NASZYM DZIECIOM NIE POTRZEBA WIELE.

Nie wiem, czy też tego doświadczacie, ja stosunkowo często, częściej niż bym chciała. Chodzę do łóżka z wyrzutami sumienia.
Zaglądam do pokojów dzieci, żeby zapakować w kołdry te wystające zewsząd kończyny. Śpią. W końcu. Po dwudziestu wizytach u wodopoju, trzydziestym sikaniu, pięćdziesiątym uspokajaniu, setnej groźbie.
Cieplutcy. Rumiani. Malutcy. Cięgle jeszcze całkiem bezbronni.
I jest coś takiego w tym momencie, chyba każdy rodzic to przyzna – jakby o jedną emocję za daleko. Wychodzę szybko, kiedy tylko poczuję małe pęknięcie w sercu. Jestem w kawałkach. Składam się teraz z wyrzutów sumienia, gwałtownej miłości, jutrzejszej tęsknoty za wczoraj, obietnic poprawy…
Idę do łóżka. Mąż patrzy na mnie i pyta: – Myślisz, że mają dobre dzieciństwo? Że są szczęśliwi? Że jesteśmy dobrymi rodzicami?
– Co to za pytania?! Oczywiście! – odpowiadam wzburzona. Szybko. Zanim zakwitnie we mnie wątpliwość. Ale ona już jest. Puszcza pąki. Nieustannie się odradza w tym dręczącym mnie cyklu życia.
Sypiam z nią regularnie.
Myślę o tym, że od dawna nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Najpierw nie mieli wakacji, potem nie mieli ferii, potem znowu nie mieli wakacji i znowu nie mieli ferii.
Z dodatkowych zajęć – tańce i śpiew. Co tydzień, w świetlicy szkolnej jeszcze warsztaty kulinarne. Uwielbiają to.
I tylko tyle. Nie mogę zapewnić im więcej. Może w tym roku w końcu zabiorę ich na wakacje… Ale nie mam pewności. Po cholerę nam był ten dom?! Kiedy wygrzebiemy się z tych finansowych okopów?! Ale przecież dla nich był ten dom… Żeby każdy miał swój kawałek podłogi i biurko. Opowiadają, że znajomi z klasy chodzą na karate, na balet, na konie, na tenisa… Nawet nie mówią, że też by chcieli. Tyle razy słyszeli, że jest ich trójka, że nie na wszystko są czas i pieniądze, że przywykli…
Chodzą w ubraniach z lumpeksów. Jezu, może powinnam wziąć ich na prawdziwe zakupy – takie myśli dziobią mnie nocą i nagle przypominam sobie moich rodziców.
Była nas piątka. Mama i tata stawali na głowie, ale nie dało się. Po prostu niemożliwością było zorganizowanie każdemu z nas z osobna życia, wedle jego upodobań. Nie było na to czasu, nie było pieniędzy. Kiedyś nawet chodziliśmy przez kilka lat na karate calusieńką rodziną. Bez sensu było, żeby rodzice czekali na korytarzu, więc zaczęli trenować z nami. Z nami jeździli na obozy.
Wtedy mnie to złościło – byłam nastolatką, kto by chciał na obóz ze starymi?
Dopiero dziś rozumiem.
Świeczki w oczach mamy, bo dzieci znajomych wychuchane, każde z imponującym grafikiem zajęć, po fajnych zagranicznych wakacjach, w elitarnych szkołach. A my gdzieś nad jeziorem, w ubraniach z piątego sortu, w wiejskiej szkole o nędznej renomie.
Pamiętam, jak zaczęli nas zabierać na narty, mama na stawała na głowie, żeby nas ubrać. Żebyśmy jakoś na tym stoku wyglądali i nie zmarzli. Nieraz z gulą w gardle kompletowała nam tę garderobę po lumpeksach, odgrażając się, że jak już wygra w totka, kupi nam wszystko. WSZYSTKO!

To wspomnienie rodziców przynosi mi ulgę.
Czy mieliśmy dobre dzieciństwo? Czy byliśmy szczęśliwi? Czy bili dobrymi rodzicami?
Oczywiście!

