PRZEPROWADZKA NA WIEŚ – MOJE REFLEKSJE W ROK PO WYPROWADZCE Z MIASTA

Niedawno minął rok od naszej przeprowadzki na wieś.
Piszę do Was z zalążka mojego domowego biura – siedzę na barokowej kanapie, której nienawidzi mój mąż, ale to moje biuro i mogę sobie robić, co chcę. Kanapa wygląda obłędnie na tle świeżo pomalowanej zielonej ściany. Brakuje mi jeszcze bardzo nowoczesnego biurka, żeby złamać czymś ten barok. Zaraz na ścianach zawisną złote ramki, same ramki bez wkładu – ale jak to? – znowu przewróci oczami mój małżonek. No tak to, tak to. Poczekaj, zobaczysz jak tu będzie pięknie!
Patrzę przez okno. Nachalny halny rwie do tańca moje ukochane wiotkie brzozy. Gdyby dziś przyszło mi opuścić ten dom, wypłakałabym oczy za nimi.
Patrzę na nie rano, kiedy czarną kawą bez cukru podlewam niemrawe neurony. Patrzę na nie, kiedy siadam smutna na schodach. Widzę je już z daleka, kiedy wracam do domu.
Brzozowy Zagajnik – tak o tym miejscu powiedziałby Ania z Zielonego Wzgórza.
Piszę do Was z mojego miejsca na ziemi.
Rok temu, o tej porze nie wiedziałam, gdzie jestem. Myślałam, że oszaleję.

Marzenie o domu…
Zawsze wydawało mi się, że spełnione marzenie o własnym domu musi być czymś z pogranicza ekstazy.
Dowiedzieliśmy się, że z brazylijskim paszportem mojego męża, możemy przez kolejne lata najwyżej marzyć o zdolności kredytowej, własny dom stał się naszą obsesją. Czymś zupełnie poza naszym zasięgiem. Tymczasem dziesięć lat zleciało w okamgnieniu.
Kiedy mój mąż zadzwonił do mnie i łamiącym się głosem szepnął: „możemy kupić dom, mamy pozytywną decyzję”, siadłam na podłodze i zaczęłam płakać.
Na moich oczach nasze marzenie materializowało się. Nabierało kształtów. Stawało się naszym domem.

Ciężar spełnionego marzenia…
Już kilka razy Wam o tym wspominałam. Jest coś takiego, jak „ciężar spełnionego marzenia”.
Pamiętam, że kiedy zostałam sam na sam z tym moim spełnionym marzeniem, okazało się że ono mi ciąży. Nie do końca widziałam co ja mam z nim zrobić. To był jakiś potworny paradoks i chyba nie potrafię tego wytłumaczyć.
Miałam ten dom. Stał przede mną cały piękny. Tu miałam wychowywać moje dzieci.
Powinnam była się cieszyć, tymczasem nie potrafiłam.

Rok temu…
Mój mąż akurat wyjechał służbowo na kilka dni. Jesień panoszyła się podle. Musiałam nieustannie przywoływać się do porządku, miałam pod opieką dzieci, nie mogłam w nieskończoność się rozklejać. Odwoziłam je do szkoły i już w drodze powrotnej do domu zanosiłam się łzami.
Próbowałam zagłuszyć ten głos, który nieustannie mówił mi: „to był błąd, tu nie będę szczęśliwa”.
Postanowiłam, że kiedy mąż wróci powiem mu, co czuję. Że wypruliśmy sobie flaki niepotrzebnie, że jestem tu nieszczęśliwa i musimy wrócić do miasta. Wiedziałam, że pęknie mu serce. Wiedziałam, że walczył o ten dom dla mnie, ale miałam udawać?
Któregoś dnia zadzwoniła do mnie mama. Była bardzo wesoła i zaszczebiotała do słuchawki: „Jak tam w nowym domku, cudownie prawda?”
Siedziałam wtedy na schodach i na to pytanie pękłam i rozlałam się po nich rzęsiście. Powiedziałam mamie wszystko. Była w szoku.
Ta rozmowa z nią bardzo mi pomogła. Gdzieś z tego oceanu łez, wyłowiła szczątki mojego rozsądku. Zasugerowała, żebym z decyzjami zaczekała do lata. Żebyśmy najpierw zobaczyli maj na wsi, zaczekali na niemiłosiernie długie dni, na grilla ze znajomymi… Wytłumaczyła mi, że to ciężar wszystkiego: ogromnej zmiany w życiu, mrocznej jesieni, krótkich dni, nieobecności męża.
Może warto zaczekać? Najwyżej sprzedacie ten ten dom, to nie wyrok dożywotni – mówiła i czułam, że ma rację.
I faktycznie NIGDY nie zapomnę maja, który eksplodował pod moją nieobecność. Wróciliśmy właśnie z Bieszczad. To było inne miejsce. Wieś utonęła w oceanie rzepaku. Wszystko kwitło i było tak nienaturalnie zielono. Dzieci wywlekły z garażu rowery i zaczęły szaleć na ulicy.
Nie wiem czy to niebo sięgało rzepaku, czy rzepak nieba. Zrobiło mi błogo. Po raz pierwszy od kiedy tu zamieszkałam.
Na asfalcie resztki wczorajszego deszczu, na moich policzkach resztki wczorajszych łez.

Piszę Wam o tym, bo często dostaję od Was wiadomości, że właśnie się przeprowadziliście i czujecie się, jak ja rok temu. Chciałam Was więc uspokoić – wiele osób tego doświadcza. Zamiast euforii – łzy, rozczarowanie, ciężar spełnionego marzenia. W moim wypadku warto było zaczekać.
Dziś czuję, że to moje miejsce na ziemi. Ale znam takich, którzy nigdy tak nie poczuli i wrócili do miasta.

Historia mojej sąsiadki.
Kiedy jeszcze mieszkałam w Lublinie moją sąsiadką była przemiła kobieta w średnim wieku. Wraz z mężem wychowali dwoje dzieci, które były już dorosłe, właśnie doczekali się wnuków i przyszedł odpowiedni moment na dom pod miastem. Wyprowadzili się i przestałam ich widywać.
Z zazdrością myślałam o tym, że pewnie wybudowali pod miastem jakiś przytulny dom i uciekli z tej podłej ulicy, na której przyszło nam mieszkać. Po roku spotkałam sąsiadkę podczas spaceru, myślałam że przyjechała zobaczyć co tam słychać na starych śmieciach.
– Wracamy! – wykrzyknęła z radością – myślałam, że oszaleję na tej wsi, nie wiem co nam strzeliło do głowy. Sprzedajemy dom, wracamy do miasta! – dodała, a ja stałam osłupiona.
Faktycznie wrócili. Jak synowie marnotrawni miasta, nigdy nie byli tak szczęśliwi jak po powrocie.
Kiedy z kolei ja poinformowałam ją o naszych planach wyprowadzki na wieś, stukała się w głowę, ostrzegała, że będziemy żałować, namawiała, żebyśmy to przemyśleli sto razy.
Na moje pytanie, co ją tak na wsi zmęczyło, odpowiedziała krótko – dojazdy!
– Zanim wróciliśmy już było ciemno, nawet nie widzieliśmy tej naszej działki, rano trzeba było wyjechać godzinę wcześniej, bo niby blisko, ale korki. Po drodze jeszcze zakupy. Jak przychodził weekend to byliśmy tak zmęczeni, że na myśl, że trzeba teraz jeszcze skosić trawnik i posprzątać dom, było nam słabo! Myśleliśmy, że na wsi odpoczniemy, zamiast tego byliśmy nieustannie zmęczeni. Tak nie da się żyć – żaliła się.
I sądzę, że miała dużo racji. Bo w podejmowaniu decyzji o wyprowadzce za miasto, trzeba sobie odpowiedzieć na bardzo podstawowe pytanie – gdzie toczy się nasze życie?

