ZWYCZAJNE DZIEWCZYNY. WIELKA TAJEMNICA.

Czasów szkolnych nie wspominam z rozrzewnieniem. Mam w głowie raczej pojedyncze obrazy, kiedy wydarzyło się coś zabawnego, fajnego, miłego, do czego przyjemnie się wraca. Pamiętam za to doskonale stres i przejmujące uczucie, że ciągle ktoś chce mnie na czymś złapać. Na nieprzygotowaniu, na niewiedzy, na braku obuwia zastępczego. Już z pierwszych zebrań moi rodzice wracali z wiedzą o mnie, skondensowaną do słowa „krnąbrna”. Następnie szybko trafiłam do najliczniejszej szkolnej kasty uczniów „zdolnych, ale leniwych”. Wszak któż z nas nie jest zdolny, ale leniwy? Nauka była dla mnie frajdą w dwóch skrajnych momentach edukacji – na studiach oraz w przedszkolu i na etapie edukacji wczesnoszkolnej.
Paradoksalnie coś je łączyło – poczucie wolności. Przedszkole, które oczywiście pamiętam jak przez mgłę i raczej w formie uczuć niż konkretnych obrazów, jednak gdybym miała określić ten czas jednym słowem to „błogo”. Sala, w której jeszcze ciągle były zabawki, ale nieśmiało polecały się nam już pierwsze książki. Czułe panie przedszkolanki. Zresztą do dziś uważam, że samo słowo „przedszkolanka” nosi w sobie jakiś ukojenie.
Na studiach zaś wolność była już czymś innym, ale równie błogim – nie chcesz, to się nie ucz. Ten brak imperatywu działał na mnie motywująco.
O nauczycielach zwykłam myśleć niepochlebnie – dręczycie, ot co.
Ale życie jest przewrotne i lubi płatać figle. Tak oto pewnego dnia przyszło mi stanąć po drugiej stronie barykady, tym razem w roli nauczycielki polskiego w ramach semestralnych praktyk.
Wracałam do domu zmęczona, ze stosem klasówek i choćbym była samym aniołem wcielonym, musiałam postawić kosę tam, gdzie mimo najszczerszych chęci nie dało uścibolić się marnego pół punktu, czy choćby widma jakiejkolwiek wiedzy.
W końcu dane mi było poznać na własnej skórze, czym charakteryzują się zarówno uczeń krnąbrny, jak i „zdolny, ale leniwy”. A moja przyjaciółka do dziś pęka ze śmiechu na wspomnienie, kiedy dziarski trzecioklasista podnosi rękę i pyta „proszę panią, a czemu się mówi „łżeć jak pies”, a ja, złapana w pułapkę niewiedzy, wypalam „bo pewnie jakby mówił, toby kłamał”.
Gdzieś tam w środku zaczęła we mnie nieśmiało kiełkować empatia wobec nauczycieli.
Następnie nauczycielkami zostawały moje przyjaciółki i okazywało się, że nielekki jest ten los belfra.
Ostateczna zaś refleksja przyszła do mnie, kiedy posłałam do przedszkola własne dzieci. Któregoś dnia mnie to uderzyło. Jakie one wracają z przedszkola czyste?! Jak to jest możliwe? W domu cała trójka ubabrana od stóp do głów z tygodniowym jadłospisem na głowie, twarzy i ubraniu, a tu dziecko posłane w białej bluzeczce oznajmia, że na obiad były buraczki. Gdzie są te buraczki, ja się pytam?! Przecież ich miejsce jest na białej bluzce! Gdyby w domu były te buraki, to musiałbym je usuwać z sufitu.
Drobiazg, ale dał mi do myślenia. Że po prostu – ile pracy trzeba włożyć, żeby zapanować nad grupą dzieci. Ile serca, żeby czuły się w obcym miejscu dobrze? Ile cierpliwości, skoro własne nieraz sprowadzają człowieka na samo dno wytrzymałości?
I nie ma, że gorszy dzień, zły nastrój, brak energii, troszkę w pracy odpuszczę. Wytłumacz do dwudziestu parom wlepionych w ciebie oczu.
Dlatego, teraz kiedy mam do czynienia z belfrem z powołania, to szanuję go ponad wszystko.
I wiedziałam, że w tym cyklu „Zwyczajne Dziewczyny” będzie musiała pojawić się nauczycielka.