Z moich rozmów z wieloma rodzicami wynika, że to nie tylko ja miewam takie wątpliwości.
To nieustanne zadawanie sobie pytania – czy jestem dobrym rodzicem?
Te obietnice – od jutra będę lepszym.
Te wyrzuty sumienia – ale dziś zjebałem.
To wszystko jest w naszym rodzicielskim krwiobiegu.

Tymczasem naszym dzieciom często potrzeba tak niewiele. Przypomnijcie sobie frajdę, jaką sprawiło im jakieś durne tekturowe pudło, w którym się chowały, bawiły, a nawet chciały spać.

Opowiem Wam pewną historię, sprzed zaledwie kilku tygodni.
Nie mogliśmy dzieciom zapewnić ferii marzeń. Nie mogliśmy ani wyjechać, ani nawet zorganizować im rozrywek na miejscu. Po prostu. Oboje mieliśmy wyjątkowo dużo pracy.
Szczęśliwie pierwszy tydzień ferii dzieci spędziły u dziadków. U dziadków może się nie dziać zupełnie nic, a oni i tak się czują jakby byli w wesołym miasteczku.
Na drugi tydzień ferii wrócili do domu. To był ciężki czas i dla nich, i dla nas.
Roboty multum, pogoda fatalna, a wiadomo, w czasie deszczu dzieci się nudzą. Poranne zabawy przechodziły w drobne sprzeczki, te w kłótnie, kłótnie w awantury, po chwili ktoś ryczał, że ktoś go uderzył. Salomon by tych konfliktów nie umiał rozwiązać, co dopiero ja.
Więc ci się drą, ja muszę odebrać ważny telefon, w tym czasie ktoś krzyczy, że nie ma srajtaśmy w łazience, no cyrk.
Ostatecznie kapitulowałam – jedyną formą nieustającej ciszy było włączenie im filmu w kinie.
Pocieszałam się, że przynajmniej oglądają te filmy po portugalsku i całkiem nie durnieją.
Wymownie patrzyliśmy na siebie z mężem – ale jesteśmy chujowi…
Któregoś dnia, gdy wyrzuty sumienia już mnie prawie strawiły, postanowiłam, że wyrobię się za wszelką cenę z pracą do południa i resztę dnia będę tylko z nimi i tylko dla nich. Żadnych mejli, żadnych telefonów, nic.
Postanowiłam, że zrobię im warsztaty kulinarne – oni kochają pomagać mi w kuchni. Plan był taki – najpierw pieczemy muffinki, potem zabieramy je na piknik do lasu. Po pikniku szukamy przygód w lesie. Wracamy do domu i znowu gotujemy. Tym razem nauczą się robić burgery. A potem całą rodziną oglądamy film i jemy popcorn.
Poszłam do kina, gdzie oglądali film i powiedziałam im o swoim pomyśle. Musielibyście to widzieć. Jakbym powiedziała, że zaraz przyjeżdża Myszka Miki i zabiera nas na resztę życia do Disneylandu. Lolek zaczął ze szczęścia skakać i robić fikołki, dziewczynki biegały i klaskały.
Zamykałam za sobą drzwi, myśląc – kuźwa, czy oni mnie w ogóle zrozumieli? Może usłyszeli coś innego?
Punkt południe zatrzasnęłam laptopa. Odłożyłam telefon. Byłam tylko z nimi i tylko dla nich.
Było zaskakująco fajnie i mało nerwowo. O dziwo, kiedy całkiem wyłączasz się z życia poza, bycie z dziećmi jest relaksujące. Mówię o sytuacji, kiedy naprawdę niczym innym nie musimy sobie zaprzątać głowy. Kiedy psychicznie jesteśmy gotowi, że zrobią w tej kuchni sajgon, że się wybrudzą, a nawet pokłócą.
Piekliśmy, gotowaliśmy, poszliśmy na piknik, a nawet mieliśmy w lesie przygody. Dzieci wydawały się tym dniem zachwycone. Zasypiałam zmęczona, ale jak rzadko – bez wyrzutów, że znowu zostałam matką roku.
Tymczasem przyszedł od dawna planowany weekend w Warszawie. Dziewczynki jechały w odwiedziny do mojej siostry – bardzo podekscytowane, pierwszy w ich życiu taki samodzielny weekend z nocowaniem u kogoś innego niż dziadkowie. Lolek natomiast miał spędzić ten czas z moim bratem.
Każdy pakował się sam. Z rozrzewnieniem kontrolowałam zawartość ich plecaków, w przypadku niektórych – niedorzeczną. Lolek zabrał 10 par majtek i żadnych spodni.
Ale poza tym – te szczoteczki do zębów, kulki skarpetek… Jeżu, już tacy dorośli. Serce pękło mi z trzaskiem, kiedy odstawiliśmy ich na miejsce.
Może nie mieli ferii marzeń, ale w weekend nadrobili wszystko. Zaliczyli wszystkie możliwe warszawskie atrakcje dla dzieci i jeszcze trochę.
W drodze powrotnej do Lublina przekrzykiwali się, opowiadając o swoim wspaniałym weekendzie. Byli na lodowisku, i w kinie, i na trampolinach, i na zajęciach, i na warsztatach, i widzieli tyyyyle rzeczy, i jechali metrem, i jedli lody! W zimie. I ciocia z wujkiem pozwalali im na wszystko. Na czekoladę na kolację, i na frytki, i mogli iść spać, o której chcieli!
Byłam dozgonnie wdzięczna mojemu rodzeństwu, że zapewnili dzieciom jakieś miłe wspomnienia z tych ferii. Że jak pani w szkole zapyta, co dzieci robiły, to będą mogli coś opowiedzieć.

