JEŚLI CIASTKO ZA TOBĄ CHODZI, TO ZJEDZ JE, CZYLI MOJE SPOSOBY NA FORMĘ

Przedwczoraj opublikowałam zdjęcie w bikini. Pojawiło się mnóstwo komentarzy, że „taka figura po trójcie dzieci” i pytań o to, jak utrzymuję formę.
I powiem Wam, że to niby nic takiego, ale zanim odpowiem, gryzę się ileś razy w język, bo nie wiem, kogo mogę urazić odpowiedzią i zawsze znajdą się tacy, którzy urażeni się poczują, choćbym była najlepszą dyplomatką.
Zresztą od paru lat obserwuję ten dziwaczny proces, że trudno napisać lub powiedzieć cokolwiek, żeby kogoś nie obrazić (chociaż to temat na osobny bardzo długi wpis). Najlepiej do każdej wypowiedzi robić gwiazdki z przypisami.
Samo wrzucenie tego zdjęcia też nie było dla mnie łatwe i cały dzień szarpałam się z myślami, czy nie urażę kobiet, które po ciąży nie są w stanie wrócić do formy. Ale do licha. Trenuję, prowadzę zdrowy tryb życia, fajnie wyglądam, chyba mogę się tym cieszyć?
Zatem pozwólcie, że moja gwiazdka z przypisem pojawi się już na wstępie.
Rozumiem, że są osoby obciążone różnymi problemami, od zdrowotnych po genetyczne, które utrudniają lub uniemożliwiają im trzymanie formy.
Dlatego chciałam bardzo mocno podkreślić, że dzisiejszy wpis kieruję do osób, które są zdrowe i mają wszelkie predyspozycje, żeby formę trzymać. Wpis jest też dla osób, które ten temat interesuje, a na ich drodze stoją raczej wymówki i brak motywacji.

KILKA SŁÓW O CIAŁOPOZYTYWNOŚCI
Od kilku lat coraz głośniej mówi się o ciałopozytywności. Początkowo to hasło bardzo mi się podobało, potem zaczęłam się w tym wszystkim gubić.
Rozumiałam je tak – akceptujemy wszystkie ciała takimi, jakie są i nie czepiamy się ani swoich, ani cudzych. Niestety często tak bywa, że fajnym inicjatywom zaczynają towarzyszyć radykalne postawy. Zauważyłam w internecie rosnącą grupę osób, rzekomo „ciałopozytywnych”, którym nie pasuje, że ktoś o swoje ciało dba, ćwiczy, czy maluje się, no bo jak to? Albo akceptujesz się dokładnie takim, jakim matka natura się stworzyła, albo nie mów, że jesteś ciałopozytywny.
Nawet dałam się temu nurtowi trochę porwać. Myślałam – przesadnie o siebie dbam, nie jestem ciałpozytywna, walczę z cellulitem, robię treningi, żeby mieć krągłe pośladki i płaski brzuch, na włosach mam blond pasemka i największą frajdą przed każdą imprezą jest dla mnie szykowanie się.
Jakiś głos w głowie szeptał „chyba żartujesz, tak się pindrzysz i myślisz, że jesteś ciałopozytywna? Właśnie ty i tobie podobne stawiają ten świat na głowie, jesteś pod presją perfekcyjnego wyglądu, opamiętaj się!”
Byłam pogubiona i co więcej – z wyższością patrzyłam na dziewczyny, które poddały się wielu zabiegom medycyny estetycznej, czyli zachowywałam się dokładnie tak samo, jak rzekomo ciałopozytywni wobec mnie. Pff, laska cała zbotoksowana, a wydaje jej się, że jest ciałopozytywna. Tymczasem między różem na policzkach a wypełniaczem w policzkach różnica jest niewielka. Wszystkim nam chodzi o to, żeby wyglądać ładnie. A dla kogo i dlaczego tak chcemy wyglądać, to już temat na odrębny wpis.
Regularnie zaglądam na stories Segritty, która jest bardzo mądrym człowiekiem i naprawdę warto jej posłuchać. Kiedy kilka lat temu ogłosiła, że przestaje się golić, bo to jakieś szaleństwo, że dziewczyny muszą, a faceci nie, złapałam się za głowę. No bez przesady – myślałam.
A ona spokojnie tłumaczyła, subtelnie wytrącając z ręki mnie i mnie podobnym wszelkie argumenty.
Dlaczego się golimy? Wydajemy gruby hajs i jęczymy pod ostrzałem laseru, który na zawsze ma wyrugować z naszego życia włosy? No dlaczego? Nie chodzi przecież o zdrowie. Chodzi tylko o względy estetyczne. Tymczasem mężczyźni, pokryci futrem od stóp do głów są nadal piękni, o co chodzi? No właśnie o nic, poza niedorzecznym imperatywem społecznym, że MY BABY MUSIMY SIĘ GOLIĆ, BO TAK.
Jednocześnie borykałam się z wewnętrznym konfliktem, że ja na taki krok nie jestem gotowa, prawdopodobnie nigdy nie będę i nadal chcę się golić, czy mogę?
I wtedy Segritta powiedziała, że spoko, mogę. Mogę robić to wszystko, na co mam ochotę, czyli malować się, stroić, ćwiczyć, bo ciałopozytywność to nie akceptacja dla tylko jednego modelu ciała, tego super naturalnego, ale KAŻDEGO.
Czyli w skrócie – akceptujemy to, co inni robią ze swoim ciałem, czy nam się to podoba, czy nie.
Kolokwialnie – nie wtykaj nosa do cudzego tyłka.
A więc nie zakładamy, że dziewczyna ze sztucznymi cyckami jest pustą lalką, a gruby człowiek na plaży żarłokiem. Staramy się o tym nie myśleć, a już na pewno nie wyrokować.
Czy mi się to udaje? Nie zawsze, ale pracuję nad sobą.

