WAKACJE TO WODA!

Wertowaliśmy odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek. B
Bruno Schulz „Sklepy cynamonowe”.

Kiedy dzieci wołają: Mamo, prosimy, zabierzesz nas nad jezioro? Nie potrafię się oprzeć.
W połowie drogi mam wrażenie, jakbym przejechała nie dwadzieścia kilometrów, ale kilkadziesiąt lat w przeszłość. Niewiele się zmieniło od mojego dzieciństwa. Można odwiedzić różne epoki. Jest PRL z blaszanymi budami, oferującymi oranżadę o smaku landrynki i kilka pustych półek.
Są szalone lata dziewięćdziesiąte, mające w zasadzie wszystko, od plastikowych owadów po alkoholowe marzenia. I lata dwutysięczne, gdzie króluje kolor wenge, nowoczesna sklejka i wrażenie, że jest, a przynajmniej było tu jakby luksusowo.
Zdecydowanie najmniej jest obecnej epoki. Ale nie ma się czym martwić, podobnie jak inne – dotrze tu z pewnym opóźnieniem jakichś 30 lat.
Nad jeziora wiodą kręte ścieżki. W prześwitach majaczy tafla wody, chcesz piszczeć. Powietrze jest nieruchome, wprawiane w drgania jedynie napędem komarzych skrzydeł. Przyspieszasz kroku, balansujesz, żeby nie klapnąć tyłkiem w błoto. I jeszcze ten zapach. Początkowo zbutwiały i wilgotny, ale po chwili dominuje już sielankowa nuta. Tak pachną wakacje. Od zawsze.
Nagle jest. Plaża. Piach miejscami porośnięty kępkami trawy. I woda. Nie po horyzont. Widać drugi brzeg w miękkich objęciach drzew. I molo. Musi być molo. Zawłaszczone przez jezioro, pożarte przez tatarak.
Wakacje to woda.
Z dzieciństwa pamiętam rzekę Drzewiczkę, nad którą spędzaliśmy czas. Na pierwszy rzut oka wydawała się łagodna. Nawet jej nazwa sugerowała, że jest raczej rzeczką, ot strużką wody przecinającą pola. Rzeka się buntowała, kiedy tak o niej myśleliśmy. Wiosną potrafiła wystąpić z brzegów i zniszczyć uprawy, jej macki sięgały domostw. Stropieni gospodarze wypatrywali jej nocą, w obawie, że zabierze im wszystko.
Potem rzeka uspokajała się. Na powrót stawała się dobrotliwa, a kiedy zapominaliśmy o jej drugiej naturze, połykała ku przestrodze jakieś życie i wypluwała po kilku dniach.
Wieś zanosiła się płaczem, wtedy wujek nam mówił:
Z rzeką nie ma żartów! Pamiętajcie.
Pamiętaliśmy. Za każdym razem, kiedy szukając łagodnego zejścia do wody, ostre sitowie kąsało nasze stopy. I wtedy gdy porywał nas lodowaty nurt. Bo rzeka nie wiła się łagodnie wśród pól.
Raczej pędziła przez nie jak obłąkana. Kurczowo trzymaliśmy się szuwarów, robiąc uniki przed jej szatańskim prądem. Na brzeg wracaliśmy wykończeni tą walką i śmierdzący mułem, w który można było zapaść się po kolana.
Gdy dziś to wspominam, nie mam pojęcia, czemu rzeka trzymała nas w sobie całe dnie i dlaczego do niej wracaliśmy z piskiem codziennie.
Za naszym domem też jest rzeka. Woda w niej sięga ledwie do kolan i nigdy się nie nagrzewa. Kończyny drętwieją od samego jej dotknięcia. Rzeka się ślizga na gęstym czarnym mule. Niezmącony wygląda łagodnie, ale wystarczy zrobić krok, żeby wzburzył się, rozlał jak atrament i wydał oddech nieznośnego smrodu.
Dzieciom to nie przeszkadza. Krzyczą: Mamo, chodźmy nad rzekę! Obserwuję ich z brzegu, znając przewrotną rzeczną naturę. Do wody nie śmiem wchodzić. Tak samo, jak wujek trzydzieści lat temu.

Początek wakacji. Coś dzieje się z dniem. Trwa tak długo, że ciężko z doby wyłuskać noc. Minuty przesycone są jakąś beztroską, jakby nic nie miało znaczenia, a problemy były niemrawym majakiem przeszłości.
Podkradam dzieciom te chwile, choć wiem, że nie są moje. Bez pytania biorę hausty lepkomyślenego letniego powietrza. Wylizuję patyczki po lodach do suchej deski, panieruję się w piachu na plaży, piszczę, kiedy zimna woda z jeziora wlewa mi się do majtek. O dorosłości przypomina mi tylko dowód, który wymknął się z portfela, kiedy kupowałam draże Korsarz oraz srogi głos w słuchawce, pytający, czy jestem osobą decyzyjną? Ja osobą decyzyjną?! Oczywiście! Jeśli lody, to o smaku solony karmel, draże tylko kokosowe.
Na kolanach mam sińce o nocnych wygibasów na tarasie, kiedy drewnianemu kołkowi wyśpiewałam „unbreak my heart” na całe gardło, mam też ciało wymazane nierównomierną opalenizną, a słońce rozsiało na mojej twarzy piegi.
Początek wakacji. Powagę utopiłam w jeziorze rybom na pożarcie.


You may also like

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.