Uwielbiam dzieci.
Jest gorące wiosenne popołudnie. Maj eksplodował niemożliwymi temperaturami i kolorami. Niemal parno. Powoli schodzą się goście, zaproszeni na wiosenny piknik. Pod dom co moment przyjeżdżają kolejne samochody, z których licznie wysypują się dzieci i pędem ruszają do ogrodu. Ogrodowe zabawki oblężone – do ślizgawki zdyscyplinowana kolejka, huśtawki w ruchu, w piaskownicy pustynna burza, drzewa uginają się pod ciężarem młodych liści i dzieci.
Gospodyni uwija się jak może. Tu przynosi krzesła, tam jeszcze dekoracja, wydaje instrukcje gdzie leży drewno na ognisko, ostrożnie z kijami na kiełbaski! Co chwilę jest w innym miejscu. W międzyczasie odpowiada na setki niedorzecznych pytań dzieci i pokazuje, gdzie mogą skorzystać z toalety. Woda chyba już się zagotowała – przypomina sobie nagle i pędzi do kuchni. Faktycznie, czajnik ryczy wniebogłosy. Będzie herbatka dla dzieci. Bardzo słaba, słodzona miodem – żeby było zdrowiej, przecież tyle już tego cukru jest wszędzie. W napojach, przekąskach. To takie niezdrowe dla dzieci. Gorącą herbatkę gospodyni schłodzi przegotowaną letnią wodą – tu niestety woda z kranu jest zażelaziona, niesmaczna, zepsułaby tylko tę herbatkę. Miód gęstą złotą falą wpada do garnka w objęcia herbaty, chwilę wirują w uścisku i już gospodyni może spróbować, czy napój jest wystarczająco pyszny, żeby docenili go najmłodsi. Pycha!
Ogromny garnek z napojem wędruje do ogrodu. Niesamowite, ale dzieci rzucają się na niego, piją z zapałem i proszą o kolejne dolewki. Gospodyni dogląda, czy niczego nie brakuje na stołach, zabawia gości rozmową, kątem oka zerka na bawiące się dzieci. Czeka, aż wszyscy się najedzą, wyszaleją na placu zabaw, porozmawiają. W końcu następuje gwóźdź programu. Zabawy rodziców z dziećmi starannie zaplanowane przez gospodynię. Jest kupa śmiechu, straszny wrzask, co chwilę ktoś robi zdjęcia. Dzieci są zachwycone. Rodzice zachowują się niedorzecznie – turlają się po trawie, skaczą, robią fikołki. Powoli dzień kurczy się do zmierzchu. Goście niechętnie się żegnają. Jutro rano trzeba przecież iść do przedszkola.
Gospodyni serdecznie wszystkich żegna, pytając, czy dobrze się bawili.
Widzimy się jutro w sali! – uspokaja tych niechętnie opuszczających jej ogród.

