TRAGIFARSA ZWANA PRZEPROWADZKĄ, CZYLI CO NOWEGO W NASZYM DOMU!

Pierwszego października minęły dwa lata od naszej przeprowadzki na wieś.
Piszę do Was te słowa, siedząc na mojej wymarzonej zielonej kanapie. Co moment zerkam z troską z żółty fotel, a kiedy brakuje mi słowa, patrzę na brzozy za oknem.
Odkopuję w pamięci te sromotne chwile sprzed dwóch lat, kiedy zamiast cieszyć się nowym domem, nieustannie płakałam, powtarzając sobie, że popełniliśmy straszny błąd.
A początki były okropne. Najbardziej chyba bolała mnie świadomość zobowiązań finansowych, na jakie się skazaliśmy, biorąc kredyt hipoteczny. Miałam jakieś czarne wizje, że wszystko nam się zawali na głowę, bank zabierze nam dom, nie wyrobimy na raty.
Nadal uważam, że to nie jest normalne, żeby żyć na kredyt, ale cóż – na kupno, czy budowę domu za gotówkę niewielu może sobie pozwolić.
„Wszyscy mają kredyt” – tak mówili mi znajomi i pomagało mi to. Gdybym była jedyną na świecie osobą z kredytem, to prawdopodobnie bym oszalała.
Teraz sama mówię to mojemu bratu, który rozpoczął budowę, a nocą budzi go szept milionów kredytowych monet.
W moim top dziesięć przyziemnych marzeń nieustannie jest „wygrać milion i spłacić dom”. Gdyby tak się stało, nie miałabym w życiu już żadnych poważniejszych problemów, a wiadomo, że bezproblemowe życie nie istnieje, więc niech już tak będzie.

Dwa lata temu, kiedy wszystko waliło nam się na głowę i chciałam wystrzelić się w kosmos, moja sąsiadka mówiła mi „ja wiem, że teraz jest ciężko, ale potem to się wszystko świetnie wspomina”. No i cóż. Miała rację. Obecnie zabawiam gości przezabawnymi historiami o tym, jak to się wszystko zaczęło. Pękają ze śmiechu.
Na ten przykład historia z gównem tle.
Mieszkaliśmy niecały tydzień, kiedy mojemu mężowi przyszło wyjechać. Zostałam sama na tych wątpliwych włościach, co już było wystarczająco przerażające, ale był to zaledwie początek. Otóż woda z kranu, mówiąc delikatnie, nie pachniała, a mówiąc dobitnie – zajeżdżała kałem. Wychodziłam spod prysznica w obłoku fekaliów i miałam ochotę natychmiast się umyć.
Próbkę wody zawiozłam do sanepidu, po kilku dniach usłyszałam wyrok: „bakteria e-coli” w takim stężeniu, że woda nadaje się co najwyżej, do wyszorowania sobie tyłka, bo i tak nie zrobi to dużej różnicy. To nic, że parę dni wcześniej ugotowałam na niej pomidoróweczkę i wpieprzaliśmy ją ze smakiem, przecież w Gangesie jest jakaś milion razy bardziej zasyfiona i wszyscy żyją – pocieszałam się.
Ale to jeszcze nie koniec. Albowiem życie ścieliło właśnie mój żywot gównem. Bo tak.
Nie wdając się w szczegóły, bo nie jestem wszak Markizem De Sade, okazało się, że dom i szambo nie są ze sobą połączone sakramentalną rurą. Resztę sobie dopowiedzcie.
Pamiętam, że zadzwoniłam wtedy do mamy i tak strasznie płakałam, że mojego łzawego bełkotu umiała tylko wyłuskać słowo „gówno” odmieniane przez wszystkie przypadki.
Mama uspokajała mnie, jak tylko mogła. W końcu się opanowałam. Zaczęłam dostrzegać światełko w gównianym tunelu i poszłam spać. Rano wstałam, jak zwykle udałam się do kuchni, bo ekspres i kawa były onegdaj jedynymi jasnymi punktami w moim życiu. Na stole stał koszyk z chlebem. Sięgnęłam po bułkę, w koszyku coś się poruszyło i zaszeleściło. Przestraszona zabrałam dłoń, pewna, że już całkiem oszalałam. Znowu szelest i cisza. Przyglądałam się koszykowi. Wydawał się falować jak we śnie. Zamrugałam powiekami. Ponownie wbiłam w niego wzrok. Nic. Odetchnęłam z ulgą i wtedy! Koszyk eksplodował hałasem, wyskoczyła z niego spanikowana mysz i błyskawicznie zniknęła pod szafką.
Osunęłam się na podłogę. W kranie mam gówno. W szambie nie mam gówna, choć powinnam. W kuchni mam myszy. Co ja najlepszego zrobiłam?!!
– Wzięłaś na to kurewsko wielki kredyt – odpowiedziało mi życie, wybuchając histerycznym śmiechem.

