O PSIE, KTÓRY WPROSIŁ SIĘ DO NASZEGO ŻYCIA.

Była chłodna noc. Ostatnie podrygi października. Z nieba sączyło się ponure księżycowe światło, kiedy zaparkowałam przed domem. Samochodowe lampy oświetliły drzwi, wtedy zobaczyłam Ją.
Siedziała przed domem. Jak stary znajomy, który wpadł z niespodziewaną wizytą, ale nikogo nie zastał, więc postanowił poczekać. Kiedy wyszłam z samochodu podeszła, żeby się przywitać. I znowu – z takim luzem, jakby chciała powiedzieć „no cześć, jestem”.
Rozejrzałam się po okolicy, ale całe światło szczelnie przywarło do samochodowej smugi lamp, tak że w ciemności nie było widać zupełnie nic.
„Cześć” – rzuciłam, widząc, jak się cieszy na mój widok i zaczęłam wypakowywać zakupy. Towarzyszyła mi przy każdej, wnoszonej do domu torbie. Nie odstępowała mnie na krok.
Wtedy przez myśl mi nie przeszło, że tak będzie już na zawsze.

***

Wieś rządzi się własnymi zasadami. Tu psy często biegają luzem. Poza swoimi ogrodzeniami są przyjazne i zazwyczaj wiesz, do którego należą gospodarza, albo przynajmniej, w jakiej mieszkają okolicy. Kiedy na wieś wypuszczają się labradory mojej znajomej i widzę je pędzące nonszalancko, niezważające na samochody i ludzi, łapczywie połykające te chwile zupełnej wolności z uszami, szamotanymi wiatrem, od razu chwytam za telefon i bezrefleksyjnie denuncjuję je.
Po chwili widzę K. pędzącą czarnym terenowym autem, nerwowo rozglądającą się po okolicy.
– Biegły w tamtą stronę – wołam z balkonu.
– Dzięki – K. pokazuje mi kciuka i dodaje gazu.
Po jakimś czasie wraca. Za kierownicą podenerwowana K., na tylnym siedzeniu radosne labradory. Co uciekły, to ich. A co widziały podczas tej ucieczki, to jeszcze długo wnukom będą opowiadać. Ho ho!
Tak jak na wsi po prostu wiemy, do kogo należy dany pies, tak samo od razu poznajemy obcego.
– To nie jest nasz pies – szepcze sąsiadka, pani w sklepie, pan na rowerze, kiedy pojawia się nieznajomy pysk.
Niestety bardzo często mianownik jest wspólny – ten obcy, zdezorientowany pies, został wyrzucony właśnie z samochodu przez kochającego go właściciela.
Kiedy rozmawiam z okolicznymi ludźmi, niemal każdy, posiadający psa, opowie tę samą historię – no przyplątał się, ale był zadbany, z obrożą, strasznie smutny, a jak już przyszedł, to za nic nie chciał odejść.
Kilka dni temu pojechałam po jajka do mieszkającej kilka domów dalej sąsiadki. Chwilę rozmawiałyśmy, kiedy podszedł do nas ociężały kundel w stylu jamnika.
– Niech pani zobaczy, jakie on ma smutne oczy, ja na te oczy nie mogę patrzeć, bo mi serce pęka – powiedziała, a spod ospałych powiek spojrzały na mnie dwa, łzawe, żałosne ślepia. – Ktoś nam go podrzucił rok temu, da pani wiarę?! – zawiesiła w powietrzu pytanie. – A widać, że to był domowy pies. Od razu chce do łóżka i na kanapę i prosi, kiedy chce wyjść. No ktoś go kochał i dbał o niego. I wyrzucił. A jak już przyszedł, to za nic nie chciał odejść – powtórzy za wieloma innymi.
Odjeżdżam, kiedy „kundel bury” niemrawo merda ogonem. Z oczu płyną mu strugi smutku. Odwracam wzrok. Faktycznie – na tego psa trudno patrzeć.