Przyszedł poniedziałek. Wybieraliśmy się do szkoły, kiedy nagle przywarła do mnie Marynia, która jest już prawdziwą małą kobietką i robi to coraz rzadziej. Przylgnęła do mnie mocno i powiedziała:
– Mamo, z tych wszystkich dni ferii wiesz, co podobało mi się najbardziej?
– Co takiego? – odparłam pewna, że wymieni którąś z warszawskich atrakcji.
– Ten dzień, jak z tobą gotowaliśmy i poszliśmy na piknik.

Pękłam i się rozlałam.
Nie pieniędzy, nie egzotycznych wakacji, nie wyszukanych zajęć, nie drogich ubrań potrzebują.
Ale mnie i kawałka czasu. Kiedy jestem tylko ich i tylko dla nich.

Jeżu to takie proste. I jednocześnie czasem tak trudne.

You may also like

64 komentarze

  1. Była nas trójka. Brat chodził na karate, ja z siostrą chwilę na taniec, na zajęcia plastyczne, w małym 10tysięcznym miasteczku było niewiele więcej. Na obozie byłam raz – wygrałam go w konkursie. Ale co roku rodzice zabierali nas w góry. Tata robił remont stuletniej chałupy, a mama organizowała nam czas – w góry na jagody, do magicznego źródełka, na jakieś ruiny, do lasu po gałęzie na ognisko, do starej kopalni za górką… To wszystko okraszała setkami opowieści, baśni, legend… I mimo że ciuchy miałam z lumpeksu albo spod maminej maszyny, a markowy owocowy jogurt (taki ze sklepu, a nie z zsiadłego mleka z owocami z działki) był rarytasem to dzieciństwo miałam piękne, najpiękniejsze.
    Tak mi się zebrało na wspominki po Twoim wpisie, bo widzę w nim nie tylko Ciebie, ale i swoją mamę. 🙂

  2. Piękny i mądry wpis.
    Nas była czwórka, stary dom, nie na wszystko kasa i wakacje raczej zawsze w domu, ale byliśmy szczęśliwi. A przeciwności nauczyły nas życia, teraz lepiej sobie radzimy i drobnostki nas nie pokonają. Nie mam dziecka, ale mam siostrzeńca i życzę mu takiego dzieciństwa z którego wyrośnie na wrażliwego, szczęśliwego i silnego człowieka.