Gdybym wtedy mogła zajrzeć w przyszłość, zobaczyć siebie spokojną na tej kanapie…
Wiedziałabym, że muszę otrzeć łzy, zakasać rękawy, bo będzie warto.
Dziś nie wyobrażam sobie już innego scenariusza.
Życie zwolniło. Dzieci chodzą do wiejskiej, kameralnej szkoły. Nie wiem, czym są poranne korki, mam jajka od sąsiadki i jestem spokojniejsza, niż kiedykolwiek byłam. Nie twierdzę jednak, że u każdego tak będzie.
Jak już wielokrotnie pisałam, wszystko zależy od trybu życia, jaki prowadzicie i jaki lubicie.
Gdybym musiała codziennie rano jechać do pracy, po drodze odstawiać dzieci do różnych szkół, potem stać w korkach, żeby je odebrać, wracać do domu prosto do łóżka, to pewnie wybrałabym mieszkanie w mieście, najlepiej blisko miejsca pracy.
Ja po prostu nie uznaję życia w pędzie. Jak wody i powietrza potrzebuję spokoju. Od zawsze.
A teraz nadszedł taki przemiły moment tej całej tragifarsy zwanej „przeprowadzką”.
To urządzanie domu. Pisałam o tym w TEJ NOTCE. Powoli, w przemyślany sposób, stopniowo. Kiedy każda nowa rzecz pojawiająca się w domu tak bardzo cieszy, że pisząc ten tekst, z czułością zerkam na żółty fotel i pieszczotliwie głaszczę kanapę.
Ostatnio pisałam też o spacerach, do których tęsknię nawet na wakacjach. Nie sądziłam, że bliskość przyrody będzie miała tak zbawienny wpływ na moje zdrowie psychiczne.

Co nowego?
Oczywiście sofa, która jest u nas dosłownie tydzień. Dokładnie taka, jaka nam się marzyła i już wiem, że przez lata będzie to mój ukochany mebel.
Zamówiliśmy ją w Puffo w Lublinie i jeśli szukacie pięknych mebli, to naprawdę warto odwiedzić to miejsce.
Nowy jest też plakat, wybrany nieprzypadkowo, bo przedstawia góry i jezioro. Góry dla mnie, woda dla męża.
Hitem jest tapeta, którą położyliśmy dopiero w sobotę i mam taką refleksję już po. Jeśli macie jakieś wątpliwości dotyczące związku, tego, czy się odpowiednio dobraliście, to są dwa proste testy, żeby to sprawdzić – po pierwsze wspólne zakupy w Ikei. A jeśli wyjdziecie stamtąd nadal jako para, to połóżcie wspólnie tapetę. Jeśli pomyślnie przeszliście oba testy, to już nic Was nie złamie!
Ale najfajniejsza historia dotyczy koca. Otóż dostałam przemiłą wiadomość od stałej czytelniczki, która takie koce plecie sama. Pytała, czy mogłaby mi taki sprezentować, bo z tego, co widzi, bardzo będzie pasował do naszego salonu.
Jak już kiedyś Wam wspominałam, są wiadomości, które trafiają do spamu, są i takie, które trafiają prosto do serca. I wiadomość od Ani trafiła do mojego serducha.
A kiedy dowiedziałam się, że dziewczyna rzuciła dobrą pracę w korporacji, bo dotarło do niej, że taki tryb życia ją wykończy i postanowiła w ciszy i spokoju pleść koce pod nazwą woolbyAnn, to już całkiem wymiękłam.
Mnie samej pewnie zabrakłoby odwagi na taki krok. Zajrzycie do Ani koniecznie. A jeśli coś wpadnie Wam w oko, to z kodem „FERREIRA”, dostaniecie 15% zniżki.