Bo gospodynią pikniku jest Pani Marysia, wychowawczyni w przedszkolu i właśnie dziś gościła u siebie w ogrodzie swoich podopiecznych.
***
Szkolne przedstawienie. Ale nie takie zwyczajne. Jest wieczór, szkoła już opustoszała i tylko w kilku salach świeci się jeszcze światło. Aktorzy są zestresowani. Dla większości to sceniczny debiut a publiczność będzie bez wątpienia wymagająca. Rozlegają się głośne westchnięcia i gorączkowe powtarzanie ról. W końcu aktorzy już w przebraniach tłoczą się w korytarzu i przez szparę w drzwiach podglądają, czy szanowna publiczność już ulokowała się wygodnie na miejscach.
Rozlega się muzyka. To dla aktorów-amatorów znak, że mogą wbiec na scenę. Rozpoczął się spektakl.
Jak to w szkolnych przedstawieniach bywa, nie brakuje drobnych wpadek, zwrotów akcji, lekko nerwowych spojrzeń w obliczu zapomnianej kwestii i niedyskretnych podpowiedzi współwystępujących. Chyba jest dobrze, bo publiczność co chwilę wybucha śmiechem, zdarzają się nawet gwałtowne samotne oklaski. Piosenka końcowa. Aktorzy chwytają się za ręce, w oczach ulga i satysfakcja. Udało się! Ukłon i gromkie brawa. Widownia szaleje. Sukces.
Dzieci nie wytrzymują, pędzą uściskać aktorów – swoich rodziców. I oczywiście wychowawczynię, która w sztuce „Król Bull” zagrała samego Króla Teścia.
Pani Marysia, pytana o to, czy naprawdę ma jeszcze siłę spędzać swój prywatny czas z dziećmi, kiedy cały dzień była z nimi w przedszkolu, odpowiada krótko – mam siłę, bo uwielbiam dzieci.

Mgławica wspomnień.
To jedno z pierwszych wyraźnych wspomnień Pani Marysi. Jest małą dziewczynką. Idą za rękę z braciszkiem poboczem drogi. Jakiś przechodzień przystaje na ich widok i pyta „a dokąd wy dzieci idziecie?” – Do przedszkola! – dziarsko odpowiada mała Marysia.
I takie właśnie było to dzieciństwo sprzed lat w biednej wsi pod Lublinem. Dzieci skazane na przedwczesną samodzielność. Dorosłość wpraszała się do ich życia brutalnie, bo rodzice ciężko pracowali. I tak oto pięcioletnia Marysia uwija się w kuchni, którą sprząta na przyjście mamy – to ma być niespodzianka, żeby mamie było miło, kiedy wróci. Jeden obowiązek mniej. Ale mokra podłoga ciągle wysycha! Sucha nie wygląda już na lśniącą. Mała Marysia niestrudzenie więc ją moczy. Aż do przyjścia mamy.
Kiedy rodzice są nieobecni, dzieci pilnuje dziadek. Z nim chodzą do lasu zbierać suche gałęzie na opał, on uczy je jak uparować kartofle dla świń i jak rozpalić ogień w piecu. On też opowiada najpiękniejsze bajki. Kiedyś zebrali od niego straszną burę. Coś strzeliło im do głowy i postanowili łapać kury na wędkę, umieszczając na haczykach ziarna bobu. Dziadek nauczył je, że trzeba się dzielić. Większą połówkę jabłka Marysia zawsze oddawała młodszemu bratu.
Z mgławicy mętnych wspomnień wyłania się jedno, bardzo wyraźnie. Przedszkole. Dzieci leżakują. W sali panuje półmrok, a pani czyta bajkę. Jest błogo. Marysia udaje, że śpi.
Kilka łóżeczek dalej z zamkniętymi oczami leży Artur. Może śpi? A może też udaje? Nie wiadomo.
Marysia go lubi, bardziej i inaczej niż pozostałych chłopców. Jak mu to powiedzieć? Słowa tego nie wyrażą. Ale może wyrazi to ser, który Marysia postanawia mu oddać z miłości.
W dwuizbowym ciasnym mieszkaniu, w którym wychowuje się Marysia z dwójką rodzeństwa, jest ubogo. Rodziców widuje rzadko, są zmęczeni, zapracowani. A dzieci jak dzieci – są zachłanne na najmniejszy okruch ich czasu.
Przybywało go odrobinę w długie zimowe wieczory, kiedy w polu było mniej pracy. Tata robił wtedy dla dzieci pajacyki z tektury. Pogrzebaczem wypalał dziurki i przewlekał sznurek. Nagle orszak marionetek ożywał i maszerował po izbie ku uciesze dzieci.
– Czasem tata wołał mnie, chodź Marysiu, zobaczymy, ile masz wzrostu – wspomina.
Dzieci ustawiały się wtedy w kolejce, prężyły przy framudze drzwi, gdzie ojciec ołówkiem zaznaczał ich wzrost.
Już wtedy mała Marysia pojęła, że najpiękniejsze, co rodzic może dać dziecku to czas. Obiecała sobie, że jej dzieciom go nie zabraknie. I dotrzymała słowa.