Gdzie toczy się nasze życie?
Rozmawiałam niedawno z koleżanką, która właśnie podejmuje decyzje – dom na wsi, mieszkanie w mieście. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw, postanowili z mężem – mieszkanie w mieście, ale ciągle miewają wątpliwości.
– Ok, a gdzie toczy się wasze życie? – zapytałam.
– No tu w mieście. Przecież od rana do nocy jesteśmy w pracy, nie wyłączając weekendów.
– To po co w ogóle myślicie o wsi? – dociekałam.
– No bo na wsi wiadomo, spokojniej i dom to większy komfort – dodała, ale z wyraźnym wahaniem.
-Ale przecież wy jesteście cały czas w mieście, kiedy chcecie doświadczyć tego spokoju i komfortu? Podczas dojazdów do miasta?
– No właśnie, tego się obawiamy…

I słusznie. Bo to, jaki tryb życia prowadzimy jest sprawą absolutnie kluczową.
Kiedy przeprowadziliśmy się na wieś, przez dwa tygodnie dowoziłam Marynię do szkoły w mieście. Dwa tygodnie. Tyle wytrzymałam. Stania w korkach, szukania miejsca do zaparkowania, nerwów, braku czasu, stresu, że się spóźnię z dzieckiem do szkoły, po dziecko do świetlicy, faktu, że dziecko w tej świetlicy kibluje jak za karę. Dwa tygodnie. Po tym czasie przeniosłam Marynię do wiejskiej szkoły, za jej zgodą – była tak samo zmęczona dojazdami jak ja. Szczęśliwie okazało się, że nasza wiejska szkoła ma świetny poziom i naprawdę fajnych nauczycieli.
Jesteśmy z mężem w o tyle komfortowej sytuacji, że oboje możemy spokojnie pracować z domu. Od września wszystkie dzieci chodzą do tej samej wiejskiej szkoły. Zaczynają i kończą zajęcia o jednej godzinie. Można powiedzieć, że całe nasze życie toczy się na wsi.
W takiej sytuacji jesteśmy w stanie korzystać z tego, co wieś oferuje – spokoju, ciszy, czasu płynącego wolniej. Gdybyśmy codziennie musieli bywać w mieście, odwożąc dzieci do różnych placówek, z pewnością zostalibyśmy w mieście.
Moja rada – zamieszkaj tam, gdzie spędzasz najwięcej czasu. Bo to co teraz wydaje ci się komfortem może zwyczajnie stać się udręką.
Doskonale wiem, że wielu ludzi tak właśnie żyje – w korkach, dojazdach, niedoczasie. I pewnie tak się da. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Dla mnie rzeczą nadrzędną są spokój i czas.

A co z niewygodami?
Tak samo szybko przyzwyczajamy się do wygody, jak do niewygody. Naprawdę. Po wyprowadzce z miasta, z wynajmowanego mieszkania, gdzie za rogiem był sklep, kilometr dalej wielki supermarket, gdzie z każdą pierdołą mogłam zadzwonić do właściciela, nie potrafiłam sobie wyobrazić – jak ja będę robić zakupy? Co zrobię bez kanalizacji miejskiej?! Jak wyglądać będzie życie bez wodociągu? A co jeśli coś się zepsuje?
No i cóż. Wszytko, co wcześniej wydawało mi się „niewygodą”, dziś jest dla mnie „normalną sytuacją”.
Wiejskie sklepy zwyczajnie polubiłam, zdarza mi się tu robić zakupy na miarę supermarketowych.
Kiedy rury zaczynają bulgotać, dzwonię po szambowóz 😀
Woda leci z kranu, z tym że jest ze studni, ot cały problem.
A jak coś się zepsuje, to zawsze jest z tego wyjście. Jeśli akurat jestem sama i nie wiem co zrobić z kablem, który spowodował zwarcie i wywalił korki, idę po sąsiada, który zawsze uratuje mnie z opresji.

Za czym bym tęskniła, gdybym dziś musiała się wyprowadzić?
Nieustannie za czymś tęsknimy – to takie ludzkie. A czasem warto trochę przewrócić swoje myślenie i zastanowić się – a gdybym dziś musiał zrezygnować ze swojego dotychczasowego życia, to za czym był tęsknił?
To taki szybki sposób, żeby szarość nabrała barw i często w życiu stosuję ten trik.
Gdybym więc musiała dziś się wyprowadzić, to za czym bym tęskniła?

Spokój
Moje życie toczy się teraz głównie na wsi. Na 7.45 odwożę dzieci do szkoły. Kilometr od domu. Po drodze nie ma korków. Już sam fakt, że mogę po prostu wcisnąć gaz i jechać, jest dla mnie czymś pięknym. Na przerwę lunchową zawsze wybieram łąkę.
Zamiast Mordoru mam Sherwood. Ta godzina spokoju, kiedy chłonę ciszę, świeże powietrze, układam myśli w całość, jest dla mnie czymś nieocenionym. Nigdy nie doświadczyłam tego w mieście. A wiecie, że je kocham. Miasto ma nieustanną nerwicę, krzyczy, czegoś chce, ciągnie za rękaw. Patrzysz na pędzących przechodniów. Ktoś klnie przez telefon, ktoś biegnie i się potknął, ktoś nie nie zdążył na autobus, przejechał ambulans.
A ja wychodzę przed dom i po chwili widzę sarny.
Za lasem, łąką, sarnami, brzozowym zagajnikiem – pękłoby mi serducho z tęsknoty.