***

Tej zimnej październikowej nocy, kiedy zobaczyłam Ferę po raz pierwszy, czekającą na mnie przed domem, nie miałam pojęcia o tym wszystkim. Że są psy „nasze” i „obce”. I obce niemal nigdy nie są zgubione, ale porzucone. Odrzucone, podrzucone, odepchnięte. Owoce kukułczego gniazda.
Ktoś mi kiedyś powiedział, że pies posiada dojrzałość trzyletniego dziecka.
Od tamtej pory nie potrafię, nie chcę sobie wyobrazić, co czuje ten trzylatek w psiej skórze, wywalony na bruk i jak bardzo by płakał, gdyby mógł.
O poranku nadal siedziała przed domem. Otworzyłam drzwi, ta przeciągnęła się ospale, jakby chciała zapytać „jaki plan? Co robimy? Kiedy śniadanie”.
Znowu zbyłam ją krótkim „cześć”, przekonana, że to jeden z „naszych psów”.
Po południu, kiedy krzątała się ze mną przy domu, zobaczyłam sąsiadkę – dziarską staruszkę, która na rowerze przemierza wieś kilka razy dziennie. Tak samo, jak żwawo woła „dzień dobry”, z podobną werwą łaje okoliczną młodzież, popijającą alkohol czy jarającą fajki. I doprawdy kuriozalny to widok, kiedy niespełna osiemdziesięcioletnia, drobna staruszka wyrzuca z pustostanu dziesięciu podpitych osiłków, krzycząc „jak ja was tu jeszcze raz zobaczę, to nie przeżyjecie”, a ci posłusznie spierdalają, gdzie pieprz rośnie.
Kiedy więc moja żwawa wiekowa sąsiadka, zobaczyła mnie przed domem z psem, z właściwą sobie gracją, godną Kubicy, wyhamowała z piskiem rowerowych opon i wrzasnęła: „ludzie to świnie!! Ja bym takich normalnie lała, ile wlezie, sumienia nie mają!! Żeby takiego dużego psa wyrzucić z samochodu!” – na te słowa podeszłam bliżej. -Co pani powiedziała? – No mówię pani, wczoraj w południe ktoś tego psa wyrzucił z samochodu, na własne oczy widziałam, ale nie dogoniłam. I tak jest zawsze na Wszystkich Świętych. Wyjeżdżają, nie mają co z psami zrobić, to wyrzucają tu na wsi. Podłe to, no powiem pani, nóż w kieszeni się otwiera! – rzuciła, wsiadając na rower i energicznie znikając za zakrętem.
Ten moment pamiętam dokładnie. Odwróciłam się, spojrzałam na drobną suczkę w stylu owczarka niemieckiego, siedzącą przed moim domem, podeszłam do niej, przytuliłam ją, rozpłakałam się i przeprosiłam za świństwo, jakie jej wyrządzili jacyś ludzie. Otworzyłam drzwi do domu. Naprędce znalazłam dwie plastikowe miski, do jednej nalałam wodę, do drugiej wrzuciłam resztki z obiadu.
Jadła i piła, co chwile przerywając i patrząc na mnie z wdzięcznością.
Kiedy następnego dnia przyjechali do nas goście, zdumieni pytali:
– Macie psa?! – patrzyliśmy na siebie z mężem skonfundowani – Nooo, na to wychodzi, wprosił się wczoraj…
– A jak ma na imię?
– Nie ma jeszcze imienia, sami nie wierzymy, że on tu jest.
– No to nazwijcie ją Fera, bo to pasuje do waszego nazwiska „Fera Ferreira” – zaproponowała A.
– Fera?! To po portugalsku znaczy „bestia” – krzyknęła Marynia.

I tak oto nowo ochrzczona Fera, której pierwotnego imienia nigdy się nie dowiemy, spędziła z nami pierwszy weekend w życiu. Już w niedzielę reagowała na swoje nowe imię.
Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest to wybitnie mądry pies, który na każdym kroku będzie nas zaskakiwał.
U weterynarza dowiedzieliśmy się, że ma około półtora roku, jest mieszańcem, choć łudząco przypominającym owczarka niemieckiego. Nie posiadała chipa.
Została zaszczepiona, odrobaczona, a z czasem wysterylizowana.
Zamieszkała z nami.