Magiczne słowo – „czas”.
– To prawda – potwierdza jej córka Kamila, dziś już sama matka trójki – mama była pod tym względem niesamowita. Było biednie, żyliśmy bardzo skromnie, ale ja o tym nie miałam pojęcia, bo najcenniejsze od mamy dostawałyśmy – miłość i czas.
Kiedy jej córki potrzebowały rozmowy, potrafiła rzucić wszystko. Robiła dzbanek herbaty, siadały przy stole i godzinami potrafiły rozmawiać. Czasem do późnej nocy. Umiała słuchać, patrzyła w oczy, empatyczna, starała się zrozumieć, była cierpliwa i miała zawsze dobre słowo.
– U nas w domu zawsze dwie rzeczy były pewne, bałagan i czas dla dzieci – śmieje się Kamila.
Kiedy pytam Panią Marysię, jak wychowywać dzieci patrzy mi głęboko w oczy i wymienia po kolei: słuchać, patrzeć w oczy, starać się zrozumieć i rozmawiać nie jak z dzieckiem, ale jak z małym człowiekiem. I pamiętać, że dzieci mają prawo do tych samych emocji, co my dorośli, a każdą sytuację przeżywają 1000 razy bardziej niż my. Dziecko trzeba pytać, uświadamiać mu co czuje – czy jest ci przykro? Czy czujesz złość? I pozwalać na te emocje.
Kiedy wnuczka Pani Marysi szła do pierwszej klasy, pożaliła się babci: – babciu, jestem bardzo zestresowana, czy ja mogę się stresować? – Oczywiście, że tak – uspokoiła ją Pani Marysia. Każdy człowiek się stresuje, nawet ja – dodała, puszczając jej oczko.
Kiedyś do klasy Pani Marysi trafił bardzo trudny chłopczyk. Wszystkich bił, kopał, był agresywny nawet wobec nauczycieli, nie chciał uczestniczyć z żadnych zajęciach, zamiast tego leżał koło drzwi, bo chciał do domu. – Czy mogłam zmusić go do wykonywania moich poleceń, kiedy był w tak złym stanie psychicznym? – pyta retorycznie Pani Marysia. – Pozwoliłam mu na wszystko, oprócz robienia krzywdy innym. Tak więc mógł leżeć na podłodze, ile chciał, mógł milczeć, mógł nie brać udziału w zabawach. Postanowiłam, że go zdobędę cierpliwością, zrozumieniem, dobrym słowem. Było bardzo ciężko. Powoli zaczął się oswajać, interesować tym, co robimy na zajęciach. Trwało to tygodniami. Wychowywanie to bardzo mozolna praca. Kiedy kończył zerówkę i szedł do pierwszej klasy, był innym dzieckiem. Nadal wymagającym więcej uwagi niż pozostałe dzieci, ale bez porównania z tym, co było na początku.
I znowu magiczne słowo – czas.
Czas w zarówno w znaczeniu uwagi poświęcanej dziecku, jak i czas, żeby do pewnych rzeczy dorosło. Bywa, że przychodzą spanikowani rodzice pięciolatków „ono wcale nie interesuje się literkami! Co zrobić?!” Poczekać. Jeśli nie interesują go literki, to jeszcze do nich nie dorosło. Dziecko rozwija się tak szybko, że czasem wystarczą tygodnie, żeby od zupełnego braku zainteresowania literkami, płynnie przeszło do chęci czytania. To naturalne.
Wyobraź sobie pąk kwiatu. Chcesz przyśpieszyć jego rozwój. Na siłę rozchylasz płatki. W ten sposób zniszczysz kwiat.
Do nas, rodziców i nauczycieli należy pozwolić dziecku się rozwijać.
Pani Marysia ma zasadę, że nie wtrąca się do wychowania dzieci, kiedy są pod opieką rodziców. Nie poucza, nie moralizuje. Zresztą ma bardzo dużo zrozumienia dla rodzicielskich wpadek. Wie, że stoją za tym zmęczenie, niewyspanie, życiowe stresy. I że nie ma rodziców idealnych. Zdarza jej się za wyraźną zgodą rodzica doradzić, co może zrobić.
Któregoś dnia w szatni była świadkiem okropnej sceny. Kto z nas tego nie doświadczył? Pośpiech, nerwowa gonitwa minut, a dziecko ubiera się wieczność. Krew zaczyna się burzyć, cierpliwość ciurkiem wycieka. Matka nie wytrzymała, zaczęła na dziecko krzyczeć, co oczywiście nic nie dało, bo w stresie jeszcze bardziej się ślimaczyło.
– Z boku wyglądało to strasznie i patrzyło się na to bardzo przykro – mówi.
W którymś momencie matka zaczęła w nerwach szarpać to dziecko i niemal płacząc mówiła sama do siebie: „boże, powiedz mi, co ja mam zrobić?!”
Pani Marysia postanowiła wykorzystać tę chwilę, podeszła i powiedziała:
– Jeśli chcesz, mogę dokładnie powiedzieć ci, co masz zrobić i w jakiej kolejności.
Spojrzała na nią oczami pełnymi łez, zupełnie bezradna i szepnęła:
– Chcę.
I znowu to samo – rozmawiać, patrzeć w oczy, słuchać, próbować zrozumieć, mówić jak do małego człowieka. Ale to wymaga czasu.
Zdesperowana matka z szatni tak bardzo wzięła sobie do serca rady Pani Marysi, że początkowa wzajemna niechęć przerodziła się w przyjaźń. Do dziś są przyjaciółkami.
To słowo czas, odmieniane przez wszystkie przypadki przez panią Marysię jest kluczem do wychowywania dziecka. – Odłóż telefon i posłuchaj, co dziecko chce ci powiedzieć po powrocie ze szkoły. Słuchaj uważnie. Dopytaj. Patrz w oczy. Masz na to czas.