Kino
Tego chyba nie wiecie, ale mamy w domu kino. Takie prawdziwe. A było to tak – mieliśmy dwustanowiskowy garaż, czytaj – dwustanowiskowe miejsce na dwa razy większy burdel, bo doskonale wiedzieliśmy, że jak jak już upchamy tam wszystkie pudła poprzeprowadzkowe, to dla samochodu miejsca raczej zabraknie.
Pokój kinowy w domu, to było zawsze marzenie mojego męża. Miał powstać w miejscu, gdzie obecnie jest moje biuro/pokój gościnny.
Kiedyś odwiedzili nas znajomi, oprowadzamy ich po domu i nagle kumpel mówi: „a nie lepiej to kino zrobić zamiast jednego garażu?”. Boże, jakiego doznaliśmy olśnienia!
O ile na początku byłam sceptycznie nastawiona do całej idei „kina”,teraz uważam, że to jest najfajniejsze pomieszczenie w domu. Pomalowane na grafitowo, z miękką wykładziną i stopniowanymi podłogą i sufitem. Obraz leci z rzutnika i czujesz się jak w kinie, tylko lepiej, bo jest wygodniej, nigdy nie jest zimno, popcorn jest za free i nie ma reklam. Ha!
Co więcej, kiedy męża napadnie, żeby sobie pograć czy cokolwiek równie głupiego, zamyka się w kinie, a ja nic nie wiem, nic nie słyszę.
Kino sprawdza się też rewelacyjnie podczas imprez – kiedy dzieciarnia zaczyna dogorywać, odpalamy im film, następnie każdy zabiera swoje śpiące dziecko do domu 😀

Sąsiedzi
Miałam tyle szczęścia, że trafili mi się fajni sąsiedzi. Każdy miły i gotowy pomóc. Kiedyś nie dostałam w sklepie malin. Przypomniałam sobie, że sąsiad, który ma koparkę zatrzymał się któregoś dnia i dał moim dzieciom koszyczek malin. Wsiadłam więc w samochód, pojechałam do niego i pytam czy ma na sprzedaż maliny. Na to on, że na sprzedaż nie, ale mogę sobie pójść za dom i zebrać ile chcę. Mówię, że absolutnie, że oczywiście zapłacę, na to on, że swoi mają u niego maliny za darmo.
Kiedy budowaliśmy altankę, sąsiad mieszkający przez płot, zapytał, co nam pomóc. Mój mąż na to, że nic, żeby się nie kłopotał, że sobie poradzi. Na to sąsiad: „ok, będę za pół godziny. Z zimnym piwem”.
Albo kiedy wracam z miasta i wiem, że nie zdążę odebrać dzieci ze świetlicy. Telefon do sąsiadki: „Zabierzesz moje dzieci ze świetlicy?”- No jasne, żaden problem.
Za takich sąsiadów trzeba być wdzięcznym i bardzo bym za nimi tęskniła.

Weekendy
O tych weekendach pisałam już setki razy. Zazwyczaj są pełne ludzi, którzy zjeżdżają się już od piątku. Ale też zupełnie inaczej odpoczywa się na wsi w weekend.
Pamiętam, że mieście w mieszkaniu często dręczyła mnie myśl, że wypadałoby dzieci gdzieś zabrać, coś zrobić. Tak siedzieć w mieszkaniu?
Tu wychodzimy przed dom i jesteśmy nad rzeką. Albo na pikniku na łące, albo na wyprawie w lesie.

Dzieciństwo
Obserwowałam dzieci w te wakacje. Spędzały je jak ja kiedyś. Cały dzień na dworze, z dziećmi sąsiadów. Wracały przed zapadnięciem zmroku, umorusane, z potrzaskanymi kolanami, pachnące wiatrem, śmierdzące oborą.
Wszystkie dzieci ze szkoły mieszkają w niedalekim sąsiedztwie. Nieustannie się nawzajem odwiedzają. Znam ich mamy.
Po prostu widzę, że wieś ma na moje dzieci dobry wpływ.

Kominek
Kiedy zwierzyłam się sąsiadce, że wieś mnie przytłacza i nie wiem czy nie wrócimy do miasta, to powiedziała: „poczekaj, aż odpalicie kominek!”.
To były święte słowa. Kiedy po raz pierwszy rozpaliliśmy ogień w kominku, przestawiliśmy sofę dokładnie naprzeciwko i cały wieczór siedzieliśmy jak urzeczeni.
A kiedy któregoś dnia wracałam zmęczona z miasta i już przez okno zobaczyłam tańczący w domu ogień, poczułam jak nigdy wcześniej, że to moje miejsce na ziemi.

Za czym tęsknię?
Nie sądziłam, że to możliwe, ale nie tęsknię za miastem. Odwiedzam je, kiedy mi go brakuje. Ale teraz, doświadczając na co dzień wiejskiego spokoju, wiem że mój miejski kochanek jest znerwicowany, porywczy, szybko mnie męczy. Z ulgą wracam wracam do siebie. Do mojej ciszy, przestrzeni.
Miasto mam na wyciągniecie ręki, kiedyś uwielbiałam być w jego epicentrum. Teraz jest inaczej. Po prostu.

A co na wsi mnie męczy?
To raczej nie jest kwestia wsi, ale sytuacji. Nieustannie męczy mnie powzięte zobowiązanie finansowe w postaci kredytu. Pocieszam się, że większość ludzi jest w takiej sytuacji. Niemniej towarzyszy mi przeświadczenie, że tak nie powinno być, że to jest nienormalne, żebyśmy brali kredyty i na nich jechali niemal całe życie. Z drugiej strony – nie wiedzę innego rozwiązania. Nie miałabym szans odłożyć gotówki na ten dom. Nie znoszę tego uczucia niepokoju, o którym ostatnio pisałam.
Dom to finansowa studnia bez dna. Dopiero po roku mieszkania zaczynamy się urządzać i co chwilę krew mnie zalewa na ceny. Zupełnie jakby założenie było takie, że skoro ktoś ma dom, to wiadomo, że jest milionerem. Tymczasem na co dzień uprawiamy jakąś skomplikowaną ekwilibrystykę finansową – z jednej strony długi, z drugiej potrzeba skończenia czegoś w domu. Trochę tu, trochę tam. W międzyczasie rezygnujemy z kolejnych wyjazdów, kolejnych wakacji.
Dom jednak wiele wynagradza. My potrafimy na przykład w domu odpoczywać, czego wielu ludzi nie umie. Kiedy w wakacje nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić na fajny wyjazd, zrobiliśmy je tu, na miejscu. Dmuchany basen, codziennie pyszne jedzenie, dobry film, wino. Zasada była jedna – odpoczywamy, udajemy że to all inclusive.
Mam też świadomość, że te finansowe wygibasy nie będą trwały wiecznie. Za rok o tej porze będziemy mieli już ileś zobowiązań mniej. Kończymy robić ogrodzenie. Czas szybko leci. Zaraz się okaże, że minęło już trzydzieści lat i spłaciliśmy kredyt!
Wtedy zatęsknimy za tym co jest dzisiaj…

Dom ma jedną wadę – ogromna powierzchnia do sprzątania. Pamiętam, że kiedy o tym napisałam po raz pierwszy z lekkim wyrzutem, odezwało się parę głosów „ależ to kwestia dobrej organizacji czasu!” To zupełnie nie o to chodzi. Ja umiem się dobrze zorganizować, a kto do mnie przyjeżdża ten wie, że jest porządek, po prostu żal mi życia na tę ilość sprzątania. Zwyczajnie. To syzyfowa praca. Świeżo uprane ubranie zaraz będzie brudne. Lśniąca podłoga zaraz będzie brudna. Czysta łazienka zaraz brudna.
Kiedyś wydawało mi się, że w większym domu, bałagan się jakoś równomiernie rozłoży. Otóż nie. Duży dom, dużo sprzątania. Koniec kropka.
Teraz mam na szczęście chwilowo teściową, która jest moją nieocenioną domową pomocą.
Kiedy wyjedzie to mam dwa wybory: albo zginę, albo zatrudnię panią do sprzątania.