W kilka dni potem otworzyłam rano drzwi. Na trawniku przed samymi drzwiami zakwitła dorodna kupa – zupełnie jakby pies chciał się nam odwdzięczyć, tylko nie widział jak.
– Fera – wrzasnęłam – przybiegła radosna – tu się nie wolno załatwiać – oświadczyłam srogo. Nigdzie koło domu! Zrozumiano?! – powiedziałam surowo. Spojrzała na mnie przepraszająco i miałam wrażenie, że naprawdę zrozumiała i zrobiło jej się głupio. Od tego dnia nie załatwiła swojej potrzeby na naszej działce ani razu.
Przygodę z sikaniem zaliczyliśmy dwa razy i była to nasza wina, bo długo nie było nas w domu. W obu wypadkach Fera zrobiła siku w łazience pod prysznicem! Zupełnie jakby wiedziała, że skoro my w toalecie załatwiamy swoje potrzeby, to ona też może. Zresztą obstawiam w ciemno, że są tacy, co jak Fera – sikają pod prysznicem 😉
Kiedy wyjechaliśmy z mężem na tydzień, zostawiając dzieci pod opieką teściowej, Fera punkt siódma szła na górę pod jej drzwi, szczekając: „Hej wstajemy, musicie zdążyć do szkoły”. Przy czym Fera nigdy nie wchodzi na górę i nigdy nie szczeka. Wie natomiast, że teściowa ma ogromny problem ze wczesnym wstawaniem 😀

***

Był luty. Fera mieszkała u nas od niespełna czterech miesięcy i nie wyobrażaliśmy już sobie życia bez niej. To uczucie podobne do tego, jak trudno przypomnieć sobie życie, kiedy nie było jeszcze w nim dzieci, albo zanim poznaliśmy przyjaciół. Była szóstym członkiem naszej rodziny. Czy to możliwe, że kiedyś jej nie było?
Tego dnia mój brat zabrał dzieci na „wyprawę” do ogromnych lasów nieopodal. Fera pojechała z nimi.
Znacie to przeszywające uczucie, kiedy wiecie już, że dzwoniący telefon zwiastuje coś złego? Babcia mojego kolegi podnosi często słuchawkę, wołając „kto umarł?!”
Kiedy zobaczyłam, że mój brat dzwoni, dopadło mnie to uczucie momentalnie. Wiedziałam, że coś się stało.
– Sara, kuźwa, Fera… Od godziny jej szukamy, puściła się w las za zającem i … no nie ma jej – szepnął przerażony.
Jak stałam, tak wsiadłam w samochód. Do nocy chodziliśmy po lesie, nawołując psa. W nieskończoność odwlekaliśmy moment, w którym mieliśmy wsiąść do samochodu bez Fery w mroźną lutową noc… Zdarliśmy gardła, buty, nerwy. Wróciliśmy do domu podłamani.
Puste posłanie Fery wycisnęło ze mnie resztki emocji.
W nocy nerwowo spałam, co chwilę się budziłam. W końcu poszłam do drzwi, wierząc, że ona siedzi tam, jak tego dnia, kiedy pojawiła się znikąd. Ale z nieba sączyło się tylko to ponure światło. Wiatr rozpłatał mi twarz klingą lodowatego powietrza. A noc łapczywie wessała w siebie mój dramatyczny krzyk „Feraaaaaaa!”.
Rano ruszyliśmy natychmiast z akcją poszukiwawczą – dałam ogłoszenia wszędzie gdzie mogłam, kolejne wydrukowałam : „poszukiwana suczka, reaguje na imię Fera, na szyi ma zawiązana różowa kokardkę” (którą dla zabawy kilka dni wcześniej zawiązała jej Marynia). Pojechaliśmy. I nic. Las był ogromny, nawet nie widziałam, że jest aż tak wielki. W końcu się zatrzymaliśmy zrezygnowani. I wtedy przyszła mi do głowy myśl, że powinniśmy rozumować, jak ona. A ona jest po prostu wybitnie mądrym psem. Czy zostałaby na noc w lesie? Nie ma takiej opcji. Gdzie by poszła zatem? Do ludzi! To taki biedny pies, który ufa ludziom bezgranicznie. Do ludzi!
Zaczęliśmy studiować mapę. Szukaliśmy najbliższych wsi, tam pytaliśmy, rozwieszaliśmy ogłoszenia, a każdy owczarek niemiecki przyprawiał nas o szybsze bicie serca. Ale żaden z nich nie był drobną suczką. Żaden nie był Ferą.
Drugi dzień z rzędu wróciliśmy do domu z niczym. Dzieci stały nad posłaniem Fery i płakały. Myśl o tym, że może ona jednak została w tym lesie i po prostu zamarzła była potwornością.
Zadzwonił telefon. Kolejny już tego dnia. Ludzie dzwonili, chcąc pomóc, ale każdy alarm był fałszywy. Odebrałam więc otępiała ze smutku. Usłyszałam to samo, co kilkanaście razy wcześniej tego dnia: „Dzwonię w sprawie pieska”. – Bo wie pani, od wczoraj jest u nas, ale dopiero teraz zajrzałam do internetu sprawdzić, czy ktoś jej szuka, no i chyba, to znaczy na 100% to jest ten pies – świeczki stanęły mi w oczach. – Czy ma różową kokardę na szyi?– szepnęłam, przełykając łzy. -Tak i reaguje na imię „Fera”.
Była dokładnie w tej wsi, którą cały czas obstawialiśmy. Co więcej, dosłownie uliczkę wcześniej, zrezygnowaliśmy z poszukiwań i wróciliśmy do domu. Ale to nie koniec.
Kiedy wieczorem gospodarze wyszli przed dom, ze zdumieniem odkryli, że siedzi tam pies – nie mieli pojęcia, którędy wszedł. Okazali się psiarzami, natychmiast dali Ferze jeść i pić, a następnie próbowali zaprosić ją do domu, bo noc była mroźna, ale nie było na nią sposobu. Za nic nie chciała wejść do środka. Siedziała na schodkach przed domem. Zupełnie jakby na kogoś czekała…
Czekała tak 24 godziny. Ludzie, do których przyszła zrobili jej prowizoryczne schronienie na tych schodach.
– Znalazła się! – krzyknęłam, rozłączając się, a woreczki łzowe moich oczu pękły, wylewając strumienie słonej wody.
W ułamku sekundy wpakowaliśmy się do samochodu. Przyjechaliśmy pod podany adres. Na schodach przed domem siedziała drobna suczka w stylu owczarka niemieckiego. Rzuciła się na nas, piszcząc, skacząc i tuląc się. Fera się odnalazła.