Jak tu jest domowo!
Sala Pani Marysi wygląda inaczej niż pozostałe szkolne sale. Jest tu przytulnie. Koleżanki nauczycielki zaglądają „Marysiu, jak tu u Ciebie jest rodzinnie!”
Pan, który sprzedaje podręczniki, nigdy nie może odmówić sobie pięciu minut odwiedzin. Dosłownie na słówko, przywitać się, zawsze powtarza „jak tu jest domowo, aż nie chce się wychodzić”.
– Kiedy ty to wszystko robisz? – pyta znajoma z pracy, podziwiając dekoracje, którymi przystrojone są ściany.
– Jak to kiedy? Nocami albo w wakacje – ze śmiechem odpowiada Pani Marysia.
Dużo rzeczy plastycznych wykonuje też z dziećmi. Ich palmy wielkanocne były tak spektakularne, że aż przyjechała telewizja je nakręcić.
Dziecko musi być otoczone pięknem, bo uczy się przez obrazy. Z przymrużeniem oka traktujemy zajęcia plastyczne przez cały okres edukacji. A to takie ważne! Człowiek wrażliwy na piękno to człowiek wrażliwy na bliźniego. Czy można potraktować to z przymrużeniem oka? – pyta Pani Marysia, patrząc mi głęboko w oczy.