Właśnie dotarłam do końca piątej strony w Open Office, więc powoli wpis zamienia się w książkę.
Mam wynotowanych jeszcze sporo rzeczy, ale najważniejsze opisałam.
Jeśli macie pytania – piszcie śmiało, na wszystko odpowiem.

Pozdrawiam Was z Mojego Miejsca Na Ziemi.

You may also like

71 komentarzy

  1. Witaj!
    Pięknie piszesz, uwielbiam czytać Twoje posty. Czasami mam wrażenie, ze czytam swoje własne myśli.
    I znam dokładnie wszystko to, o czym piszesz dzisiaj.
    Sama wychowałam sie na wsi, kilka lat mieszkaliśmy z dziadkami, a później przeprowadziliśmy się z rodzicami do nowo wybudowanego domu. A od 8 lat mieszkam w centrum Lublina, najpierw w akademiku, teraz z mężem w mieszkaniu. Najpierw bylo mi strasznie źle. Bo studia ciężkie, bo w akademiku okropnie, bo szum, bo jasno w nocy, prawie jak w dzień. Ale przyzwyczaiłam się. Nie wyobrażam sobie w tym momencie życia mieszkać gdzie indziej. Bo dobrze mi tu, bo wszędzie blisko. Przez ostatni rok dojeżdżałam do pracy codziennie 50 km w jedna stronę. I teraz chociaż przez jakis czas jestem oddelegowana do pracy tu, w Lublinie, dwa razy w tygodniu jeżdżę na krótkie dyżury do macierzystego miejsca pracy. Ale dobrze mi teraz. Po prostu. I chociaż wiem, ze kiedy pojawia się z naszym życiu dzieci, trzeba będzie podjąć decyzje o zmianie miejsca zamieszkania na większe, bardzo chciałabym, żeby to byl właśnie dom na wsi. Wiem, co sie z nim wiąże. Ale mimo wygód w mieście, nie wyobrażam sobie wychowywać tutaj dzieci. I ciągnie mnie na wieś…
    Pozdrawiam serdecznie!

    1. Jeżu nie wiem czemu, ale tak mnie wzruszają te Wasze dzisiejsze komentarze, że normalnie nie mogę ich czytać <3
      Dziękuję!

    2. Piękne złote myśli 🙂 sama mieszkam w dużym mieście w domu 300m. I jak ktos z mieszkania sie zali ile to on sprzątam w sobotę i w niedziele to mi ręce opadają. Co on wie o sprzątaniu! 🙂 ja polecam tylko takie triki przy budowie, odnawianiu domu. Po pierwsze wszędzie kafelki na których nic nie widac brudu. Przyjemniej dla oka i sprzatanie jest przyjemniejsze i łatwiejsze jak robimy je na bieżąco. Brak firanek, dywanów i wykładzin – mniej sprzątania. Polecam ekologiczne srodki czystości. Nie śmierdzą chemia i dla was zdrowiej i dzieci no i środowiska co jest oczywiste. Buduje z mężem dom na przedmieściach i chociaż bez dojeżdżać do pracy to te 10km to jest nic… Bo dom daje wiele możliwości, których mieszkanie niestety nie. Zmieńcie sposób myślenia 🙂 ja sprzątam bo to rodzaj sportu dla mnie i co jest najlepsze noc mnie to nie kosztuje. A tak to karnet za 170zl by byl wydany pośród śmierdzących i gapiących sie ludzi. Pozdrawiam i życzę wspaniałych chwil i wygranej do spłacenia kredytu 🙂 aby zyc i spać bez niepokoju.

  2. Uwielbiam jak piszesz! Czasem jak mam jeden z tych gorszych dni, to po prostu wchodze i czytam ulubione posty. Ten jest kolejnym! Swietny, swietny, swietny!
    Mozemy liczyc moze na jakis post o swietach w ferreirowie? Mieszanka kultur, nowy dom…byloby ciekawie!

    1. Boże jakie to miłe, a kiedy ja będę miała gorszy dzień, to przeczytam sobie Twój komentarz <3
      Pomysł na wpis jest fajny, czemu nie 🙂

  3. Ze mna jest podobnie. Obecnie mieszkam w Niemczech ale mam cudowny drewniany dom na polskiej wsi. I wlasnie ta itylko tam czuje sie u siebie i tam jest moj skrawek nieba . Pozdrawiam Malgosia

  4. A ja mam taką prośbę: czy mogłabyś pokazać zdjęcia tego Waszego kina? Taki pokój kinowy to moje (i mojego Narzeczonego) marzenie od dawna i bardzo chciałabym zobaczyć, jak Wam to wyszło 🙂

  5. Wspaniale wszystko opisałaś. Ten temat jest mi bardzo bliski ponieważ jakieś 5 lat temu przeżywałam dokładnie to samo. Z każdym majem było jednak coraz lepiej. Wszystkim polecam bardzo rozsądnie rozważyć przeprowadzkę z miasta na wieś. To rewolucja życiowa i nie warto kierować się tylko dobrem naszych dzieci. Ciężar spełnionego marzenia niestety istnieje. Na szczęście w porę zauważamy brzozowe zagajniki,gromady saren czy bociany przelatujące nad naszym dachem. A jeszcze jak poczujemy ciepło kominka i obok ciepło drugiej osoby to nawet myśl o kolejnej racie, i kolejnym sprzątaniu nie jest już taka straszna. Szkoda, że nie jesteś moją sąsiadką. Myślę, że smakowała by Ci moja herbata z imbirem i miodem wypita razem na schodach przed domem. Buziaki. Niech życie na wsi uszczęśliwia Cię nieustannie.

    1. Dziękuję <3
      To prawda - rewolucja życiowa, dla mnie osobiście większa niż pojawienie się dzieci na świecie - w tym sensie, że chciane dziecko jest czymś naturalnym, wątpliwości i strach są przed, aale potem kochasz i szalejesz z miłości. Dom wymaga czasu, o wiele więcej łez.
      O z pewnością piłybyśmy tę herbatę na schodach <3
      Ściskam!

  6. Piękny i dający nadzieję wpis. Przyznam się, że nie mam pojęcia za czym będę tęskniła po wyprowadzce z miasta ale może to i dobrze. Wyjdzie w praniu. Pozdrawiam

  7. OMG wzruszyłam sie. Jakbym czytała o nas!Właśnie przeprowadzilismy się na wies, z kredytem, bez dzieci narazie ale jest dokładnie jak piszesz! W ostatnią sobotę wycinalismy drzewo i upadło nie tam gdzie planowaliśmy, czyli do sąsiada. Ze strachem poleciałam za płot a sąsiad był taki bezproblemowy.. Pamiętam jak w mieszkaniu w mieście robiliśmy remont a sąsiedzi co chwilę krzyczeli że z czymś problem- że głośno, że gruz.. Na wsi tego nie ma. I dzięki Bogu! Zostaje mi jeszcze ogarniecie Niepokoju i bede w niebie 🙂

    1. Nie wiem czemu, ale mnie tez jakoś wyjątkowo wzruszył ten komentarz <3
      Faktycznie - nie myślałam o tym, ale sąsiedzi w mieście nie byli tak uprzejmi, w kazdym razie mieliśmy mnóstwo nerwowych sytuacji.
      Trzymam za Was kciuki <3

  8. Ależ napisane….wysłałam linka tego artykułu do mojego do męża – bo ja też tak chcę od kilku lat!To o czym piszesz tak mocno też czuję-ten przesyt, pęd,hałas miejski tak bardzo bardzo mnie męczy,marzę o swoim miejscu na ziemi za miastem. Ale… obowiązki, praca,…10 letni syn, który ma swoich kolegów, szkołę, treningi 3 razy w tygodniu….Eh….mocno wierzę w to że przyjdzie i na mnie czas ucieczki na wieś. Pozdrawiam Cię ciepło bo mądrze. pięknie piszesz i inspirujesz i za to serdecznie dziękuję.