PARĘ SŁÓW O KOMPLEKASACH
Jestem osobą, która walczy z kompleksami. Pewnie niektórzy teraz wykrzykną, że ładna dziewczyna a takie rzeczy opowiada. Regularnie spotykam się z zarzutem, że skoro jestem atrakcyjna, to nie mam pojęcia o prawdziwych kompleksach. To absurd, bo w gruncie rzeczy kompleksy niewiele mają z wyglądem wspólnego w ogóle. Rosną w naszych głowach, widzimy je w swoich lustrach, przeważnie nikt poza nami ich nie dostrzega, a najpiękniejsi ludzie świata opowiadają o swoich mankamentach i operacjach plastycznych, które miały wyrugować z ich życia kompleksy.
Nie miałam też nigdy problemu, żeby o swoich mankamentach (albo tym, co ja uważam za mankamenty) mówić na głos, nawet się z tego śmiać. Żart o tym, że jestem płaska jak deska i nie mam cycków, posiałam sama, teraz rośnie i ma się dobrze. Wiadomo, że zawsze można sobie zażartować z moich cycków.
Jakiś czas temu przeczytałam (za cholerę nie mogę dojść gdzie), że zakompleksiona matka, to zakompleksione dziecko. Uderzyło mnie to zdanie. Zaczęłam analizować wszystkie znane mi przypadki osób niemal utkanych z kompleksów i faktycznie, tak samo zakompleksione były ich matki. Te skromne kobiety, które na każdy komplement reagowały rumieńcem i wyliczanką wszystkich swoich wad.
Co prawda nie jestem psychologiem, więc może ta teoria nie ma naukowych podstaw, ale faktem jest, że dzieci bardzo naśladują rodziców.
Postanowiłam więc, że koniec z nieustannym wytykaniem sobie na głos mankamentów, nieprzyjmowaniem komplementów, ogólnym narzekaniem na wygląd.
Moje dzieci i tak nabawią się swoich własnych kompleksów, życie to nie bajka, ale oby jak najmniej miały przeze mnie.