Tablica na piachu.
Gdyby mogła, zajęcia prowadziłaby na łonie przyrody. Zamiast kredy i tablicy, patyk i kawałek ziemi.
– Każdą lekcję można tak odbyć. Kamyki w roli liczydła, patyczki w roli literek, tablica na piachu.
Dlatego Panią Marysie można spotkać bardzo często w lesie z dziećmi bez względu na pogodę.
Zajęcia zaczyna od przewietrzenia sali, kiedy tylko może woli nie zapalać sztucznego światła.
Martwi się też, widząc, co dzieci przynoszą w swoich śniadaniówkach i jak wszechobecny jest cukier tak szkodliwy dla każdego, w szczególności dla młodego mózgu.
Świeże powietrze, zdrowa dieta, jak najmniej urządzeń emitujących sztuczne światło – wylicza – to nieocenione do prawidłowego rozwoju dziecka.
– Mama od zawsze przyrodę kochała tak bardzo, że gdy wracała zmęczona z pracy, rzucała torebkę w kąt i od razu biegła oglądać grządki i rozmawiać z kwiatami – śmieje się Kamila – kiedyś wpadliśmy na pomysł, że kupimy jej czołówkę, żeby w nocy też mogła uprawiać swoje rośliny.

Któregoś dnia Pani Marysia dostała zastępstwo w świetlicy. Wchodzi do sali a ram zaduch, histeryczne światło sztucznych lamp, rozkrzyczane dzieci. – Dzień dobry! – rzuciła w rozbrykany tłum.
– Pani Maryyyyysia! – dzieci rzuciły się ku niej.
Zgasiła światło, otworzyła okna i poprosiła, żeby dzieci wygodnie położyły się na dywanie i zamknęły oczy.
Cisza zastygła w powietrzu, kiedy niemal szeptem zaczęła opowiadać. Zajączek z opowieści Pani Marysi rozpoczął swoją wędrówkę. Wędrował daleko, daleko, przemierzał świat, niesiony łagodnym głosem pani przedszkolanki i kiedy dotarł do kresu swojej podróży niektóre dzieci już smacznie spały. Inne wyciszyły się i odpoczęły.
Teraz kiedy Pani Marysia przemierza szkolne korytarze, oblatuje ją hałaśliwy rój uczniowski, krzycząc:
– Proszę pani, proszę pani! Kiedy znowu przyjdzie pani opowiedzieć nam o zajączku?!!

Wielka Tajemnica
Miała pięć lat, kiedy z podziwem przyglądała się swojej przedszkolance i nieśmiało kiełkowało w niej marzenie, że ona też tak kiedyś chce. Już wtedy uwielbiała dzieci.
W ósmej klasie postanowiła – idzie do szkoły dla przedszkolanek. Ojciec się wściekł, kiedy usłyszał:
– Nie pozwalam, na zawsze już będziesz znerwicowaną bachorami nauczycielką!
Z właściwą sobie klasą sprzeciwiła się ojcu i postawiła na swoim. Już jako piętnastolatka prowadziła pierwsze zajęcia z dziećmi w ramach semestralnych praktyk.
Nauczyciele, wiedząc jej niezwykły talent pedagogiczny, potrafili wziąć ją nawet na zastępstwo.
Ze wspomnień Pani Marysi:

Było to tak: pani prof. Omiotek powiedziała: „Marysiu, pójdziesz do klasy pierwszej (zawodówki), zrobisz ten temat”. Poszłam, zaczęłam odczytywać listę obecności. Czytam „Stanik”, wszyscy w śmiech, czytam jeszcze raz – Staniak, no nie, czytam dalej: Pielucha, znowu gromki śmiech, patrzę na listę … Pielacha. A to same chłopaczyska i ja ich rówieśnica. Tak oto zaczęłam karierę nauczycielki.