    1. A ja dziękuję, że do mnie zaglądasz i za te ciepłe słowa.
      Do tej decyzji trzeba bardzo dojrzeć. My się przeprowadziliśmy we właściwym momencie – Sofia właśnie poszła do 1 klasy – i tak musiałaby opuścić przedszkole, Lolek bardzo chciał się przenieść tu do przedszkola, bo jego najlepszy kumpel – sąsiad już tu chodzi. Dzieci budują więc tu swoje nowe przyjaźnie. Szkoła też wychodzi z inicjatywą, organizując dla dzieci dodatkowe zajęcia.
      No wszystko trzeba zsumować i porządnie przemyśleć 🙂

  9. Kurczę, jak dobrze, że o tym wszystkim opowiadasz! Ja biję się z myślami o przeprowadzce na wieś od jakiegoś czasu i strasznie się boję. Mam tylko jedno pytanie-czy zdecydowałabys się na wiejską emigrację gdybyście musieli dojeżdżać do pracy do miasta? Swoją drogą, czytam Cię już trochę i nie mam pojęcia czym zawodowo się zajmiesz. Myślę sobie, że codzienne dojazdy do pracy mogą diametralnie zmienić perspektywę.

    1. Tak jak napisałam – gdybym musiała codziennie dojeżdżać i jeszcze wozić dzieci, zostalibyśmy w mieście.
      Moją pracą jest mój blog 🙂

  10. Jejku Sara, tak to opisalas wszystko, że aż mi się prawie zamarzył dom ma wsi, mocno na przekór moim dotychczasowym przekonaniom;)
    Kiedyś mówiłam,że nigdy, na pewno nie, a teraz mówię raczej nie, ale już przestałam sie zarzekać;) Pozdrawiam!

    1. Pola, dlaczego mi się wydawało, że Ty na wsi właśnie mieszkasz?! Chyba przez te Twoje zdjęcia zawsze gdzies na tle natury 😀
      O tak – ja też się długo zarzekałam!

  11. Na mnie droga Saro aktualnie studia i praca wymuszają ten obowiązek wyżej wspomnianych dojazdów, korków straty czasu. Same przez się wymuszają łzy, stres, pośpiech. I szczerze? Jako osoba mieszkahaca od dziecka na wsi gdzies tam w sobie noszę tę nadzieję, że nadejdzie lato, błogie lato kiedy weekendów nie muszę spędzać na uczelni i właśnie w te weekendy będę mogła wrócić do tej ciszy, do niedzielnych porankow, picia kawy na tarasie przed domem, leniwie spędzonych popołudni kiedy po obiedzie wszyscy wychodzą z domu siadają wspólnie i planują wieczór. Leniwy wieczór, grilla że znajomymi, wycieczkę rowerową. Życie na wsi chyba niesie ogromna otuchę i nadzieję;)

  12. Za każdym razem jak czytam Twój post, czuję jakbyś wyjmowała MOJE myśli z MOJEJ głowy. Niewiarygodne jak można czuć i myśleć tak podobnie !

  13. Wpis fantastyczny! Chłonęłam każdą literkę. To wpis też o mnie. Tę same radości, te same niepokoje, ten sam niepokój na początku.
    Marta
    4 lata w domu z bajki 🙂

  14. Wpis fantastyczny! Chłonęłam każdą literkę. To wpis też o mnie. Ta sama radości, te same niepokoje, ten sam niepokój na początku.
    Marta
    4 lata w domu z bajki 🙂

  15. Jak dobrze że jesteś Saro 🙂 Stoimy przed wyborem:mieszkanie w mieście czy dom na wsi. Pochodzę z małego miasteczka. Obecnie mieszkam w wymarzonym, magicznym Krakowie. Uwielbiam to miasto aczkolwiek jestem już nim zmęczona. Łapie się na tym że wracam do rodzinnego domu i wychodzę o 8:00 na spacer z psami a tam cisza,ewentualnie jakaś babuleńka z zakupami czy mama z dzieckiem w wózku. Kocham tak spacerować i delektować się moim miasteczkiem. Kraków jest piękny, ale głośny i zabiegany. Nie ma chwili na zastanawianie 🙂
    Pokazałam Twój wpis swojemu mężowi. I już wybraliśmy 🙂
    P.S Też czekam na zobaczenie kina 😀

  16. Sari jeśli mogłabym spytać. Którą to strona Lublina. Chodzi mi głównie o szkołę którą mogłabyś polecić. Szukamy właśnie działki lub domu i nie ukrywam że to ważne dla nas kryterium. Będę wdzięczna za twoją odpowiedź.
    Ps. Okolica przepiękna!

    1. Okolice Niedrzwicy Dużej 🙂 Szkoła w Krężnicy Jarej jest świetna – sporo ogłoszeń w okolicy o sprzedaży domów i działek. Proszę napisz do mnie mejla -mogę podać Ci wiecej informacji 🙂

  17. Pięknie napisane 🙂 obecnie mamy rocznego synka, drugie w drodze i rozkopane fundamenty na wsi pod Puławami.. a jeszcze rok temu mieszkaliśmy w Lublinie i ani mi się śniła wieś..bo praca, bo inne życie. Nie wiem czy dobrze robimy, życie zweryfikuje, ale jeszcze jesteśmy młodzi i nam się chce 🙂 marzenia trzeba spełniać, choćby nie było łatwo 🙂 powodzenia 🙂

  18. Pięknie napisane 🙂 obecnie mamy rocznego synka, drugie w drodze i rozkopane fundamenty na wsi pod Puławami.. a jeszcze rok temu mieszkaliśmy w Lublinie i ani mi się śniła wieś..bo praca, bo inne życie. Nie wiem czy dobrze robimy, życie zweryfikuje, ale jeszcze jesteśmy młodzi i nam się chce 🙂 marzenia trzeba spełniać, choćby nie było łatwo 🙂 powodzenia 🙂

  19. Witaj! Bardzo ciekawy wpis. Zwłaszcza temat ciężaru spełnionego marzenia dał mi do myślenia.
    U nas wygląda to trochę inaczej.
    Mieszkałam w domu w małym miasteczku, w bloku w dużym mieście, w domu na wsi -wszystko służbowe. Główne marzenie było takie żeby mieć coś swojego. Wreszcie była możliwość żeby się spełniło. Przemyśleliśmy wszystko i wybraliśmy mieszkanie w bloku w średniej wielkości mieście. Ogólnie wszystko OK, nawet kredyt mamy tylko na meble i za rok będzie po sprawie. Ale mnie przytłacza to posiadanie. Wynajęte dawało możliwość zmiany, taką swobodę, a teraz jest jakoś tak ostatecznie. Tak bardzo marzyłam o swoim i gdy to mam, nie potrafię się cieszyć. Cały czas mam mało rzeczy, żeby szybko i łatwo się spakować, jakby mnie coś gnało cały czas do przodu, nie mogę się przywiązać.
    Nie wiem czy nie wyszło histerycznie, bo nie taki miałam zamiar, tylko staram się opisać moje odczucia.
    Może potrzeba czasu, albo inne przeżycia nakładają się na to i dlatego jestem taka rozbita.
    Cieszę się że Ty jednak odnalazłaś swoje miejsce i jesteście szczęśliwi.
    Życzę żeby 30 lat kredytowych minęło bardzo szybko, za to lata życiowe niech powoli napełniają Was radością i pięknymi wspomnieniami.