    1. Ja też uważam, że to nieperfekcyjne dzieciństwo zrobiło ze mnie całkiem fajnego człowieka i nauczyło życia 🙂

  3. Bardzo dobrze to rozumiem,aż za,ciągle jakieś wyrzuty,że się wydarlam,może mogłam przetłumaczyć,a jak tłumacze to i tak jest ryk!!aaaa!!! Czasem można zwariować,i ciągle- mamo! Mamo,a wiesz….mamo soku! Mamo pić! Mamo pobawisz się ze mną? I setki innych,które wkurzaja,a przecież czekalo się na to najpiękniejsze słowo MAMA…. I myślę sobie,że oni ciągle chcą do mamy,a mama nie zawsze ma czas,a w przyszłości oni mogą nie mieć czasu dla mamy,a wtedy dalibysmy wszystko by z nami pogadali,posmiali,przytulili,to takie proste,że aż trudne…prawda?Dlatego trzeba być z nimi choćby trochę i nie mówić ciągle zaraz,ale to się ładnie mówi,a nie zawsze wychodzi,niestety.pozdrawiam.myślę że mialybysmy o czym rozmawiać gdy byśmy się kiedyś spotkały😉

    1. Ja własnie czytam „Spowiedź” Calka Perwodnika – to literatura obozowa, jego córka i żona zginęły w obozie. I tam właśnie wracaja do niego co moment obrazy tego „zwykłego” życia, które jawią mu się rajsko.
      I ja myślę, że my w tej szerokości geograficznej, w tym momencie historii, mamy mnóstwo szczęścia. Staram się o tym pamiętać codziennie.

  4. No i tak mnie z rana rozryczeć?! Mam ochotę obudzić moją dziesieciotygodniową córeczkę, żeby zobaczyć jak się śmieje na mój widok. To jest pękanie na kawałki, dokładnie. Codziennie. Jest już taka duża, tak kontaktowa! Widzi nas z daleka i obserwuje z uśmiechem nawet kiedy nie patrzymy! I serce pęka z radości. A zaraz-juz nie jest takim malutkim noworodeczkiem, już nigdy nie będzie taka mała jak dzis.. i serce pęka ze wzruszenia. Kocham to! Od kiedy urodziłam Klarę miłość jest wielobarwna.

  5. Nieee, no rozwaliłaś na kawałki i mnie. Kolejnycraz czuję, jakbyś siedziała w mojej głowie i opisywała moje życie. Odkąd wróciłam do pracy praktycznie nie mam czasu dla maluchów, bo wiecznie mnie nie ma w domu, a jak już jestem to jestem zajęta orką na domowym ugorze. Ostatnio wróciłam z pracy pół godziny wcześniej niż zwykle, bo akurat podrzuciła mnie koleżanka. Wpadam do domu a dzieci zasypiają właśnie i nagle wpadam ja. Na paluszkach, w kurtce siadam na kanapie i już słyszę, że mnie uslyszeli!! Biegną w piżamach, na bosaka z otwartymi ramionami,?krzycząc: „mama mama”. Łapią, tulą, całują, głaszczą. Nie dają się rozebrać. I ide w tej kurcie ich usypiać, łzy mi płyną po policzku ze wzruszenia i ze wstydu. Raz wróciłam chwilę wcześniej a mialo mnie nie być. Pół nocy nie mogłam zasnąć przez wyrzuty sumienia wielkości Everestu…

    1. Och <3
      Kurde, no właśnie, czasem myślę - pierdolnąć tym, uciec, gdzieś gdzie będziemy razem, z dala od cywilizacji... Tyle tyramy, często robiąc rzeczy których nie lubimy, żeby zapwenić byt dzieciom, których nie widujemy.
      Naprawdę często mam wątpliwości, czy sposób w jaki świat jest zorganizowany, to ten najlepszy z możliwych, nie wiem...

  6. Jestem mamą dwójki moich ukochanych małych ludzi, i już mam tę pewność, że Mama na wyłączność jest dla dzieci najważniejsza, ta wyłączność posiadania Mamy buduje w ich pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa. Zupełnie nie żałuję, że dla Nich zrezygnowałam z pracy. Nie przelewa się nam, ale to akurat ma najmniejsze znaczenie. Moje dzieci są szczęśliwe, tylko to ma znaczenie, szczęśliwego dzieciństwa nikt im nigdy nie odbierze.
    PS. Bardzo lubię Twój styl pisania, ale mam ogromną prośbę, jesteś tak elokwentną osobą, że z pewnością jesteś w stanie w inny sposób wyrażać emocje niż nadużywając Świętego Imienia naszego Zbawiciela.