Zaraz po studiach o kierunku pedagogicznym zapisała się na wszelkie możliwe dodatkowe kursy, żeby pogłębiać swoją wiedzę o wychowywaniu.
Kolekcjonowała też wszystkie wychodzące publikacje.
Kiedyś odwiedziła ją pani dyrektor i widząc regały książek, zapytała z niedowierzaniem:
– Marysiu, ty to wszystko czytałaś?!
– Tak – odparła dumnie.
– No tak, nie dość, że czytasz, to zaraz wprowadzasz w życie – dodała dyrektorka.
Dlatego już po pierwszym roku pracy, jako młodziutka nauczycielka znalazła się w gronie o wiele od siebie starszych pedagogów, odbierających nagrody dla najlepszych w swoim fachu.
A początki nie były łatwe. Pierwsze przedszkole znajdowało się w organistówce. W zimie hulał tam wiatr, Pani Marysia rozpaczliwie dorzucała polan do pieca, drewniana toaleta była na zewnątrz, a szuflą wypraszała z sali myszy.
Ale to jej zupełnie nie zrażało. Mroczne proroctwo taty, że będzie „znerwicowaną bachorami nauczycielką”, nie spełniło się nigdy.
– Dzieci są cudowne. Trzeba tylko wiedzieć, jak z nimi rozmawiać – mówi konspiracyjnym szeptem, jakby odkrywała przede mną wielką tajemnicę.

Najpierw obejrzyjcie film o Pani Marysi.

Przed Wami niezwykła bohaterka w naszym obiektywie.







biżuteria wykorzystana do sesji – APART

Za udostępnienie miejsca do zdjęć bardzo dziękujemy hotelowi Lublinianka w Lublinie.


O cyklu ZWYCZAJNE DZIEWCZYNY:
Chciałbym, żebyście na to słowo „zwyczajne”, tak niepopularne w ostatnim czasie, przekornie zarzuciły woal wyjątkowości.
Świat chce żebyśmy były idealne. Powinnyśmy mieć idealne figury, kariery, twarze, życiorysy, a na koniec przepuścić wszystko przez Photoshopa. Dla pewności.
W efekcie jesteśmy zakompleksione i niedowartościowane.
To brzmi jak frazes, ale nowym cyklem chcę Wam pokazać, że jesteście wyjątkowe. Takie jakie jesteście. Ze swoimi wadami, niedoskonałościami, słabościami.
Że to dobrze, że nie zjechałyśmy z jednej linii produkcyjnej. Że mamy inne twarze i inne życiorysy.
Mój pomysł przychodził na świat powoli przez ostatnie lata, jako wyraz buntu na pozornie idealny świat przedstawiony social mediów, reklam, magazynów.

Co miesiąc na blogu poznacie nową „Zwyczajną Dziewczynę”.
Sesją zdjęciową, którą wykonamy wspólnie z mężem, chcę Wam udowodnić, że każda z nas może wyłonić się z instagramowej piany jak Afrodyta, wystarczy dobry fotograf, odpowiednie światło i zmysłowa poza.

Patronem nowego cyklu są firmy APART i PIXBOOK.
Każda z moich bohaterek otrzyma w prezencie biżuterię firmy Apart i fotoksiążkę PIXBOOK ze zdjęciami z sesji.

Wspominałam Wam ostatnio, że kiedy proszę moje bohaterki o zdjęcia, okazuje się, że nie maja się czym chwalić. Kiedy wręczam im ich własną fotoksiążkę zazwyczaj są wzruszone i dumne, a ja cieszę się jak dziecko, że mają taka pamiątkę w postaci sesji i zdjęć.
Ponownie mam dla więc Was kod rabatowy na fotoksiążkę 🙂 Format A4 pion 40 stron zamówicie za 28 zł z hasłem MARYSIA (cena standardowa to 38 zł). Kod jest ważny do 20 listopada 2018.
Pamiętajcie, że podczas robienia fotoksiążki musicie zadbać o jakość zdjęć – te o złej rozdzielczości będą wyglądać na papierze źle. Nie musicie się też martwić, że nie wiecie, które zdjęcie się nadaje a które nie, bo system jest inteligentny, sam wyłapuje błędy i informuje.