    1. Sylwio, wyobraź sobie, że naprawdę Cię rozumiem! „Wynajmowane” ma taką złą sławę, a ja wcale nie uważam, że to jest złe. Wbrew pozorom wynajmowane daje dużo wolności – zwalnia z martwienia się o nie, w każdej chwili możesz zmienić, jak coś się zepsuje – nie twoja sprawa, jak ci się wszystko pieprzenie finansowo to żaden bank cię nie ściga – ja to wynajmowane szczęście bardzo ceniłam. Co więcej – mama mojej teściowej co pół roku się przeprowadza – uwielbia to. Poznaje nowych ludzi, próbuje nowego życia, ma walizkę rzeczy i tyle jej w życiu wystarczy. Kiedy o tym usłyszłam, byłam zachwycona! To jest naprawdę wolność – nic cię nie hamuje, robisz co chcesz. Wiem o czym piszesz.
      Dziękuję Ci za dobre słowa i życzenia!
      Tobie też wszystkiego dobrego!

  20. Sara, jesteś super!!! Tak się wciągnęłam w ten tekst, że zdziwiłam się, że on się w ogóle skończył i było to jak wyrwanie z najmilszego snu 🙂

  21. Jak miło się czyta taki wpis….chociaż ja raczej nie doświadczyłam tego bólu spełnionego marzenia, raczej radość…a może wtedy zwyczajnie nie dorosłam do tego, aby myśleć do przodu i przewidywać i zapobiegać …
    Mieszkanie na wsi bardzo mnie cieszy i zauważyłam że spędzam w mieście tylko tyle czasu ile potrzebuję, tzn.praca, po drodze do domu zakupy i właśnie to do DOMU dodaje mi skrzydeł.
    Mój mąż widzi to inaczej.On często proponuje: może pojedziemy do miasta, na rynku tyle się dzieje, a dla mnie rynek jest tu i teraz. Rynkiem jest dla mnie jest mój ogród z ratuszem w postaci leżaka na środku trawnika. Na moim rynku słucham brzęczenia pszczół, które uwijają się pomiędzy drzewami, słyszę ptaka grzebiącego w korze w poszukiwaniu robali po wczorajszym deszczu … na moim rynku lubię patrzeć na pranie. Tak to śmieszne, ale naprawdę lubię patrzeć jak koszule na sznurku opowiadają sobie rożne historie …jedna się nadyma, druga cofa, inne wiszą równo i są bardzo poważne… po chwili trzeciej pęcznieją bicepsy i chwali się nimi przed czwartą ….Czuję że znalazłam swój raj. Tutaj jestem spokojniejsza, mniej spraw mnie stresuje i przeraża, tutaj odnajduję dystans do życia i pomysły na rozwiązanie problemów.

  22. ojej, mieliśmy tak samo, ten sam kocioł myśli, to samo poczucie ciężaru (no, akurat to nie zniknęło, ale tak jak piszesz innej opcji większość nie ma). Pamiętam jak przez pierwszy miesiąc wracałam ponad godzinę z dużego miasta wioząc autobusem córeczkę z przedszkola i zastanawiałam się co ja najlepszego zrobiłam? Wyobraź sobie, ja bez prawa jazdy, z małym dzieckiem, za miastem…Ale jak po 2 miesiącach poszła do przedszkola na miejscu wszystko się jakoś ułożyło, do pracy mam godzine autobusami (ale znajomi w mieście też niekiedy godzinę jadą na drugi koniec miasta z prac), prawko robię , a jak zrobię, to 20 minut i jestem w biurze (praca na obrzeżach miasta, na szczęście od mojej strony). Czas pokazał, że mimo pewnych niedogodności było warto. A i tesco zakupy online dojeżdża do nas:D

  23. kurcze… my od poltora roku mieszkamy „na swoim” (nie jest to dom tylko jego czesc) i choćbym nie wiem jak chciała to nie umiem powiedzieć, ze to moje miejsce na ziemi 🙁 to nie jest spełnione marzenie, bo ono bylo inne i pewnie to mnie tak doluje – ze tamto się już nigdy nie spelni, wlasnie przez te decyzje, ze jesteśmy tam gdzie jesteśmy… dobrze, ze mam wyobraznie i mogę chociaż myslec o takim idealnym „moim” miejscu…

  24. Ciekawie było przeczytać ten wpis ze względu na to, że dotychczasowe życie spędziłam na wsi i aktualnie przez 5 dni w tygodniu mieszkam w małym mieście :>
    Bardzo się cieszę, że w końcu polubiłaś to życie, aż sama zatęskniłam za spokojem wsi. Jak dobrze, że już jutro będę w domu.

  25. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi. Wyjeżdżając na studia zachłysnęłam się miastem. Kocham przyrodę, uwielbiam nasze rodzinne wycieczki na łono natury, ale mieszkać chcę w mieście. Tu mamy wszędzie blisko :). A na wieś zawsze mogę jechać do rodziców :).

  26. Ten wpis dodał mi skrzydeł. Praktycznie zdefiniowal stan ktory ciezko mi bylo opisac. Ciezar spelnionego marzenia… Przeprowadziliśmy się do swojego domu dwa lata temu z centrum Łodzi na wioskę pod Wrocławiem. Nie moglam się półtora roku ogarnąć że jestem tu w tym dużym domu sama z dwojka małych dzieci. Mąż ciągle w pracy. Dopiero latem br dotarło do.mnie że tu na wsi ludzie to też Ludzie:) że nie muszę już wyjeżdżać żeby odpocząć w ciszy. Ja ta ciszę mam u siebie. Wystarczy że wyjdę do ogrodu. Z ogromną radością wracam z każdej wyprawy do centrum wroclawia. Wracam do swojej ciszy.
    Fajnie było przeczytać że ktoś ma podobnie i coś podobnego przeżywał bo już myślałam że coś ze mną nie tak:p