  7. Tak jest 🙂

    Jak moje córki są chore, to ja wprawdzie nie idę do biura, ale i tak pracuję zdalnie z domu, ale ostatnio postanowiłam zrobić taki dzień bez pracy. Nie wymyśliłam im takich fajnych rzeczy jak Ty, tylko po prostu byłam, robiłam obiad, donosiłam herbatkę, podawałam lekarstwa bez pokrzykiwania, bo szybko, szybko, ważne sprawy mam. Ba, nawet półtorej godziny spędziłyśmy w poczekalni u lekarza nudząc się niemiłosiernie. Wieczorem moja młodsza córka przyszła i powiedziała: ale to był fajny dzień, jak zazdroszczę A., że ma mamę codziennie w domu.

    Może by jej się znudziło, gdybym była codziennie w domu, człowiek przyzwyczaja się do dobrego, ale czasem warto zrobić sobie dzień offline tylko dla nich.

  8. Każdy z nas ma taki dzień lub taką noc,kiedy zarzuca sobie – jestem słabym rodzicem … a im dziecko starsze tym częściej taka noc.Maluch co najwyżej powie, że pomysł głupi i nie bierze w tym udziału. Nastolatek powie o wiele więcej, a czasami za dużo … dużo więcej niż przebiega granica wyznaczona dla naszego rodzicielskiego ucha.
    Ale … dajmy sobie pozwolenie na ten „nieperfekcjonizm”, na to bycie dzisiaj chujowym rodzicem, bo nikt nas nie nauczył jak być idealnym rodzicem i nikt nie dał recepty jak wychować idealne dziecko. Dowiemy się o tym dopiero wtedy, kiedy nasze dzieci same będą rodzicami, partnerami, pracownikami lub pracodawcami, jakimi będą kolegami, a jakimi znajomymi …I do my best, ale nie jestem kukłą ani matroną, mam gorszy i lepszy dzień, mam emocje, fochy i humory – mogę za nie przeprosić, ale nie wyłączyć.
    Pieczemy babeczki 😉

    1. To bardzo mądra uwaga o tym byciu nieperfekcyjnym. Ja od zawsze uważam, że danie sobie marginesu na błędy chroni nas przed frustracją.
      Buziaki!

  9. Piszesz pięknie. Wchodzę na Twojego bloga, żeby czytać- im dłuższy tekst, tym lepiej. Zdjęcia są tylko miłym dodatkiem do wspaniałych, inspirujących i wywołujących burzę emocji tekstów!

  10. Amen Sara. 🙂 jeszcze jestem na macierzyńskim z drugim dzieckiem ale już drżę na myśl o wielkiej Pardubickiej po powrocie do pracy 🙁

    PS. Ale literówek dzisiaj Ci się sporo wkradło, czytałaś przed publikacją?

  11. Rozryczałam się jak dziecko. Jestem z tych, którym dzieciństwo ktoś ukradł. Miałam lalki, zabawki, ciuchy ze sklepu a nie lumpeksu. Uczyłam sie w dobrych szkołach, sama wybrałam studia. Nigdy w tym wszystkim nie miałam matki (ojca mam najlepszego!!). Wiecznie nieobecna i niedostępna. Skradalam się na palcach po domu żeby tylko niczym jej nie drażnić i nie zezłoscic. Chorujac dawkowalam sobie leki tak jak napisala mi na kartce znajoma lekarka. Oceny mnie nie cieszyły, bo jej to nie obchodziło. Od zawsze na diecie bo mialam takie „duuuuze policzki” i nigdy nie pasowaly spodnie(po latach dowiedzialam sie ze to tarczyca a nie moje lenistwo). Saro. Zamienilabym kazda markowa zabawke na prawdziwie dobra chwile z mama. Oddalabym wszystko za to zeby nie zasypiac samotnie moczac lzami poduszke (za dzieciaka i teraz). Nikt nie jest idealny i nie o to w życiu chodzi. Trzymaj sie! Twoja najgorsza „wersja” i tak jedną z lepszych, na ktora moga liczyc inne dzieci.

