NIE MA WIĘKSZEGO STRACHU…

Sama o sobie pieszczotliwie mawiała „mieszczuch”. Mieszczuch z krwi i kości. Urodziła się, wychowywała, dorastała na śląskich blokowiskach. Na pierwsze koncerty chodziła do Spodka.
Kochała miasto z wzajemnością. Kiedy innych męczył nocny miejski łomot, ona wsłuchiwała się w niego czule i był dla niej muzyką. Koiło ją niegasnące nigdy światło, spływające na pajęczynę przewodów tramwajowych. Rozczulała ją kanciastość betonów i twardość miejskiego bruku.
I bliskość. Wszystkiego. Sklepów. Ludzi. Życia, tętniącego gdzieś obok. Podczas samotnych nocy, kiedy tata miała dyżur w fabryce, te strzępy ludzkich odgłosów były jej tak miłe. Trzask talerzy, mytych przez sąsiadkę, audycja radiowa, siekana szumami, winda wspinająca się ociężale na jedenaste piętro, a nawet chrapanie sąsiada.
Spała spokojnie. Bezpieczna w łonie miasta.
A potem się zakochała. Życie lubi podrzucać nas do góry i sprawdzać, gdzie spadniemy. Zakochała się więc w chłopaku z maleńkiej wioski pod Opocznem.
Oboje byli z krwi i kości. Tyle że ona z miasta, a on ze wsi. Do dziś w rodzinie krąży legenda, jak pojechała poznać jego rodziców. Pomagała sadzić warzywa. I cały zagon cebul wsadziła główkami do góry.
Ale ostatecznie w przepisie na miłość nie ma cebuli, więc się pobrali. I zamieszkali… na wsi.
Nie było tam blokowisk, Spodka, latarni, tramwajów, betonów, ani nawet skrawka bruku.
Zamiast ludzi były pokrzywy. Morze pokrzyw na hektarowej działce, którą kupili.
Kiedy gęsto tkany woal mroku spływał na okolicę, z utęsknieniem wypatrywała świateł. Migotały w oddali, niedbale rozrzucone. Było ich tak niewiele. Tak szybko gasły.
– Jeśli będę wzywać pomocy umrę, zanim mój krzyk do kogokolwiek dotrze – żartowała z właściwym sobie czarnym humorem.
Jedno nie dawało jej spokoju. Jak to możliwe, że ten sam odgłos obcego człowieka, będącego niedaleko, w mieście koił, a na wsi niepokoił?
Tam obcy był przyjacielem, a tu intruzem.

I jak to w bajkach bywa, karoca zmienia się w dynię. Monumentalny betonowy blok zamienił się w skromną chatkę z drewna i słomy. W ścianie wydłubała dziurę gołym paznokciem.
– Czyli jeśli ktoś będzie chciał wejść, to wystarczy, że uderzy w ścianę, tak? – dopytywała małżonka. I faktycznie. Kto chciał, ten wchodził. Na przykład myszy, które w nocy zjadły obiad, ugotowany na następny dzień, a rano jeszcze długo była awantura, że pewnie jej się coś pomyliło i nic nie ugotowała. Aż resztki nocnej uczty znaleźli nieopodal mysiej nory.
Zresztą myszy, to był odrębny koszmar. Wiedziała o nich mniej więcej tyle, co o cebulach, ale przerażały ją o wiele bardziej i paradoksalnie – szybciej wyciskały łzy.
Odgrażała się, że nigdy, przenigdy nie zostanie na noc sama w tej kruchej, tkanej słomą chatce, gdzie każdy nieznajomy odgłos był morderczym łomotem. Bała się. Panicznie się bała. I łkała w nocy w poduszkę, wspominając miasto, spływające przytulnym światłem. Zbyt gwałtownie przecięta pępowina, broczyła jej łzami.
I na nic zdały się groźby, bo w końcu musiała zostać sama. Nie na noc, nie na dwie. Na całą zimę, kiedy jej mąż pracował za granicą.
Trudno jednak mówić, że była sama, wszak miała już czteroletnią córkę i kilkumiesięcznego syna.
Regularnie z odwiedzinami wpadały też myszy.
A jednak nie mogła się przyzwyczaić i przemóc strachu. Spała jak ta mysz pod miotłą właśnie – niespokojnym urywanym snem, dręczona koszmarami.