  27. Cieszę się, że trafiłam na ten wpis. Chyba jestem w podobnej sytuacji, w której Ty byłaś chwilę temu. Mąż Brazylijczyk, zero zdolności kredytowej, budowa domu wymagająca zgody z MSWiA. Ale byliśmy tak zmęczeni miastem, że zamieniliśmy krakowskie wynajęte mieszkanie na podkrakowskie wynajęte mieszkanie. Od tego czasu minął prawie rok i generalnie cieszę się, że do tego doszło. Czasami nie możemy sobie znaleźć tutaj miejsca, narzekamy, że nie ma kina (bardzo mnie zainspirowałaś tym domowym kinem, czy można zobaczyć gdzieś zdjęcia jak to wygląda?), że nie mogę zjeść sushi itp, ale w ostatecznym rozrachunku jest łatwiej…finansowo, życiowo, z wychowaniem dziecka w spokoju. Ratuje nas bardzo to, że oboje pracujemy w domu oraz, że nieustannie podróżujemy dokądś. Zgodzę się z Tobą, że gdybym miała dojeżdżać stąd codziennie do miasta, prawdopodobnie nabawiłabym się nerwicy.
    Bardzo się cieszę, że udało się spełnić marzenie, ja wciąż czekam na nasze, żeby się spełniło 🙂

  28. Uciekłem z miasta jakieś dziesięć lat temu do starej kuźni po pradziadku Kazimierzu.Nasz dom jest jak barani kożuch, w który można się wtulić w najbardziej mroźną noc. Jest dość spory jak kożuch Perepeczki z „Janosika”, zatem włazimy do niego codziennie jak stęsknione koty całą rodziną, grzejemy się, „pijemy mleko” i tulimy do siebie.Przeprowadzka ze ścisłego centrum Lublina była najlepszą decyzją w moim życiu. Nie żałuję.Jestem wolny.Oddycham.Moja żona i dzieci czują TO jeszcze bardziej.Ale,ale…Mieszkanie na wsi nie jest dla leni a raczej dla tych , którzy lubią się sromotnie zmęczyć…..i fizycznie i intelektualnie. Gratuluję świetnej decyzji!!!Dzieci Wam to kiedyś wynagrodzą.

  29. Sara, nie będę oryginalna pisząc: wiem co czujesz!
    W sierpniu opuściłam Lublin, do ledwie wykończonego domu. Niedawno zrobiliśmy schody, ze względu na oszczędności sami. Jeszcze długa droga przed nami w kwestiach urządzania. U ciebie jest pięknie…. coraz piękniej..
    Marzyłam, że wejdziemy do urządzonego domu od A do Z, niestety nie starczyło nam kasy. Początki były ciężkie, źle czułam się w tym domu do tego stopnia że chciałam go sprzedać i wybudować inny na który w 100% starczyło by kasy.
    Udręka trwała chwilkę, teraz jest już db, i każda dokończona rzecz ogromnie cieszy.
    Dziś przejrzałam instagram_a i zobaczyłam twój kominek( który jeszcze niedawno był różowym potworem), i przepadłam…. jest idealny. Mój narazie świeci białym blaskiem 😉 czeka na lepsze czasy. Podpowiedz proszę czym ukrasiłaś swojego potwora…?

  30. Świetny tekst, jak zawsze! Mój mąż chce się przeprowadzić z dużego miasta na wieś, 80km od miasta. Nie mamy tam znajomych ani rodziny. Ale są to piękne tereny i dość dogodne połączenie autostradą z miastem. Oboje pracujemy z domu. Mąż chce mieszkać na wsi, daleko od sąsiadów, w środku lasu, chociaż nigdy takiego życia nie prowadził. Ja biorę jedynie pod uwagę zamieszkanie do 1km od małego miasteczka tam zlokalizowanego. Dla mnie – mentalnie – to i tak koniec świata. Czy Wy przeprowadziliście się w region, gdzie mieliście znajomych? Czy był to region, gdzie mieliście swoje korzenie/dalszą rodzinę/z którym byliście emocjonalnie wziązani? Czy tam gdzie mieszkacie mieszkają inni napływowi ludzie w Waszym wieku? Region, o którym myśli mój mąż, to nie są dalej oddalone przedmieścia większego miasta, tylko tereny wiejskie w innym województwie. Strasznie się boję tej decyzji.

  31. Cięzar spełnionego marzenia… Dokładnie to teraz czuję. Za 27 dni wchodzimy z ukochanym do nowego domu. Na wsi. Niedaleko miasta 8 minut dojazd. Niby wszystko przemyślane i ułożone, marzenie życia się spełni już za chwilę a mnie dopadł potworny strach. A może to zła decyzja… Na wszelki wypadek mieszkanie w bloku zostaje’, nie sprzedamy tylko wynajmiemy. No i kredytu nie trzeba brać. Dom nowiutki cały. Tylko podwórko to bajzel ale już się cieszę co z nim zrobimy 🙂 tylko ten ciężar na sercu i duszy i strach jak żyć. Pracować na razie nie będę ‚ tak zdecydowaliśmy, zajmę się domem i dzieciakami, spokojnie studia dokończę, odpocznę od dwóch etatów w mieście. Wszystko wygląda pięknie… A jednak… Ciężar spełnionego marzenia to jest to co teraz czuję… Ech…

  32. Czytam te wszystkie wpisy, czytam Pani Saro, pani bloga z wypiekami na twarzy i stoję właśnie przed dylematem wyprowadzki z dużego miasta na wieś położoną 400km od mojego domu rodzinnego… Mam cholerny mętlik w głowie, ciężar spełnionego marzenia powoli i mnie dopada. Nie wiem co mam robić… Jest tyle niewiadomych… Czy sobie poradzę, ja typowy 38-letni mieszczuch!!! Razem z mężem (i nasza już prawie 8-letnią córką) chcemy się wyprowadzić z miasta bo mamy dość tej ciągłej gonitwy, tym bardziej że mąż pochodzi ze wsi i w mieście nie czuje się najlepiej (i tak go podziwiam że wytrzymal tu 10 lat). Ja też chętnie zmienię swoje miejsce na ziemi, bo zaczynam się tu dusić, wszystko mnie wkurza, tłok, korki, ciągle hałasy i imprezy sąsiadów, ludzie w hipermarketach itp. Nasze marzenie o spokojnej i sielskiej wsi za chwilę ma się spełnić a ja boję się jak cholera… Tym bardziej że po wczorajszej rozmowie z mamą (tata nie żyje) i jej nowym partnerem, jestem podlamana na maxa. Stwierdzili oni bowiem, że wyprowadzamy się tak daleko że dla nich będzie to ogromny problem żeby do nas przyjechać, facet mojej mamy powiedział wprost:”tak daleko, to my odpadamy”… Czyli co, mam rozumieć że stracę z powodu odległości kontakt z własną matką i ewentualnie resztą rodziny??? Przecież to chore… Są pociągi, autobusy, samochody… Co robić? Jak to rozgryść, żeby wilk syty i owca cała… Tylko tak sobie myślę, dlaczego mamy się zawsze dostosowywać do innych, żeby innym było wygodnie??? Dlaczego rodzina nie chce zaakceptować faktu że chcemy mieć coś swojego, swoje miejsce na ziemi i spełnić marzenia…

