WYFRUWAJĄ Z GNIAZDA CORAZ DALEJ…

Obudziło mnie pukanie do drzwi naszej sypialni. Bardzo delikatne. Jakby ktoś muskał je ledwie opuszkami palców. Zawsze tak pukają, nie chcą nas budzić.
Mój matczyny wytężony słuch, ten sam, który gwałtownie wyrywał mnie ze snu, gdy niemowlę zbyt cicho spało, natychmiast wyłapał tę fałszywą nutę na spokojnej pięciolinii nocy.
Otworzyłam oczy. Przez szparę w roletach sączyło się mętne światło księżyca, kiereszując podłogę świetlistą rysą. I wtedy znowu opuszki zastukały o drzwi, zawtórowało im ledwie mącące ciszę „mamo, tato, miałem zły sen”.
– Chodź – szepnęłam, odkrywając kołdrę.
Małe bose stopy przemknęły po podłodze. Czule ułożyłam mu pod głową większość mojej poduszki. Przywarł do mnie gwałtownie, łapiąc mnie za szyję.
– Coś bardzo złego mi się śniło mamo.
– Ciii – to tylko głupi sen – wymruczałam mu do ucha, pieszcząc jego nieco za długie włosy, których nie zdążyliśmy ostrzyc przed rozpoczęciem roku.
Jego druga rączka wędrowała po moich plecach, ramionach, twarzy, jakby chciał się upewnić, że na pewno tam jestem, że nie zabłądził w okropnym śnie.
Jestem, już dobrze – powtarzałam cicho, wsłuchując się w jego płaczliwy dech, z każdą chwilą coraz spokojniejszy.
Nie wiem, jak długo to trwało, czas w nocy jest tak bardzo odkształcony. Poczułam w stopach mrowienie drętwiejącego ciała, kiedy jego oddech na mojej szyi stał się miarowy.
Nie miałam odwagi się ruszyć, choć mrowienie stopniowo pełzło ku górze. Byliśmy ze sobą spojeni potem, łzami i emocjami.
I chyba on wchłonął w siebie mój dobry sen, bo leżałam z szeroko otwartymi oczami, wbitymi w świetlistą rysę księżyca, odmierzającą czas jak wskazówka zegara.
Wskazówka cofnęła się o kilkanaście godzin. Byliśmy na rozpoczęciu roku. On w garniturze, lekko zawstydzony, pozujący do zdjęcia. Na jego chłopięco-dziecięcej buzi duma i trema pierwszoklasisty.
Świetlista rysa poruszyła się.
Szedł do przedszkola.
Stawiał swoje pierwsze kroki.
Czułam jego pierwsze ruchy w sobie.
Zasnęłam odrętwiała na mokrej poduszce, kurczowo ściskając jego rączkę.

Moja Mama często mówi, że dałaby wiele, żeby spędzić jeden jedyniutki dzień, z nami, kiedy byliśmy piątką małych urwisów.
Kiedyś pukałam się w czoło i mówiłam jej „mamo, zwariowałaś? Wiesz, jak ja marzę o ciszy, porządku i spokoju?!”
A teraz? A teraz zaglądam do archiwum bloga. I kto wie, może też spędziłabym ten jedenasty marca 2012 roku z nimi. Chociaż nie, wtedy jeszcze nie było Lolka.
Pisałam tak:

„Kochani!
Nadeszła wyjątkowa chwila! Chciałam dziś przedstawić Wam towarzyszy mojej niedoli, dwie Dorodne Kluski – Zbyszka i Ąfla.
Te doniosłe okoliczności wymagają zapewne ode mnie spłodzenia własnej definicji macierzyństwa.
Czym zatem jest macierzyństwo? To nieustająca chęć podpalenia się i wyskoczenia przez okno, przed której realizacją powstrzymuje cię przerażająca wizja tęsknoty za dziećmi.
Dorodne Kluski mają naturę odkrywców – masochistów. Dziennie przeprowadzają setki eksperymentów: czy oko da się wyjąć, jaka jest zawartość nosa, jak głęboki jest pępek, ile siły wymaga wyrwanie włosów z głowy, jak wytrzymałe są różne obiekty na uderzenie głową i jaką wywołuje to reakcje u rodziców.
Dorodne Kluski lubią równowagę w naturze. Po pokaźnej dawce uścisków i całusów zawsze należy spodziewać się otrzeźwiającego uderzenia padającego nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy.
Stanowczo odradzam okazywanie nadmiernej ufności lepkim łapkom. Lepkim dosłownie i w przenośni. Ta dosłowność może legitymizować się bardzo podejrzanym pochodzeniem… i nie chcecie mieć tego na sobie.
Dlatego polecam dokładne sprawdzanie zawartości podłóżka– być może kiełkują tam już jabłonie i chrupki, przez okno zaś w popłochu uciekają ciastka, które ze strachu i starości dostały nóg. Jednak prawdziwy eksplorer nie zawaha się poddać ocenie tychże tworów swoim kubkom smakowym.