    1. Boże, oczy mi się zaszkliły, to najsmutniejszy komentarz jaki na tym blogu przeczytałam 🙁
      Tulę Cię i ślę tyle zrozumienia ile mogę <3

      1. Dziękuję. Uwielbiam czytać Twojego bloga, szczególnie fragmenty o rodzicielstwie. Do macierzyństwa emocjonalnie mi jeszcze bardzo, bardzo daleko, bo strasznie boję się, że będę popełniać błędy mojej matki. No i nie bardzo umiem „w dzieci” 😉 nie miałam dobrego przykładu. Pamiętam Twój wpis o tym, że nie widziałaś sensu w tworzeniu bloga. Dla mnie byłaby to ogromna strata. Pozdrawiam

  12. Świetny tekst, pięknie i wzruszająco napisane!
    Ja sobie myślę, że takie reakcje, jak Maryni – takie doceniające właśnie prosty, wspólnie spędzony czas w dużej mierze zależą od nas, i od naszego podejścia.

    My jesteśmy zdania, że najważniejsze i najlepsze jest danie dzieciom uwagi, czasu i otoczenie go światem, a nie kosztownymi gadżetami. Jeździmy z dzieciakami na biwaki a nie na all inclusive od zawsze, niezależnie od naszej aktualnej sytuacji finansowej. Po prostu tak nam się podoba i to nam sprawia autentyczną przyjemność. Myślę sobie, że jeśli im pokazujemy, że autentyczną radość sprawia nam piknik pod miastem, spanie pod namiotem, wspólne gotowanie (i inne bezkosztowe atrakcje), to dzieciakom też się to będzie podobać. A jeśli robimy to na zasadzie zastępczej, czyli „ech dziecko, niestety nie mam pieniędzy na prawdziwe atrakcje, typu kulki i inne, to chodźmy już do tego lasu”, to dzieciaki wcześniej czy później uznają to za coś gorszego.

  13. Lubię Cię czytać Saro. Jest wzruszająco, jest zabawnie, bez zadęcia i pouczania. Popłakałam się również… pozdrawiam serdecznie 🙂

    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz, bo ja bardzo nie lubię zadęcia czy pouczania i bardzo wystrzegam się tego w swoich tekstach <3

  14. Miss Ferreiro, czytam Cię od wielu lat, czasem komentuję, no i teraz tez musiałam :-). Twój dzisiejszy tekst jest jednym z najlepszych i najprawdziwszych na blogu. Moje dzieci mają mnie dużo ponieważ nie pracuję na etacie ale zawsze i zawsze chciałyby więcej. Taka już jest ich natura, czasem to trudne bo swiaty dorosłych i dzieci są jednak tak odległe….I nawet kiedy starasz się ze wszystkich sił to zawsze chodzą za tobą te wyrzuty sumienia. A najprostsze rzeczy najtrudniej dać bo kałuże, zwykły spacer i biedronka na drodze dorosłych już tak nie zachwycają…Naszą wspólną pasją sa podróże, zawsze i wszędzie wyjezdzamy razem i jesteśmy wtedy tylko dla nich 🙂

  15. A ja zawsze jestem rozdarta pomiędzy pragnieniem zapewnienia dzieciom wszystkiego co najlepsze, a totalnym nie przejmowaniem się.
    Są dla mnie rzeczy superważne jak: dobra, przyjazna szkołą (płatna, możliwa dzięki temu, że mieszkamy za granicą), języki (możliwe dlatego że mieszkamy za granicą), jakieś jedne na semestr zajęcia dodatkowe i lekcje instrumentu, jeśli któreś akurat ma fazę. Co jakiś czas kupuję niezbędne ubrania. Córce nastolatce kupiłam 2 razy markowe buty, bo świetnie pamiętam swoje dzieciństwo, w którym na wszystko brakowało, ale generalnie to z ciuchami nie szaleję. Teraz zastanawiam się nad telefonem, bo ma zacząc sama wracać do domu. Do tej pory dzieci nie mają playstation/tabletów/iphonów itp (najstarsze ma 11 lat). Mają o to żal, ale trudno-to akurat byłoby dla mnie wyrzucaniem pieniędzy i zachęcaniem do spędzania czasu przed ekranem. Im później, tym lepiej. Zabawek praktycznie nie kupuję, wystarczy to, co dostają od rodziny jako prezenty. Czasem kupuję książki. Nie robię przyjeć urodzinowych na mieście, za ciężkie pieniądze. Uważam, że materialnie mają wszystko, czego potrzebują.