TROCHĘ O FORMIE
Wstęp był długi, ale czułam, że muszę te dwie kwestie poruszyć, żeby ten wpis miał ręce i nogi. Co do formy. Rozczaruję Was. Nie wierzę w cuda, w diety, w magiczne sposoby, nierealne obietnice i błyskawiczne efekty.
Już samo wyrażenie „trzymać formę” oznacza, że trzeba to robić stale. Ja lubię tryb życia, uwzględniający zdrowe odżywianie się i jak największą ilość ruchu. Jednocześnie uwielbiam jeść, gotować i pić wino. Czy da się to pogodzić? Moim zdaniem tak, bo życie w rygorze obostrzeń jest okropne i gdybym wiedziała, że nie mogę zjeść pizzy, to pewnie nie byłabym w stanie myśleć o niczym innym (ostatnie cztery miesiące chyba nam wszystkim dobitnie to udowodniły).
Moim sposobem na to, żeby zjeść ciastko i mieć ciastko jest trzymanie diety w tygodniu i folgowanie sobie w weekendy.
W tygodniu jem mnóstwo warzyw, owoców, kasz, chude mięso. Nie piję też alkoholu, najwyżej odrobinę wina do kolacji. Ostatni posiłek jem między 19 i 20, tak żeby nie iść spać głodną, ale nie też nie z pełnym brzuchem. Do tego jak najwięcej ruchu.
Czy zdarza mi się złamać w tygodniu? Oczywiście. Co więcej – nigdy nie robię z tego dramatu. Bo chyba jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić to wpaść w taką matnię zdrowości „o matko zjadłam ciastko na noc, co to będzie? Nic.
Poza tym, jeśli to ciastko za Tobą chodzi, to zjedz je człowieku, bo inaczej będzie determinować twoje myśli, nie da Ci ani spać, ani pracować.
Ponieważ taki system stosuję od wielu lat, mój organizm raczej nie domaga się skoków w bok. Kiedy jest przyzwyczajony do zdrowego jedzenia, to sam się tego domaga, bo lepiej funkcjonuje. To nie jest tak, że w poniedziałek jestem załamana, bo muszę zjeść sałatkę, ja się na tę sałatkę rzucam. I nie zrozumcie mnie też źle. Weekend nie znaczy, że od rana do nocy czekolada i chipsy. To znaczy, że mogę zjeść wszystko, na co mam ochotę, bez robienia sobie wyrzutów.
Wiele osób prosiło mnie o przykładowy jadłospis. Nie będę robić takiego wpisu, bo miejsc w internecie, gdzie można znaleźć wspaniałe dietetyczne menu, jest po prostu mnóstwo i są prowadzone przez ludzi, którzy się na tym znają. Ja jestem samozwańczym dietetykiem domowym i robię eksperymenty na sobie.
A jeśli interesują Was moje jedzeniowe triki, to odsyłam do tego wpisu – tam nawet są przepisy.