Zazwyczaj rodzice podejrzewają swoje dzieci o drzemiący głęboko geniusz, wróżą im wielką karierę i w wyobraźni wręczają Nobla. Ja staram się nie popuszczać wodzy fantazji i mieć trzeźwy ogląd sytuacji. Obecnie jedno z moich dzieci wykazuje nad wyraz duże zainteresowanie w dziedzinie toalet… Oczywiście moja matczyna ambicja stara się zinterpretować to w jakiś wysublimowany sposób. Jeśli zatem zawód związany z toaletami to tylko potentat toaletowy!”

Uśmiecham się pod nosem na wspomnienie tej definicji macierzyństwa.
I znowu myślę o mojej Mamie.
Czy wskoczyłaby za nami w ogień? O tak, bez wahania.
Czy podpaliłaby się i wyskoczyła przez okno? Z pewnością, tylko kto potem wskoczyłby za nami w ogień?

Ten tydzień był dziwaczny, pełen emocji.
Chciałam, żeby już wrócili do szkoły, bo hałas, krzyki, trzaskanie drzwiami, bałagan, ciągłe „mamo!!”.
A jednocześnie nie mogłam pogodzić się z faktem, że idą do piątej, trzeciej i pierwszej klasy. Że już nie będzie w domu beztroskiego przedszkolaka.
Że wyfruwają z gniazda coraz dalej.
Że urodziłam już wszystkie swoje dzieci.

You may also like

25 komentarzy

  1. Dawaj jeszcze jedno Sara:) ja mam troje, ale najmłodsze ma rok. Jak pomyślę, że starsze są w zerówce i szkole, to aż mnie coś przydusza, dopiero prowadziłam je do maluchów… To młodsze odświeżyło sytuację. Ma lepkie łapki;)

  2. ale piekny ten wpis, do dziś tęsknię za moimi malutkimi córkami i ich lepkimi łapkami. Jak były małe to wydawało mi się, że nigdy nie urosną, a teraz, średnia będę wydawać za mąż <3

  3. Urodziłaś już wszystkie swoje dzieci. Ja nie urodziłam już wszystkich moich dzieci… Są tylko w mojej wyobraźni, nie przytulam spoconych ramionek i nie wiem, jak brzmiałoby „mamo” wypowiedziane do mnie. To, co dzieje się w moim wnętrzu domaga się języka, jakiego chyba nie ma. Dlatego czasem, ronię łzę. Taka to smutna zazdrość.

    1. Karla, myślę, że Cię rozumiem. Najmocniej jak mogę, bo pięć lat Twoje życie było moim. Wieść na temat ciąży (a nie daj boże wpadki) była dla mnie soczystym kopniakiem w brzuch. Podczas ostatniej Sylwestrowej feeri kolorów, ja płakałam zwinięta na kanapie, bo okazało, że moja macica znów jest pusta, po serii bolesnych zastrzyków, upokarzających procedur, chorej sumie pieniędzy wydanych na leczenie, nadal byłam jałowa. Pięć długich lat, co miesiąc porażka. Po tym czasie nagle, kiedy już straciłam wszelką nadzieję, w Dzień Kobiet, mój małżonek poinformował nas, że jesteśmy w ciąży. Nasikałam na patyk, i po latach niepowodzeń stchórzyłam, i uciekłam z łazienki, zajęłam głowę smarowaniem kanapek masłem. Aktualnie toczę się powoli w kierunku listopada, kiedy to już zobaczę, co tam zmajstrowaliśmy, kompletnie z zaskoczenia, naturalnie, jeśli wierzyć pomiarom w Walentynki (czy może być więcej klisz?). Ściskam za Ciebie kciuki, żebyś znalazła swój spokój i szczęście ( i naprawdę polecam najwspanialszą grupę wsparciową – towsrodku – znajdziesz ich na FB).