Nieustannie wraca do mnie myśl, o tym, jakie życie miała Fera, zanim do nas trafiła. Jak miała na imię? Gdzie mieszkała? Czy były tam dzieci? (wydaje mi się to niemożliwe, ale kto wie). Dlaczego ktoś ją skrzywdził? Czemu wybrała nas? Czy pamięta tamto życie?
Niedawno zapukał do naszych drzwi jakiś człowiek, szukający drogi. Na widok Fery stanął jak wryty. – Skąd ma pani tego psa?! – zapytał niemal opryskliwie. – A czemu pan pyta? – odparłam szorstko. – Bo, bo – zająknął się, to jest chyba pies mojego kupla, Sonia! – zawołał w kierunku psa.
Ta jedna chwila rozciągnęła się do wieczności. Spojrzałam na Ferę – błagam, nie reaguj – pomyślałam gorączkowo.
Ale nawet się nie ruszyła. – Proszę pana, nawet jeśli to jest pies pana kolegi, to on ja wyrzucił i więcej jej nie zobaczy. Źrenice gościa rozszerzyły się – a mi powiedział, że zginęła! Po czym wygrzebał z kieszeni telefon. – Szukam jej zdjęcia, sama pani zobaczy, to ona! Moje myśli pędziły jak przewijane w jego telefonie zdjęcia. Miałam ochotę go skląć i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem. – O, niech pani patrzy! To ona! – powiedział podekscytowany, pokazując mi zdjęcie suki.
Kamień spadł mi z serca – była podobna, owszem. Ale to nie były ten pysk. Miała ostry nos, dłuższe uszy, coś lisiego w wyglądzie i co najważniejsze – na zdjęciu karmiła szczeniaki. A Fera nigdy nie miała małych.

***

Zapytałam Was niedawno, o czym chcielibyście przeczytać na blogu, większość poprosiła, żebym opisała historię Fery.
Oto więc jest. Teraz już wiecie.
Nie chciałabym jednak, żebyście pod wpływem emocji podejmowali jakieś pochopne decyzje.
Zachęcam Was do zaopiekowania się psem ze schroniska, ale niech to będzie przemyślane, żeby historii takich, jak ta nasza było jak najmniej.
Fera wprosiła się do naszego życia zupełnie niespodziewanie. Spontanicznie ją przygarnęliśmy, a dopiero potem zaczęliśmy myśleć nad konsekwencjami, co było zwyczajnie głupie.
Co z nią zrobimy, kiedy nas nie będzie? Jak będzie się zachowywać sama w domu? Jak będzie reagować na innych? Czy będziemy umieli ją wychować, nie znając się na psach? I całe mnóstwo innych kwestii, które trzeba rozważyć, zanim podejmie się decyzję o posiadaniu psa.