Co dalej?
Zamówiliśmy przepiękny stół (też w Puffo). Jak tylko przyjedzie, to obiecuję zaktualizować wpis. Nad stołem zawiśnie industrialna wielka lampa. W najbliższym czasie zainstalujemy też punkty świetlne i w końcu znikną te wstrętne kable, wystające z sufitu.
Wtedy salon będzie można uznać za skończony. Na co ja będę wtedy czekać?
Szukam też dużego lustra do przedpokoju. W głowie mam wielkie, okrągłe w złotej ciężkiej oprawie, ale jak to u mnie bywa – wszystko może się jeszcze zmienić.
Najbardziej jednak jestem podekscytowana wizją zrobienia szaf wnękowych z drzwi ażurowych.
Będziemy robić je z mężem sami, a inspiracji dostarczyła nam Asia Glogaza. Sami zobaczcie, jak proste, tanie fronty mogą niesamowicie wyglądać.

O co nieustannie pytacie?
Codziennie od dwóch lat dostaję pytania o schody i poręcz. Wszystkich pytających odsyłam do TEGO WPISU.
Po dwóch latach użytkowania mogę powiedzieć, że zarówno schody, jak i barierka sprawują się świetnie.
Pytacie również o białe płytki, które mam w przedpokoju i w kuchni. Są to płytki formy VIVES, nazywają się Octogono Alaska. Z tego, co widzę, jest ich w internecie mnóstwo i potrafią się drastycznie różnić ceną, więc warto poszukać tańszych. Pamiętajcie jednak, że są dwie opcje – płytki rektyfikowane, czyli takie, które idealnie do siebie pasują i nie wymagają zastosowania fugi i zwyczajne – z fugami. Te zwyczajne są oczywiście tańsze. I w ogóle przy wyborze płytek ta wiedza, czy są rektyfikowane, czy nie, bardzo się przydaje. Na przykład wtedy, gdy chcecie płytki stylizowane na marmur, a fuga psuje cały efekt. Co ciekawe, kiedy ja pytałam o nie w sklepach budowlanych, często pracownicy nie mieli pojęcia, o czym mówię. Raz nawet pan szukał dla mnie płytek „ratyfikowanych”.

Z kolei „drewniana podłoga”, którą widzicie na zdjęciach to… panel winylowy.
Co to takiego? Jak sama nazwa mówi, to panele wykonane z winylu, czyli bardzo trwałego tworzywa. Doskonale imitują drewno, a przy tym są niezniszczalne. Stosuje się je w obiektach przemysłowych, a nawet na basenach ze względu na wododporność. Nie bez powodu mają chyba 30 lat gwarancji. I faktycznie – sprawują się świetnie. Goście mogą chodzić w szpilkach, dzieci mogą rozlewać na nie wodę, a nawet farbę, rysy schodzą po pierwszym myciu.
O panelach winylowych powiedzieli mi rodzice, którzy szukali podłóg nie do zdarcia do obiektu weselnego, którego są właścicielami.
Myślicie pewnie, czy nie marzył nam się drewniany parkiet. No jasne, że tak! Od początku byłam pewna, że nic tylko drewno. Okazało się jednak, że potrzebujemy niemal 200m2… Więc cóż, kilkadziesiąt tysięcy za samą podłogę. Było to poza naszym zasięgiem.
Powiem Wam, że z perspektywy czasu cieszę się, że nie było nas na to stać. Jednak drewniana podłoga, choć piękna i niewątpliwie klimatyczna, wymaga więcej pracy. Dbanie o nią to jedno, ale ja po prostu wiem, że wykończyłabym się nerwowo, widząc, jak dzieci szurają po niej krzesłami, psy z pazurami, a goście butami.
Nasi znajomi mają piękny drewniany parkiet, kiedyś podczas sylwestra spadły na niego zimne ognie, wypalając dziury. Widziałam, że gospodyni wzięła głęboki oddech i wyszła, ja dostałam małego zawału.
To podobnie jak wtedy, kiedy byliśmy wakacjach, a dzieci znajomych postanowiły sobie porysować. Na samochodach. Kapslami. Kiedy zobaczyłam te bohomazy na lśniącej karoserii, zrobiło mi się słabo. Znajomi przyjęli to ze spokojem – w końcu po to kupili zwykły rodzinny samochód, żeby takie rzeczy nie wpędziły ich do grobu.
Spojrzałam na męża, który był sino-blady. – To mógł być nasz samochód – wyszeptał drżącym głosem, przełykając ślinę. Bo my akurat mieliśmy nowiutkie, białe Subaru, w którym nawet ilość oddechów i wykonywanych gestów była ściśle ustalona.
Bo to już tak jest – jak masz coś porządnego za ogromne pieniądze, to najmniejsza na tym ryska boli.
I przy urządzaniu domu warto mieć to na uwadze. Zwłaszcza jeśli ma się małe dzieci albo nieustannie gości, albo – jak w naszym przypadku – jedno i drugie.