Tamtego dnia noc spadała z impetem na ziemię już w okolicach godziny szesnastej. Zima zachłannie połykała dzień. Jak zwykle starannie rozścieliła na oknach zasłony, tak żeby nikt z zewnątrz nie mógł jej podejrzeć. Zabrała się za rozpalanie w piecu kaflowym, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
Pukać można na różne sposoby. Pukanie jest jak wizytówka pukającego. Pukał intruz. Szybko, namolnie, zdecydowanie. Kruche słomiane ściany zadrżały. Kątem oka zerknęła na dzieci, jedno w kołysce, drugie bawiące się na dywanie. Strach może być wielki. Ale nie ma w przyrodzie strachu większego niż strach matki o dziecko.
Zwinnie prześlizgnęła się wzrokiem po izbie. Na kuchence lśnił nóż. Pukanie nie ustawało.
Zatrzasnęła w płucach powietrze. Podeszła do drzwi. Te falowały jak w zwolnionym tempie, szamotane siłą czyjejś pięści. Następnie wydarzenia rozgrywały się w wykrzywionym dziwnie czasie. Jak we śnie. A więc jednocześnie szybko i nieznośnie wolno.
Czterolatka, składająca na dywanie klocki posłała jej niewinny uśmiech.
– Kochanie – powiedziała tonem popisowo symulującym spokój – mam pomysł! Pójdziemy na spacer.
Dziewczynka spojrzała na okno. – Myślałam, że jest noc – skwitowała.
– No właśnie! Jest noc. Zrobimy coś innego niż zwykle. Pójdziemy na nocny spacer! Ale to nie koniec – dodała. – Wiesz, tak sobie pomyślałam, że te nasze spacery są takie nudne. Zawsze wychodzimy przez drzwi. A co jeśliby tak raz wyjść przez okno? – mówiąc to, opatulała dziewczynkę w ciepły kożuch i wełnianą czapkę. – Zobaczysz, będzie super! – przekonywała.
– Przez okno? Dziwne – komentowała czterolatka, ale matka jej nie słuchała. Kończyła zawijać w ciepły koc niemowlaka, błagając, żeby przestał kwilić, wszak na szali było życie całej trójki.
Drzwi co prawda zastygły w milczeniu już przed kilkoma momentami. Ale była to cisza grobowa.
Uchyloną okiennicę szybko pochwycił wiatr. Zaskrzypiała. Matka wstrzymała oddech. – Idziemy mamo? – powiedziała dziarsko czterolatka, gotowa na nocną przygodę.
– Posłuchaj, najpierw ja pomogę ci wyjść, potem podam ci braciszka, a na końcu wyskoczę ja. Jest coś jeszcze. Kolejny element zabawy – rzekła tajemniczym tonem.
– Jaki? – odparła zaciekawiona dziewczynka.
– Musimy być bardzo, ale to bardzo cicho.
Cała trójka grała według zasad. Byli bardzo, ale to bardzo cicho. I gdyby tej nocy ktoś naprawdę obserwował kruchą chatkę, zobaczyłby, jak otwiera się okno na tyłach domu, jak gramoli się przez nie mała dziewczynka, jak kobieta podaje jej zawiniątko, jak sama wyskakuje. I jak cała trójka brnie w śniegu, w stronę jednego jedynego światełka we wsi.

To wydarzyło się naprawdę. Trzydzieści lat temu. Przerażoną kobietą była moja Mama. Małą dziewczynką byłam ja.
Intruzem był sąsiad, który zbierał jakieś podpisy.