POZNAJCIE POZOSTAŁE BOHATERKI MOJEGO CYKLU:
JOANNA – ŻYCIE JEST ZA KRÓTKIE, ŻEBY PIĆ SŁABĄ KAWĘ
AGNIESZKA – ŻYJĘ Z CAŁYCH SIŁ
MAGDA –
ZNALAZŁAM W ŻYCIU MIŁOŚĆ BEZWARUNKOWĄ

You may also like

12 komentarzy

  1. Szaro, dziękuję za ten wis… Przeczytałam go niemal na jednym wydechu, ponieważ sama pracuję w przedszkolu. Ostatnio spotykam coraz więcej zmęczonych i zrezygnowanych nauczycieli, którzy żałują swojego życiowego wyboru. Przykład Pani Marysi jest budujący, pokazuje że warto się starać i przywraca wiarę w nauczycieli z powolania! 😊

  2. Cudowna kobieta!!!
    Jestem mamą 9-miesięcznego synka i nie ma tygodnia, bym się kilka razy nie zastanawiała, jak ja w tych zwariowanych czasach mam go wychować na porządnego człowieka?A tymczasem recepta jest najprostsza z możliwych-mieć tylko i aż czas, słuchać, rozmawiać, patrzeć w oczy… Dodałabym do tego od siebie (jako matka) zawsze kochać, cokolwiek by się nie wydarzyło.
    Pani Marysiu, dziękuję za tak prostą radę. Ale jakże cenną. Nie znam Pani, ale po tym genialnym tekście już Panią kocham 🙂 Jaka szkoda, że mój synek nigdy nie będzie Pani wychowankiem… No nie ta część kraju, chyba że planuje Pani przeprowadzkę do Wrocławia 😉
    Saro-Twój cykl jest genialny. Wzruszający, ciepły, taki zwykły, życiowy, a jednak wlewający radość w serce. Więcej, więcej, więcej…

  3. Wspaniałe!!!Przeczytałam na bezdechu aby nie zepsuć tej intymnej chwili, niemalże czuć bliskość Pani Marysi. Genialnie napisane!Zachęca do refleksji, co ciekawe też niedawno odkryłam że najlepsze co mogę dać mojemu 11 letniemu synowi tow wcale nie wysprzątane mieszkanie, uprane i uprasowane ubrania i 3 daniowy obiad (choć to też się przydaje) lecz CZAS. Teraz utwierdzam się jeszcze w tym. Dziękuję.

  4. Saro, dziękuję za ten wpis… Przeczytałam go niemal jednym tchem, ponieważ sama stawiam pierwsze kroki w tym zawodzie. Ostatnio spotykam coraz więcej zmęczonych i zrezygnowanych nauczycieli, którzy żałują swojego zawodowego wyboru. Przykład Pani Marysi jest budujący, pokazuje że warto się starać i przywraca wiarę w nauczycieli z powołania, którzy czerpią radość z tej wspaniałej pracy przez lata. Pani Marysiu, pozdrawiam i życzę ogromnych pokładów cierpliwości 😊

  5. moja córka miała szczęście mieć taka wychowawczynię przez rok, gdy miała 5 lat i trafiła do sześciolatków. dzięki Pani Anecie nigdy nie poczuła się przez to źle. do dziś ciepło ją wspomina 🙂 gdyby tylko każdemu było dane trafić na taką nauczycielkę!

  6. Bardzo dziękuję za piękny tekst. Jestem mamą 4dzieci (3chłopców i dziewczynki). Ciągle zadaję sobie pytanie jak być dobrą mamą? Każdą mądrą radę zostawiam w sercu i wprowadzam w życie. Te od Pani Marysi napewno jedne z cenniejszych! Niezwykła i ciepła osoba! Tobie Saro chcę podziękować, że znajdujesz Takie osoby i pochylasz się nad nimi,a później nam je przedstawiasz i nasze życie też może być lepsze i bogatsze!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.