    Spędzam też z nimi dużo czasu. Czy to tzw quality time, nie umiem ocenić, pewnie nie. Dzieci ze wszystkimi ich sprawami i prowadzenie domu sa na mojej głowie. Jestem matką i ojcem w jednym.Kiedy miałam pracę zawodową, ogarnianie kilku etatów: praca+dom+dzieci było koszmarem. Teraz nie pracuję zawodowo, więc mam więcej czasu i cierpliwości. Czy robimy po szkole coś nadzwyczajnego? Raczej nie. Czasem krótki spacer, wspólne wyjście do jakiegoś sklepu. Czasem pomoc w lekcjach. Rozmowy, ale głównie to słuchanie, bo potrzebują się wygadać. Najważniejsze są takie chwile 1 na 1, ale rzadko mogę poświęcić jednemu dziecku wyłączną uwagę, bo jest ich troje.

    Czy mam wyrzuty sumienia, ze nie robię dla nich więcej, nie wymyślam atrakcji? Nie. Robię tyle, ile mogę. Nie jestem zwolenniczką zapełniania dzieciom każdej wolnej chwili zorganizowanymi zajęciami. Uważam, że są przeciążone i przemęczone godzinami spędzonymi w szkole. Myślę, że trzeba im dać czas na swobodną zabawę, a nawet na ponudzenie się. Niech książkę poczytają, niech będą kreatywne.
    Pewnie każdy ma taką swoją hierarchię spraw ważnych i nieważnych. I myślę, że jako rodzice powinniśmy zacząć się doceniać, a nie dołować. Instagramowe perfekcyjne życie nie istnieje. Nie da się być jednocześnie perfekcyjną pracownicą, matką, zadbaną kobietą… Robimy co możemy. I w większości wypadków to wystarczy. Nie miej wyrzutów sumienia!

  16. Haha to już trzeci komentarz,który piszę.Ponieważ dwa pierwsze były stanowczo za długie,to teraz napiszę krótko: dałaś do myślenia Saro! I to nawet nie o tym,że dzieci najbardziej na świecie chcą nas,rodziców i naszej atencji. Bardziej o tym,jak to zrobić (lub raczej skąd wziąć na to czas) żeby dzieci nie czuły się poszkodowane tym,że mają rodzeństwo.

  17. Droga Saro, musze Ci wyznac ze bardzo zazdroszcze Ci tak wspanialych rodzicow, wspanialych bo stworzyli Wam dom wypelniony miloscia. Ja rowniez pochodze z wielodzietnej rodziny ale moje dziecinstwo bylo pieklem na ziemi. Rodzice mnie nie kochali, jako najstarsza i jedyna corka szybko stalam sie kozlem ofiarnym i sluzaca dla mlodszego rodzenstwa. Kilka komentarzy wyzej Twoja czytelniczka napisala ze swojej mamie schodzila z drogi…Ja tez tak robilam, staralam sie jak tylko moglam ale na niewiele sie to zdawalo. Z scisnietym sercem wracalam ze szkoly do domu i sie zaczynalo. Dzien w dzien, az do wieczora, tak jakby pol dnia czekala na mnie zeby sie wyzyc…Kontrolowala kazdy aspekt mojego zycia, doslownie kazdy. Pamietam jak zaczynalam sie uczyc mowic i czytac, gdy nie daj Boze przejezeczylam sie albo cos zle przeczytalam, bylam wyzywana od roznych takich i kazdy zle wypowiedziany wyraz wypominano mi przez lata. To sprawilo ze przestalam odzywac sie do kogokolwiek, a jak juz odezwac sie musialam to okazalo sie ze sie jakam. Najgorsza kara jaka otrzymalam byl zakaz czytania ksiazek…Rodzice zawsze bacznie mnie obserwowali zeby znalezc cos do czego beda mogli sie przyczepic, szybko wyczaili ze kocham ksiazki i chlone je jak gabka (ksiazki byly moja ucieczka), wiec dostalam zakaz czytania. Skoro tylko wrocilam ze szkoly moj plecak byl komisyjnie przeszukiwany czy oby nie przynioslam ksiazki z biblioteki. Nigdy nie zapomne tego uczucia wstydu/bezsilnosci/przerazenia ktore palilo mnie od wewnatrz gdy musialam patrzec jak grzebia mi w moich rzeczach. Podobno kiedys blagalam o pozwolenie na czytanie do tego stopnia ze w zamian poprosilam o kare fizyczna…Z czasem nauczylam sie chowac ksiazki w rekawach kurtki czy pod swetrem. Najgorsze w tym wszystkim jest to ze tylko takie mam wspomnienia…Nie pamietam zebym kiedykolwiek byla szczesliwa chociaz przez 5 minut…W moim domu nigdy sie nie przelewalo, rodzice czesto sie klocili a ja akurat bylam pod reka…Tak to sobie teraz tlumacze…
    Dzisiaj patrze na moje dzieci i wzruszam sie ogromnie. Patrze na moja corke ktora mowi mi doslownie o wszystkim i caly czas laduje sie na kolana, patrze na synka ktory ze 100 razy na dzien mowi ze mnie kocha i zastanawiam sie czy podolam…Czy jestem/bede dla nich wspaniala mama bo wspanialym czlowiekiem nie jestem…