Moja Mama zawsze mawiała, że matka już nigdy nie sypia jak przedtem. I nie chodzi wcale o nieprzespane za sprawą noworodka noce. Wraz z dzieckiem przychodzi na świat niepokój o nie.
Strach. Bo nie ma w przyrodzie strachu większego niż strach matki o dziecko.
I można zrozumieć to tylko, kiedy już powoła się je na świat. Nie da się o tym opowiedzieć, tak jak nie da się wytłumaczyć smaku ulubionej potrawy.
Przychodzi z pierwszym krzykiem noworodka i zostaje na zawsze w krwiobiegu matki.
Moja Mama już zawsze sypiała jak mysz pod miotłą. Budził ją najdrobniejszy szloch, szelest, fałszywy oddech.
Od dziecka chorowałam na astmę. Pamiętam noce, kiedy z trudem zaciągałam się powietrzem, a z moich płuc wydobywał się nieznośny świst. Leżałam wsparta stertą poduszek, bo tylko w tej pozycji nie dusiłam się całkiem. Przy łóżku czuwała Mama. Momentami zapadała w nerwowy sen. Po chwili budziła się i w przepraszającym geście łapała moją rękę.
Kiedy już podrosłam i zrozumiałam, jak bardzo Mamę wykańczał strach o moje zdrowie, podczas gorszych ataków choroby, chowałam się pod kołdrą. Wiedziałam, że inaczej usłyszy każdy fałsz, płynący z moich płuc. To nic nie dawało. Po chwili stawała w drzwiach: „dusisz się?” – pytała z rozpaczą w oczach.

Historia, którą opowiedziałam Wam dzisiaj, jest jednym z moich pierwszych, dziecięcych, mglistych wspomnień. Z czasem wszystko nabierało znaczenia. Kiedy jednak Mama powiedziała, że nocą pójdziemy na spacer przez okno, zupełnie jej ufałam. Podobnie jak podczas ataków astmy. Wiedziałam, że dopóki trzyma mnie za rękę, nic mi się nie stanie.
I to zabawne, ale choć mam trzydzieści cztery lata i jestem dziesięć lat starsza niż moja Mama, kiedy uciekałyśmy przez okno kruchej chatki, miewam momenty, że „chcę do mamy”. Tak po prostu, kiedy przychodzi ciężki dzień, albo przytłacza mnie dorosłość. Wraca do mnie ta dziecinna pewność, że dopóki trzyma mnie za rękę, nic mi się nie stanie.

Kiedy sama zostałam mamą, nagle pojęłam tyle rzeczy. Że w macierzyństwie są dwie ogromne siły.
Że tak bardzo, jak ja się o Ciebie boję, tak bardzo Ty mi ufasz.
Kiedy więc znikasz w tłumie ludzi na Wawelu, ja umieram ze strachu, a ty wiesz, że cię znajdę.
Moja Mama mówi, że to nie mija. Że boi się o nas dokładnie tak samo, jak kiedy byliśmy mali.

Każdej nocy, kiedy idę spać, zaglądam do Was. Cieszę się, że jesteście bezpieczni, zdrowi, szczęśliwi. Na wyciągnięcie mojej ręki, kiedy zbudzi Was koszmar.
Nieustannie towarzyszy mi ta myśl, że nie zdołam Was uchronić przed światem, że wręcz nie mam do tego prawa.
Ale jeszcze teraz, póki mogę, przykrywam Was po uszy kołdrą, przykrywam przed chłodem, i światem.

Mama

Niedługo Dzień Matki, jeśli nie macie pomysłu na prezent, to może coś z biżuterii? Przygotowałam dla Was mały przegląd błyskotek.
Tymczasem idźcie przytulić Mamę, albo wyślijcie jej chociaż miłą wiadomość.


1. Kolczyki skrzydła
2. Zawieszka piórko
3. Kolczyki piórka
4. Bransoletka z księżycem
5. Naszyjnik
6. Zawieszka skrzydełko
7. Kolczyki z księżycem
8. Kolczyki


1. Kolczyki piórka
2. Zawieszka skrzydełko z cyrkoniami
3. Kolczyki
4. Kolczyki łapacze snów
5. Bransoletka
6. Kolczyki kwiaty
7. Kolczyki
8. Zawieszka łapacz snów


1. Kolczyki listki
2. Naszyjnik
3. Pierścionek
4. Zawieszka
5. Kolczyki
6. Zawieszka z trzema piórkami
7. Zawieszka z cyrkonią
8. Naszyjnik z sercami




*Wpis powstał we współpracy z firmą Apart.

You may also like

21 komentarzy

  1. Pamiętam kiedy zrozumiałam, że tak naprawdę nigdy w życiu się nie bałam, nigdy nigdy. Był to dzień kiedy bałam się pierwszy raz o życie swojego dziecka. Wtedy znaczenie słowa strach nabrało zupełnie nowej postaci.