***

Kiedy piszę do Was te słowa leży przede mną „psia dama”, jak nazywa ją moja mama. Śpi, ale po jej nastroszonych uszach wiem, że udaje. Czuwa, bo doskonale wie, że za chwilę idziemy na spacer. Jeśli teraz wstanę od komputera i pójdę na górę, będzie czekała przy schodach, przebierając z ekscytacji łapami. Jeśli do ręki wezmę smycz, zacznie skakać i biegać w kółko, aż niechcący uderzy się w kant ściany. Dlatego najpierw ją wypuszczam przed dom, a dopiero potem biorę smycz.
I idziemy w świat. Hen daleko w las i na łąki, gdzie będzie tracić rozum ze szczęścia.

Takich historii jak jej niestety jest mnóstwo. Rodowód co drugiego wiejskiego psa jest taki sam – ktoś go wyrzucił. Bywa, że czeka tu na nie smutny los. Niektóre resztę życia spędzają na łańcuchu.
Kiedy Fera zapada w głębszy sen i popiskuje, przebierając łapami, zastanawiam się, czy śni o poprzednim właścicielu? Czy to koszmar? Czy śni o tej chwili kiedy samochód zwolnił, a człowiek, któremu ufała wypchną ją i odjechał?
Nigdy się nie dowiem. Bo Fera nigdy o tym nie powie, podobnie jak nigdy nie zapłacze. A szkoda.
Bo może trudniej byłoby nam ludziom uśpić sumienie względem tych naszych braci mniejszych, gdyby mówili i płakali.

You may also like

22 komentarze

  1. Pocieszę Cię tylko, że jak śni jej się coś i popiskuje to raczej nie koszmar, bo mój pies robi tak samo, aż się zapowietrza, ale mam go od samiutkiego początku i na pewno nic złego mu się nigdy nie stało. Więc tak naprawdę może śnić o czymkolwiek.
    Przeczytałam do samego końca, choć już od początku wiedziałam, że nie powinnam, bo będzie mnie to kosztowało może łez. Staram się niestety omijać wszystkie takie wiejskie psy i zawsze sobie wmawiam, że na pewno mają dom, bo inaczej skończyłabym przygarniając wszystkie i zdychając w domu z głodu, a one by mnie zjadły. I smacznego im życzę, ale wtedy dalej nie miałyby domu. Ograniczam się więc niestety do kochania jednego i przelewów na schroniska.Może kiedyś dam się namówić na drugiego 🙂

  2. Do naszego życia wkradła się Sara. Suczka, w typie owczarka niemieckiego 🙂 Mój brat znalazł ją porzuconą przy drodze, wyczerpaną,zwiniętą w kłębek. Miała cztery miesiące. Powinna być dorodnym szczeniakiem,a mieściła się do małego, kartonowego pudełka. Zabraliśmy ją do weterynarza, podleczyliśmy, wzmocniliśmy. Nawet nam przez głowę myśl nie przeszła, aby oddać ją do schroniska lub szukać innego domu. Jest cudownym, szczęśliwym psem. Bardzo mądra. Kochamy ją bardzo i ona nas chyba też.

  3. Też miałam takiego psa. Trochę nowofundland, trochę niedźwiedź – tak opisała pierwsze spotkanie z nim moja babcia. Klasyczna historia, ciepłe lato i on pędzący przez wieś. Chudy, brudny, nikt nie wiedział, jak długo się błąkał. Moi rodzice kupili nowy dom, a mama bała się zostawać w nim sama, gdy tata szedł na noc do pracy. I tak Azor zamieszkał z nami. Azor – takie typowe imię dla przygarniętego psa na wsi. Azorem pozostał do końca. Spędziliśmy 10 cudownych lat, choć początki były trudne. Nie rozumieliśmy dlaczego boi się grabi czy łopaty (jak to w ogrodzie). Każdy męski krzyk powodował, że Azor się chował lub kulił. Jeszcze tego samego lata dostał pierwszego ataku epilepsji. Weterynarz uznał, że to konsekwencja bicia psa u wcześniejszych „ludzi”. Boże, jacy byliśmy wściekli. Nie mogliśmy pojąć JAK można być takim skur*ysynem. Każdego dnia staraliśmy się wynagrodzić mu wszystkie krzywdy, które zadał inny człowiek. Odszedł na moich kolanach, w moje 16 urodziny. I nigdy nie zapomnę spojrzenia z tych brązowych ślepi, kiedy schorowany wiedział, że to już.