Co do aktywności fizycznej. Jak pewnie pamiętacie, moim najlepszym trenerem personalnym jest Fera. Dzień bez spaceru to dla nas obu, dzień stracony i to nie jest jakieś tam byle tuptanie, ale często dobre 10kilometrów tempem, które tylko my dwie rozumiemy i potrafimy znieść.
Zawsze też rekomenduję szukanie ruchu tam, gdzie pozornie go nie ma. To są takie drobiazgi, jak schody zamiast windy, poruszanie się pieszo po mieście (oczywiście w miarę możliwości), przejście z przystanku na przystanek, kiedy trzeba długo czekać na autobus oraz domowe porządki. Nic tak nie wyrabia bicepsów, jak jazda ze szmatą po domu, serio!
Jak być może wiecie, nigdy nie byłam wielką fanką siłowni czy klubów sportowych. Przeważnie czuję się tam jak ofiara losu, rzucona na pożarcie mięsistym rekinom. A od kiedy mieszkamy poza miastem, zupełnie sobie nie wyobrażam, że mogłabym poświęcać czas na dojazdy i treningi.
Jak dobrze, że są wirtualne trenerki, które nie widzą, kiedy koślawo stawiamy nogi i zdychamy w połowie pompki, mało tego! One cały czas człowieka chwalą.
Ja jestem niestała w tych youtubowych uczuciach. Szybko się zakochuję i odkochuję w wirtualnych trenerkach. Zauważyłam też, że latem chętnie wykonuję treningi godzinne, a zimą wolę zdecydowanie krótsze.
Ćwiczę bardzo regularnie od początku 2019 roku. Miewam kryzysy, spadki formy, braki motywacji, ale raczej nie dłuższe niż tygodniowe.
Zasadniczo trenuję codziennie poza weekendami, chociaż wtedy zabieram Ferę na spacer. Próbuję wyszarpać dniowi przynajmniej godzinę solidnej aktywności fizycznej.
I powiem Wam szczerze, że na ten moment motywuje mnie najbardziej mój wiek…
Niedawno skończyłam 36 lat, widzę, jak szybko spada mi forma, kiedy odpuszczam, towarzyszy mi poczucie, że trenuję dla zdrowia i kondycji.
I na koniec. Pamiętajcie o byciu ciałopozytywnymi. Ja lubię ćwiczyć, być w formie. Czuje się wtedy lekka, to ma dobry wpływ na moją psychikę. Ale to ja.
Ty możesz mieć zupełnie inne podejście i dobrze.

Moim ostatnim odkryciem treningowym jest Monika Kołakowska. Baaaardzo podeszły mi jej ćwiczenia, treningi Ewy Chodakowskiej już były dla mnie za lekkie i nawet zakwasów nie miałam.
Ostrzegam, Monika daje wycisk. Podrzucam Wam moje ulubione treningi.

You may also like

6 komentarzy

  1. I fajnie, grunt to robić, to co się robi,dla siebie i swojego zdrowia, a nie dla wszystkich wokół. Co do kompleksów, to IMO u nas jest kultura wręcz ich hodowania, bo ludziom się myli obniżone poczucie wartości że skromnością. Narzekasz na siebie- jesteś cool! A dopiero człowiek zadowolony z sobie, znający swoją wartość, ma odwagę być skromnym i powiedzieć „mam małe cycki, ale i tak siebie lubię” i być w tym lubieniu siebie szczerym. I jednocześnie nie udawać, że te małe cycki, wielki nos czy krzywe zęby to najlepsze, co mu się w życiu przydarzyło, bo w takie baśnie z mchu i paproci też nie chce mi się wierzyć 😉 pozdro!

  2. Ja też ćwiczę z Moniką od kilku lat. Lubię jej treningi chociaż do najlżejszych nie należą. Ja spotykam się codziennie z komentarzami: „Po co ćwiczysz?, Po co się tak męczysz i tracisz czas?, Nie jesteś przecież gruba”. Ludzie nie rozumieją, że ćwiczę bo lubię a poza tym bardzo mnie to relaksuje i resetuje mózg. Do tego mam 44 lata i tylko dzięki zdrowemu trybowi życia na tyle nie wyglądam:-) To mój pierwszy komentarz na blogu.

  3. Czasem zaglądam tu. Świetne teksty. Często czuję, że się utożsamiam z tym co piszesz. Ale tekst powyżej wyjęłaś mi z ust 🙂 Robię wszystko niemal dokładnie tak samo, a jak jeszcze wspomniałaś o Kołakowskiej to przeszła mi przez głowę myśl czy nasza wspólna rozmowa byłaby w ogóle ciekawa?…obie byśmy sobie tylko przytakiwały. Takie dwie blondynki siedzące i kiwające pozytywnie głowami 🙂 Serdecznie Cię pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.