  33. Dwa lata temu, po niesamowicie długich namowach żony (nie byłem przekonany co do mieszkania po za miastem) kupiliśmy dom 7 km od granic Warszawy. Wiadomo, początkowo wow, bo jaki duży metraż, a jaki piękny ogród… Schody zaczęły się tak szybko, jak opadły piękne emocje. Okazało się, że codzienne dojazdy, brak czasu, problemy ze szkołą dzieci (bo daleko i nie wygodnie) zaczęły sprawiać, że dom stał się po prostu ciężarem. Nie było mnie w domu w godzinach 7-19, o ile nie trzeba było jechać dodatkowo na zakupy lub odebrać dzieci z jakiś zajęć. Gdy przychodził weekend, pierwsze o czym myślałem wcale nie było koszenie trawnika ani naprawianie płotu. Ten styl życia bardzo szybko znudził się nie tylko mnie, ale na całe szczęście także mojej żonie. Po 1,5 roku sprzedaliśmy dom i wróciliśmy do Warszawy – kupiliśmy mieszkanie na rynku pierwotnym, blisko 80 metrów kwadratowych + podwójny garaż, a do mieszkania przynależy 40 metrów ogródka. Dlatego dla wahających się – wracajcie do miasta

  34. Oddałbym bardzo wiele aby mieszkać na wsi. Zasadniczo nie chodzi o to, że nie przepadam za ludźmi ale może po prostu szanuję swoją przestrzeń… ciężko to wytłumaczyć, jednak blok, miasto, to mocno męczy. Wszystko jest dla ludzi i ilu ludzi tyle gustów, charakterów, ja jednak dałbym wszystko aby wynieść się w końcu z miasta, przeprowadzić na dobre. Fundusze jednak długo na to jeszcze nie pozwolą…

  35. pierwszy raz trafiłam na Twój tekst bardzo mi się spodobał Twój styl i spokój płynący z tego tekstu. Ja właśnie obmyślam logistycznie przeprowadzkę. Dom już jest a problemów mnóstwo nim zdążyłam się przeprowadzić. Wyprowadziłam się z miasta już kilka lat temu najpierw do rodziców później do teściów – tu myślałam że już osiądę na dobre, niestety jak to w życiu bywa po pięciu latach powiedziałam dość, muszę się wyprowadzić żeby nie zwariować. Pomimo masy przeróżnych kłopotów kiedy tylko przekręcam klucz w moim zamku robi mi się cieplej na sercu. Mam nadzieję że po przeprowadzce też tak będzie. Odkąd pamiętam już w podstawówce mówiłam że na pewno na wsi mieszkać nie będę. 10 lat w mieście bardzo mi odpowiadało, dopiero pojawienie się na świecie dzieci uzmysłowiło mi że chce zwolnić, mieć własne podwórko i chyba chcę dla dzieci takiego dzieciństwa jak sama miałam

  36. ja jestem na etapie budowy domu na wsi i im bliżej końca tym jestem pełna obaw. Na początku wszystko mnie cieszyło każdy etap był pełen emocji fundamenty, mury, strop strasznie mnie to cieszyło ale im bliżej końca tym więcej wątpliwości, zastanawiam się kto wpadł na ten pomysł aby mieszkać na wsi przecież ja nigdy nie chciałam, teraz mam wszędzie blisko, dzieci do szkoły, sklepy, kino, zajęcia dodatkowe, praca wszystko na wyciągnięcie ręki, więc zastanawiam się po co ja to do cholery zmieniam na życie z dala od miasta od sklepów od ludzi przecież ja to lubię. Już mnie nie cieszą wizyty na budowie planowanie aranżacja pomieszczeń. Co ja mam robić , wycofać się już za późno.Co prawda dojazd do miasta nie zajmie mi więcej niż 10 minut ale jednak to nie miasto.

  37. Pochodzę z małego miasteczka 50 km od Krakowa. Już 10 lat mieszkam w Krakowie. Ciągnie mnie do siebie, do domu… Co roku obiecuję sobie, że to ostatni rok w mieście… Ciągle odkładam decyzję… Za rok w sierpniu mam ślub, może to mnie zmobilizuje i się odważę.. Kocham wieś, małe miejscowości, specyficzną ciszę, przyrodę, magię w powietrzu… Serce podpowiada jednoznacznie… Tylko praca mnie trzyma w Krakowie a serce płaczę kiedy muszę wrócić do niego po weekendzie… Czuję się rozdarta..

  38. Wspaniale napisalas, my z mężem właśnie jesteśmy na etapie podejmowania decyzji miejs e i dom namierzone.Nam niestety pisane sa codzienne dojazdy po w0km w jedna stronę. Dzieciaki będą chodzic do wiejskiej szkoły. Od zawsze chcieliśmy sie wyprowadzić z miasta.Zobaczymy…

  39. Cudowny wpis 🙂 I mimo, że nie stałam przed dylematem miasto/ wieś, bo dom na przedmieściach, ale stary, tak jak zawsze marzyłam <3 I nic, że pewnie taniej byłoby nowy postawić, ważne jest podążać za marzeniami i słuchać swojego wewnętrznego głosu.

  40. Przeczytałam Twoj post i się wzruszyłam.Od zawsze marzę o wsi.mam nawet domeczek na wsi po tacie.700km od rodzinnej Gdyni.Boję się,że będę teskniła za morzem i rodziną,którą bym tu zostawiła.Ciągnie mnie na lubelszczyzne..

  41. Pięknie napisane 🙂 I jakże trafne refleksje .
    ” Ciężar spełnionego marzenia „… doskonałe!
    Ten ciężar wlasnie mnie przytłacza , chociaż mija moj rok po przeprowadzce za miasto i wcale niedaleko .
    Bardzo tęsknie za moim Gdanskiem, za ludźmi na ulicach , za sklepem za rogiem, rowerowymi przejażdżkami nad morze i na starówkę 🙁
    Bardzo dziękuje za ten piękny wpis:-)
    Kominka jeszcze nie mamy , może to ratunek?

  42. Och ja z mężem znalazłam idealny piękny domek na polanie, na szczycie góry i o rany akurat do sprzedania – nasze marzenie! Wahalsmy się kilka tygodni, bo mam wrodzoną niechęć do wszelkich zmian, czułam się do tej pory bardzo bezpiecznie w naszym mieszkanku. A tu niby spełnienie snów, ale trzeba by wyjść poza tę strefę komfortu. Niemniej jednak szybko się przekonałam że dla tego miejsca i domu zrobię wszystko. Niestety spóźniliśmy się o tydzień, a poszczęściło się komuś innemu. Gorzki smak porażki i zawodu towarzyszy mi do dziś, a minęło już pół roku. Pomimo przekonywania samych siebie, że tak miało być i widocznie wymarzone miejsce czeka na nas gdzie indziej dalej tęsknię do tamtego domu. Inne oferty nieruchomości nie są dla mnie kuszące, bo nie są tamtym pięknym domem w lesie. Czas ucieka, a ja dalej szukam domku z bajki….

    1. Kurcze wiesz, ja wiem, że to głupio brzmi, ale zawsze w takich sytuacjach mówię sobie, że tak się dzieje, bo stanie się coś lepszego. Już tyle razy w życiu się przekonałam, że tak to działa. Bardzo często mówię to mojemu mężowi.
      Po prostu gdzieś tam czeka Wasze miejsce na ziemi <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.