To by było na tyle. Zawsze wydaje mi się, że nie będę miała o czym pisać, tymczasem wpisy wnętrzarskie są najdłuższe.



sofa – Puffo
żółty fotel, czarna lampa, parasolnik w roli gazetownika, komoda – Drewniana Kamienica
ława i wazon – kiermasz staroci Emaus
żółty koc – woolbyAnn





You may also like

34 komentarze

  1. Pięknie napisane i pięknie wykonane. Ty nawet pisząc o gównie zrobisz to w taki sposób, że dech zapiera. Ja nadal czekam na książkę Twojego autorstwa. A co do tematu wpisu, podpowiesz z jakiej firmy są Wasze panele? No i jak cenowo wychodzi taka imprezka.

    1. Bardzo dziękuję, miło to czytać <3
      Nie pamiętam jaka firma, panele są z Komfortu i to nie jakaś wyższa półka cenowa, bo kosztowały ok 70-80zł za metr. ale sa też dużo tańsze i takie za kilkaset złotych. Warto mieć na uwadze, czy kładzie się je na podkład, bo wtedy jeszcze podkład kosztuje, ale nie pamiętam ile. I polecam kłaść je prosto na wylewkę - tak jest u nas i faktycznie podłoga nie wydaje najmniejszego dźwięku, można się zakrać za czyjeś plecy nieźle nastraszyć 😉
      Ale warunek jest taki, że wylewka musi być idealnie prosto rozprowadzona, bez najmniejszej niedoskonałości, bo ten panel ma to do siebie, że dostosowuje się do kształtu i naprawdę jeśli będzie najmniejszy włosek, albo okruszek, to będzie widać.

  2. Wiem, że miała być makarama ale plakat lepszy! Fajniej mi gra w tym salonie:) kanapa piękna! Podziwiam wyczucie stylu, gustu itd.
    Pozdrawiam, krajanka 😀

  3. Saro, czytam Cię już lata, żaden Twój post nie był kiepski, uwielbiam Twoje pióro. A ten wpis przyszedł w momencie, kiedy mam wrażenie, że wszystko mnie przytłoczyło i jakoś tak mi lepiej 😉 dziękuję!

    1. O matko, serio? Taki tekst o urządzaniu domu? To miło mi bardzo!
      Wiem, jak to jest, kiedy wszytko człowieka przytłacza, wierz mi. Przytulam Cię wirtualnie!

  4. Jutro montuja mi barierki wzorowane na Twoich tylko ciensze i gesciej rurki bo obawialam sie o nasze najmlodsze dziecko ktore zaczyna raczkowac. 🙂 tak wiec dziekuje za inspiracje. Meble do sypialni stoja mi przed drzwiami bo meza nie ma nie mam jak wniesc. Wreszcie wywale pudla chociaz do skonczenia tego domu daleka droga. Ale moze kiedys siade na tarasie z kawa i znajde czas na spacer bo poki co to ciezko.
    Piekne wnetrze. Koc cudny ale nie w moim zasiegu cenowym:( poki co;)

      1. Serio marzysz o drewnianym? Kurczaki ja sie boje ze to trzeba co roku szlifowac i malowac. Chyba jednak pomarze o plytach betonowych imitujacych drewno 😉 pragmatyzm zwycieza prawie zawsze. Chociaz mam parkiet w calym domu. Mezowi sie marzyl.to ma ale kazdy odglos upadajacej zabawki boli a drugie dziecko dopiero ma 8mcy 🙁 wiec juz sobie wspolczuje

  5. Zaglądam często, jestem zauroczona Waszymi przygodami i Twoimi opisami. Macie piękny dom z wieloma fantastycznymi pomysłami. Czy możesz zdradzić tu lub na maila firmę paneli winylowych? Za jakiś czas czeka mnie przeprowadzka i przyglądam się temu rozwiązaniu, po tym jak moje psy zdegradowały nieco deski dębowe, a widząc gości w szpilkach mam siekierki w oczach. Nie pamiętam już czy układaliście sami i czy są przyklejone czy pływające. Będę wdzięczna za informacje.