    2. Karlo, mogę tylko wirtualnie Cię przytulić i wysłać dużo nadziei, bo wiele bardzo bliskich mi osób było w takiej sytuacji i dziś mają dzieci.
      Przytulam mocno <3

  4. Saro, Twój Synek poszedł już do pierwszej klasy??? Ja pamiętam jak pisałaś, a ten wpis mocno mnie wzruszył i wbił się w moją pamięć, że „wprosił się do Twojego brzucha”. Dałaś wtedy zdjęcia z jakiegoś spaceru w parku, miałaś chyba na sobie coś z jasnego jeansu albo albo z szarego lub szarobiałego materiału. Jakąś chyba sukienkę. Był też Twój mąż i chyba niósł na barana jedną z córek. Coś mi się tak kojarzy. To już tak dawno temu było??? Tragedia, jak ten czas umyka…
    Ten wpis jest równie piękny, a stwierdzenie o „fałszywej nucie na spokojnej pięciolinii nocy” rozwaliło moje nadgarstki (lub rozwaliło system-jak kto woli). Jest przepiękne i takie metaforyczne… 😍 Saro, masz przeogromny dar pisarski!
    Pozdrawiam, Ola

  5. Napiszę tak: ciesz się, bądź wdzięczna, ze dane było Ci mieć Twoje dzieci, że mogły się urodzić, że mogłaś je poznać.
    Jestem tą kobietą, ktorej życie odebrało taką możliwość, mamą nienarodzonych bližniąt i niepłodną, której nigdy więcej nie będzie dane.

    Dziękuj za kazdy dzień z nimi i nie żałuj.

    Uściski

  6. Wzruszyłam się… Piękne słowa, a ostatnie „urodziłam już wszystkie moje dzieci’ wbiło mnie w fotel.. Teraz siedzę i dumam… Masz już bardzo duże dzieci. a to zdjęcie Ty z wózkiem a obok dziewczynki – cudo… Ja mam często takie myśli „chcę pamiętać” – wrócić nie ma jak (tak jak w przypadku słów twojej mamy, że chciałaby wrócić na jeden dzień).

    1. Tak się cieszę, że mam tego bloga, spisałam tyle wspomnień, które normalnie by przepadły. Tylko blog jeszcze bardziej pokazuje, jak czas leci 🙁

  7. Saro jesteś tak pełna miłości! Jestem pewna, że to dzięki Twoim Rodzicom! Ogromne wyrazy uznania dla Nich! Chylę czoła, zapytuję jak to zrobić? Jak wychować człowieka który kocha siebie, ludzi i świat?

    1. Edyto, to prawda, że Rodzice nas wychowali na wrażliwych ludzi. Chyba trzeba po prostu dać dziecku dużo miłości, aż mnie zainspirowałaś do wpisu na ten temat <3
      Dziękuję Ci

  8. Ogromnie wzruszający post. Poetycko oddałaś i moje uczucia, gdy nieco ponad tydzień temu wyprawiałam córki do 6 i 1 klasy. Wiem, że urodziłam już wszystkie moje dzieci i też nie wiem co o tym myśleć.

  9. Pięknie to napisałaś, aż mi się łezka zakrecila, bo ja w tej chwili mam te same myśli co Twoją mama. Odpadają mnie kiedy jest mi źle, czy smutno i wiem, że ich wrodzony optymizm, uśmiech sprawiły mi radość i dzień byłby lepszy. Wszystkie koleżanki mówiły mi, że głupia jestem i powinnam się cieszyć że dziewczyny już z nami nie mieszkają, a ja zaciska powieki i krzyczę w poduszkę, żeby wróciły choć na chwilkę te czasy kiedy tupot maleńkich stóp budził mnie w nocy.

  10. Mam to samo. Najstarsza w 6 młodsza w 3 A najmłodsza co prawda jeszcze w Przedszkolu ale już ostatni rok. Jest jedno wyjście możesz urodzić jeszcze jedno dziecko.
    Czemu tak jest że jak są małe tęsknimy za spokojem A jak dorastają tęsknimy za małymi pachnącymi bobaskami??

  11. Czytam ten post po okropnie ciężkim dniu z dwójką maluchów i tak bardzo marzę o spokoju i ciszy… A Ty przeniosłas mnie w przyszłość i poczułam Twoje emocje i rozterki…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.