  4. Oj Ta Wasza Fera jest pocieszna. To piękne z Waszej strony, że przygarnęliście tego pieska. Jechałam kiedyś blablacarem z behawiorystą psów (chyba tak to się nazywa) i opowiadał mi, że to naprawdę bardzo trudne i odpowiedzialne wyzwanie przygarnąć psa porzuconego lub ze schroniska. Zazwyczaj są to pieski po traumatycznych przejściach i potrzeba wiele pracy, zanim na nowo odzyskają zaufanie do ludzi i staną się tymi pieskami, które merdają ogonkiem na nasz widok czy rzucają się na nas z miłością, obśliniając nas przy tym jęzorem.

    Tymbardziej Was podziwiam:) To było piękne!

  5. Wzruszająca historia. Obie miałyście szczęście, ona że spotkała ciebie i ty, że spotkałaś ją. Ciut sobie popłakałam nad tymi porzuconymi psiakami. Pozdrawiam serdecznie:)

  6. No popłakałam się bardzo (a to trochę krępujące w pracy:D). Dziękuję, że ją pokochaliście w imieniu mojego przygarniętego Pana Harolda, który na pewno pamięta swojego poprzedniego właściciela – zobaczyliśmy to, kiedy spieprzał przed miotłą i bał się kłaść obok ludzkich nóg, od których na pewno nie raz dostał kopa. A Fera na pewno codziennie myśli sobie, że jest największą szczęściarą na tych wszystkich wsiach!

  7. Zawsze podnoszą mnie na duchu takie historie, pociesza mnie to,że w morzu znieczulicy (byłam wolontariuszem w schronisku..) są ludzie,którzy otwierają swoje domy i serca tym zbłąkanym nieszczęśnikom.Sami mamy ‚znajdę’-najcudowniejszego towarzysza,który nie opuszcza mnie na krok. I mimo,że teraz ma wszystko (a przynajmniej staramy się,żeby było mu jak najlepiej)często widzę w jego oczach nieokreślony smutek..Codziennie zastanawiam się co go spotkało, mogę się tylko domyślać widząc jego agresywną reakcje na prawie każdego mężczyznę, ale wiem jedno- to my jesteśmy szczęściarzami,że wybrał nas. Pozdrawiam!

  8. Boże, jaki cudowny pies…! <3 Tak bardzo się cieszę, że trafiła na Was! (A ja poryczałam się w pracy przed komputerem…)
    Psy mają specjalne miejsce w moim sercu (obecnie mam kota- też dziwna historia, przybłąkał się od sąsiadów, którzy go mieli gdzieś, w czasach, gdy jeszcze byłam w dawnym związku. Mój były lubił koty, ja nie znosiłam, ale żal mi było zwierzaka, więc go wzięliśmy. Przy rozstaniu okazało się, że kot jest moją odpowiedzialnością- więc wzięłam go ze sobą, ewidentnie chyba był mi przeznaczony :D)
    Dwa lata temu musiałam uśpić moją najcudowniejszą Pieseczkę świata- była ze schroniska, spędziła z moją rodziną 16 pięknych lat. Też gdy piszczała przez sen myślałyśmy z siostrą, że śni jej się schronisko…:( i ona też ewidentnie została przez kogoś wyrzucona, do końca życia wariowała ze strachu, gdy jechaliśmy gdzieś samochodem… 🙁
    Psy są za dobre, za szlachetne dla ludzi- nie zasługujemy na nie, nie jesteśmy ich warci…Ale każda taka historia, jak Twoja i Ferry, daje nadzieję! <3

