że w tym roku to już musimy na mur beton. Pojadę, obiecuję, że pojadę! <3

  5. A mi Pan od koszyków zeżarł moją kiełbasę z grilla. I gdyby nie absurd tej sytuacji, to bym nie uwierzyła. To musiał być ten sam.

    Byliśmy w Polańczyku, a Wy?

  6. Jejuuuuu, płaczę ze śmiechu!
    Za to właśnie uwiebiam Ciebie i Twoje piękne opowieści – najpierw romantycznie, patetycznie, no i wiadomo radośnie. Ale w pewnym momencie wjeżdżasz z tak świetną anegdotą, że naprawdę można się posikać ze śmiechu. LOOOOVE YOU FERREIRA, jesteś dla mnie blogerką wszechczasów!!! <3

  7. Kurczę nie zachęcaj tak tymi Bieszczadami i tak z roku na rok się tam zjeżdża coraz więcej osób 😉 W jakim schronisku się zatrzymujecie?

  8. Bardzo lubię czytać twoje wpisy.
    Proszę zdradź jak się organizujecie wychodząc na szlak – czy dzieci też idą? Jak długie wycieczki robicie? Mamy dwie córki w wieku przedszkolnym i marnie widzę marsz, chyba że każdy weźmie 15kg dziecka na plecy 😉

  9. Nie ma nic piękniejszego niż Bieszczady. Dla nich wyjechałam z miasta i zamieszkałam niedaleko Sanoka. W ten sposób moge żabim skokiem tam się znaleźć kiedy tylko mam ochotę.
    Pieknie napisana historia, usmiałam się serdecznie:)
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.