  2. powtórzę się, jak pewnie wiele Twoich czytelników- och, Saro, jak Ty piszesz!!!
    zdecydowanie za krótkie wpisy 🙂

  3. Piękny wpis! Mnie też z macierzyństwem przybyły całkiem strachy… i wiem że już zostaną ze mną na zawsze.

  4. Po pierwsze: wyglądasz jak ich rówieśniczka 🙂 Po drugie: piękny wpis i przejmująca historia… Ja nie mam dzieci, ani matki, więc się nie wypowiem, ale rozumiem, że można kochać miasto tak jak kochała je Twoja mama przed wyprowadzką 🙂

  5. Przeraża mnie ta historia. I przeraża myśl o spędzeniu tylu miesięcy, lat w miejscu które powoduje tak silną panikę i codzienne łzy do poduszki. Przeraża mnie brak jakiejkolwiek wzmianki o próbie wsparcia ze strony męża. Przeraża wizja nieszczęśliwej, zestresowanej matki, na którą patrzą dzieci. Przeraża świadomość, że ja taki nieustanny stres pewnie odreagowywałabym na najbliższych…
    Pozdrawiam, nieuleczalny mieszczuch.

  6. Pięknie napisałaś. I pokazałaś mi że nie jestem durna.. Mimo że jestem matką trójki zdarzają się chwile że przeraża mnie dorosłość. Przypomina, mi się wtedy że tylko przy mamie czułam się bezpiecznie. Przy niej niczego nie musiałam się bać. Ale mama zachorowała i odeszła.. W chwilach kiedy się boję nie mam do kogo zadzwonić… Nikt nie pocieszyć jak ona. Żaden człowiek nie da mi poczucia tego bezpieczeństwa które dawała ona. I pomyśleć że ja taka krucha, ze strachem gdzieś z tyłu głowy, jestem tym samym pewnikiem bezpieczeństwa dla swoich dzieci..

  7. Blagam, nastepny raz napisz zanim zazne czytac: nie rob tego u fryzjera, nie rob tego wsrod ludzi. Tak bardzo nie lubie plakac wsrod ludzi, nawet jak to lzy nie nieszcescia.

  8. Miłość do dziecka, to zupełnie inny rodzaj miłości. Moje chłopaki przed trzydziestką, a jak się jakaś myśl zła przyplącze, to jestem bliska omdlenia.
    Mój tata zmarł mając 60 lat, jego mama, a moja babcia stała nad grobem i łkała: moje dziecko, moje dziecko…
    No kurka, poryczałam się…

  9. Ryczę… Znowu. Choc weszłam tu juz drugi raz i nawet nie czytalam tekstu. Te emocje kiedy czytalam go za pierwszym razem , dwa dni temu dalej mi towarzyszą…Dziewczyno jak Ty to robisz ja sie pytam? Zeby tak dogłębnie wzruszyc czlowieka? Chylę czoła. Jesteś niesamowita.

  10. Piękne słowa, bardzo prawdziwe i baaardzo wzruszające. Miłość matki do dziecka i strach o nie są niesamowite. Żaden mężczyzna tego nigdy nie zrozumie. Relacja matka-dziecko jest jedyną w swoim rodzaju. Zaczyna się 9 miesięcy przed pojawieniem się dziecka (często, gdy matka jeszcze nie wie, że będzie matką, czuje coś dziwnego, wyjątkowego, innego w sobie) i trwa do końca. Czyż to nie jest piękne?

  11. Jako rasowy mieszczuch, który na moment wbrew sobie zgodził się na wiejską sielankę(na co się nie zgadzamy dla przyszłego męża…?), by czym prędzej wrócić na betonowe łono, wczułam się w historię twojej mamy jakby była o mnie. Wiem że kwestia którą poruszasz to macierzyństwo i relacja matka – dzieci, ja natomiast nie mogę się pochwalić byciem mamą, niemniej jednak twój tekst bardzo do mnie przemówił, miałam podobną sytuację i pewne rzeczy wydają się irracjonalne (czego się boisz? nie potrafisz zostac sama w domu?), nawet nie wiedziałam czego się boję, albo dlaczego tamto miejsce powodowało u mnie stałe napięcie, nerwowość i ogólnie chęć ucieczki. Piszę komentarz pod Twoim postem Saro po raz pierwszy,jestem raczej obserwatorem aniżeli komentatorem😉ale bardzo lubię Twój styl pisania, z reguły zaglądam na Twojego bloga żeby poprawić sobie humor, także dziękuję😊

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.