  9. Czytałam ten post na dwa razy, a i tak nie wytrzymałam i rozryczałam się, jak głupia.
    Naszego małego psotnika też ktoś porzucił, tyle że w lesie… Zakleszczonego znaleźli go dobrzy ludzie i potem my go zaadoptowaliśmy. Była to dość szybka decyzja, choć trochę musiałam namawiać moją drugą połowę. A teraz? Życia sobie bez niego nie wyobrażamy. Nasz nowy, kochany członek rodziny.
    PS Nie wyobrażam sobie, co przeżyliście, gdy Fera zniknęła… Zawsze się boję, że naszego też poniesie (a niestety jest trochę głupiutki), więc chip i adresówka przy obroży obowiązkowo.
    Pozdrawiam Was serdecznie! I Ferę 🙂

  10. Cudowny wpis. Niech ludzie czytają i odkrywają w sobie uczucia! Bo nikt jak psiaki nie kocha Tak bezwarunkowo.
    7 lat temu kupiliśmy sobie psa. Małe dwumiesieczne shih tzu zamieszkalo bo w naszym życiu. Rok później urodziła się pierwsza cori. Półtora roku później druga. Minęły dwa lata i na świecie pojawił się syn. Historia kołem się toczy. Syn skończy zaraz dwa lata a my spod lubelskiej wsi przygarnelismy psią dziecine. Nawet 6 tygodni nie miała, gdy właściciele chcieli pozbyć się psiaka. Matka bernenczyk, ojciec nn. Lunka jako najmniej podobna do matki została jako ostatnia. W pakiecie z psem kilogram robali… i choc miała być psem przy domu mieszkającym w ocieplanym przestronnym kojcu, zamykana jedynie na wizyty gości, a cały czas hasajaca po działce, to nie wyobrażam sobie jej gdzie indziej niż w domu. Tak jak nie wyobrażam sobie życia bez dzieci i shih tzu, ktory tylko czeka aż żadne z maluchow nie będzie potrzebowalo mamy, by wtulic sie we mnie i pochrapujac odpoczywac sobie na kolanach. A ja kocham te zwierzaki. To w końcu członkowie rodziny
    I tak oprócz 2+3 mamy jeszcze dwa psy a córka czeka na przeprowadzkę pod miasto bo chce jeszcze kota.

  11. Cudowny wpis, zakręciła mi się łezka w oku. Również mamy w domu psa przybłędę- prawie owczarka, jak mówimy o Stitchu i kilka lat temu wprosił się do naszego domu kot, który ewidentnie został przez kogoś wyrzucony- był piękny, „wypasiony”, jadł tylko karmę z puszki. Ludzie są beznadziejni i bez serca… Niewyobrażalne dla mnie jest, że można wyrzucić członka rodziny, bo przecież zwierzak, który pojawia się w naszym życiu, staję się częścią naszej rodziny…

  12. <3 <3 czytając tytuł wpisu, wiedziałam, że się poryczę! jestem totalną psiarą, nie mogę znieść widoku smutnych oczu zwierząt. Kilka lat temu dołączyłam do wolontariatu w schronisku dla psów w Lublinie, wiem jaki okrutny los spotyka niektóre z nich..ale serce mi rosło, widząc udane adopcje, dobrych ludzi, a później nadsyłane zdjęcia szczęśliwych pysków leżących na kanapie <3 ja sama przygarnęłam najbardziej cichą, skuloną, mało atrakcyjnie wyglądającą czarną, skundloną kulkę. I jest najcudowniejszym psem świata. Choć ma już ok 8 lat, nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłoby jej ze mną nie być.
    Liczę na więcej takich ludzi jak Ty, Saro 🙂
    uściski dla Ciebie i Fery!

  13. Moi rodzice mieszkają na wsi. Tata często pracuje w nocy i właśnie to on, wracając z pracy, znajdował porzucone zwierzęta. Przejeżdżał drogą, wokół której nie ma żadnych zabudowań. Jednej nocy znalazł przeuroczego kotka garnącego się do ludzi. Innym razem białego królika cierpiącego na chorobę skórną. Były też psy. Oczywiście te wszystkie zwierzęta lądowały u nas albo u kogoś z rodziny. Do tej pory w domu mieszkają z nami dwie kotki ze schroniska, są z nami już 10 lat. Jest jeszcze jedna kicia o imieniu Gałgan. Została wzięta od sąsiadów, którzy głodzą zwierzęta. Nie rozumiem, jak ludzie mogą robić coś takiego. Jak można pozbyć się członka rodziny? Jak można o niego nie dbać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.