    1. Moniko kupiliśmy je w Komforcie, za cholerę nie przypomnę sobie firmy. A jak przypomnę, to dam znać. W każdym razie nie była to jakaś górna półka, bo kosztowały ok 70-80 zl za metr. Nie są pływające – były przyklejane, kładliśmy je na wylewkę, ale warunek jest taki, że nie może być na wylewce okruszka i musi być idealnie prosta, inaczej nie ma to sensu. Nie kładliśmy sami absolutnie, mieliśmy ekipę wtedy wykończeniową.

      1. Bardzo dziękuję, Na pewno przyjrzę się bliżej, a cena mnie zaskoczyła b.pozytywnie. Jeszcze pytanie, czy jak się chodzi na boso to nie ma efektu (nie wiem jak to nazwać) mlaskania, przyklejania i gumoleum ;)?

        1. Kurde, ale Wy pytania zadajcie 😀 Chyba nie ma, nie zauważyłam, żeby jakoś inaczej hałasowała podłoga. Większośc ludzi jest przekonana, że to drewno.

  6. Twój salon jest przepiękny 🙂 Ja zawsze marzyłam o domu na wsi, ale ze względu na pracę męża na pewno zostaniemy w mieście… Nie chciałabym, żeby widywał dzieci tylko w weekendy. Postawiłam jednak warunek, że nowe mieszkanie musi być w zielonej okolicy i mieć wieeelki taras. Jak z nieba spadnie nam deszcz złotych monet to na pewno uda się takie znaleźć 😉

    1. Mieszkanie w fajnym miejscu potrafi mieć więcej zalet niż dom. Ja mieszkałam w samym centrum Lublina, ale w cichym, zielonym miejscu i uwielbiałam to. Wydaje mi się, że większym wyrzeczeniem jest przeprowadzka na wieś dla kogoś, kto tego nie chce, niż odwrotnie.
      Życzę Wam deszczu monet zatem 😉

  7. My zrobiliśmy wymarzoną drewnianą, olejowaną podłogę. W zeszłym tygodniu minęły dwa lata odkąd się wprowadziliśmy i podłoga jest do renowacji. Plamy, rysy, wgniecenia. Już nie omdlewam przy każdej mini-katastrofie, bo w sumie nie robi to większej różnicy. Ale miło się ją kizia bosą stopą i kurczowo trzymam się tej myśli, żeby nie zwariować;)

    1. O matko, współczuję 🙁 My mamy dębowe schody i też mi słabo, kiedy widzę na nich rysy. Podobnie jest z drewianym blatem singera, chociaż z drugiej strony przyszło mi ostatnio do głowy, że tyle rzeczy stylizuje się na stare i używane, że będę udawać, że tak ma być 🙂

  8. Saro, próbowałam na głos przeczytać mężowi Twój wpis, ale nie mogłam się opanować ze śmiechu. Jak już mi się to trochę udało ( to opanowanie) to z kolei mąż miał poprawę humoru. Wcale się nie dziwię Twoim znajomym że się śmieją, jak opowiadasz te historie. 😀
    Co do urządzania domu- wszystko przede mną. I przyznam, że sporo rzeczy mi się u Was w domu podoba- raz że drewno ( wyspa w kuchni <3) kolory ( czarna ściana <3 i te wzorzyste płytki- bomba) i to że wszystko jest tak wyważone i "dosmakowane". Singer to prawie mój must have ( dobrze że jest i na strychu stoi, czeka). Z przyjemnością do Ciebie zaglądam zobaczyć co nowego.

    1. Haha, moja przyjaciółka też mi czytała na głos, ale nie mogła opanować się ze śmiechu 😀
      Dziękuję za miłe słowa!

    1. My mamy studnię, a nie wodociąg i to się zdarza, zwłaszcza jeśli studnia długo stoi nieużywana. Są na to sposoby – zazwyczaj chlorowanie wody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.