    1. Ach Joanno 🙁 wierzę że dasz radę pomimo wszystko być dla nich wspaniałą mamą! Też nie miałam lekko ale czytanie o Twoich przeżyciach wywołało potok u mnie potok łez…

    2. Joanno przeczytałam Twój komentarz juz kilka dni temu, nie mogłam odpwiedzieć od razu… I w sumie nadal nie wiem, co mogę Ci powiedzieć. Bardzo Ci współczuję, po prostu.
      Nie wiem czy Cię to pocieszy, masz wątpliwości czy jesteś dobrą mamą… Moi rodzice, oboje, mieli straszne dzieciństwo, a jednak udało im się zbudwać fajną kochającą się rodzinę, choć nie mieli żadnych wzorców.
      Moim zdaniem już podołałaś, zobacz – córka mówi ci o wszystkim, synek powtarza że kocha <3
      Nikt z nas nie jest ani człowiekiem doskonałym, ani rodzicem doskonałym.
      Ściskam Cię. Ciesz się nową, własną rodziną <3

  18. Dopiero dzisiaj przeczytałam Twój tekst, mimo publikacji na facebooku w dniu udostępnienia tekstu. Szczerze się przyznam- pomyślałam, że udostępniłaś swój stary wpis odnośnie bycia rodzicem roku, więc z automatu do niego nie zajrzałam.. Jak dobrze, że wróciłam do niego dzisiaj! popłakałam się, tak jak większość mimo że nie mam jeszcze dzieci.. Miałam cudowne dzieciństwo, kochających rodziców i dziadków, z którymi mieszkałyśmy z siostrą i za nic w świecie nie zamieniałbym tego na nic innego.. Chciałabym kiedyś w przyszłości stworzyć im taką rodzinę, w której czują się bezpiecznie i być taką mamą, jaką Ty jesteś dla swoich szkrabów..

    Całuję, Karolina

  19. To takie prawdziwe. Kiedy byłam dzieckiem moich rodziców też nie było stać na wiele rzeczy, ale o dziwo nie odczuwałam tego jakoś specjalnie. Po latach nie pamiętam tego czego mogło mi wtedy brakować, ale czas w rodzicami, ogniska, kuligi, wycieczki rowerowe. Sama też staram się poświęcać dzieciom jak najwięcej czasu dzieciom. Od kiedy pojawiło się drugie dziecko zadanie jest nieco utrudnione, jednak spisała listę rzeczy, które chcę robić ze starszą córką i codziennie wybieramy coś innego. Córeczka oczywiście wniebowzięta:)

  20. Saro dziękuje Ci za ten wpis, za każdy poprzedni i następny. Czytam Cię juz od kilku lat i wciąż nie mogę sie nadziwić jak wspaniałe ubierasz rzeczywistość w słowa. Masz prawdziwy dar, powinnaś pisać pisać pisać! Jesteś też wspaniałą mamą i niesamowicie trafiasz w sedno ze swoimi przemyśleniami. Wielokrotnie juz zbierałam sie do komentarza ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Dzisiaj juz nie wytrzymałam. Jestem mamą dwójki maluchów i Twoje teksty doskonale oddają to co czuje i przeżywam. Dziękuje raz jeszcze i pozdrawiam Cię z całego serca!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.