„DAJMY DZIECIOM MIŁOŚĆ, POTEM MIŁOŚĆ, A NASTĘPNIE JESZCZE WIĘCEJ MIŁOŚCI”.

Pytacie mnie dosyć często, o to, jak wychowywać dzieci. Pytacie nawet o to, jak wychowywali mnie moi Rodzice.
Zabawne, bo jeszcze kilka lat temu bez wahania wysmarowałabym kilka notek w duchu „mam patent na wychowywanie”, a dziś jestem ostrożna w podawaniu przepisów na życie. Mam więcej wątpliwości niż pewności.
Im dalej w życie, tym bardziej widzę, jak szeroka jest paleta jego barw. Poznaję kolory, o których nie miałam pojęcia.
Nieustannie jestem tym rodzicem, który raczej wymierzy sam sobie srogi policzek, niż kiwnie głową z uznaniem.
I to chyba nie mija, bo kiedy rozmawiam z moimi Rodzicami, nadal wytykają sobie, co mogli zrobić lepiej, gdzie popełnili błąd. Mówię im, że to już teraz nie ma żadnego znaczenia. Że jak nie ten błąd, to inny, bo nie ma rodzin idealnych.
A potem wracam do domu, patrzę w lustro i widzę swoją twarz pokiereszowaną frustracją z bycia niedoskonałą matką.
Kilka dni temu znalazłam na blogu taki komentarz, bardzo zresztą miły:
Saro jesteś tak pełna miłości! Jestem pewna, że to dzięki Twoim Rodzicom! Ogromne wyrazy uznania dla Nich! Chylę czoła, zapytuję jak to zrobić? Jak wychować człowieka, który kocha siebie, ludzi i świat?
Od razu pomyślałam o moich Rodzicach, że na taki komplement, zaczerwieniliby się i zaczęli tłumaczyć z tysiąca popełnionych błędów, że to nie tak, że różnie bywało, że to, że tamto.
A potem zastanowiłam się, co takiego zrobili moi Rodzice, że wychowali pięcioro ludzi, nie idealnych, ale bez wątpienia – bardzo wrażliwych na świat.
Odpowiedź przyszła mi do głowy natychmiast. Dostaliśmy od nich morze miłości.
Nawet wtedy, gdy buzowały we mnie nastoletnie hormony i szczerze nienawidziłam Rodziców z całego serca, wiedziałam, że kochają mnie do szaleństwa, że wskoczą za mną w ogień.
W naszym domu było mnóstwo czułości, przytulania, bliskości. Tyle samo, ile trzaskania drzwiami, awantur i wybuchów złości.

To pytanie Czytelniczki skłoniło mnie refleksji nad moją rodziną. Ok, wiem, jakie popełniam błędy, pewnie popełniam też takie, o których nie mam pojęcia – jeszcze gorzej.
A z czego jestem dumna? Czym mogę się pochwalić? Co opowiedzą moje dzieci, wspominając z rozmarzeniem dom rodzinny?
Akurat sprzątałam kuchnię, mozolnie i bezskutecznie wygrzebując z głowy powody do rodzicielskiej dumy.
Dzieci siedziały przy wyspie kuchennej, przekrzykując się. Lolek opowiadał jakiś niedorzeczny sen, mój mąż znudzony jego opowieścią, leniwie popijał drugą tego ranka kawę.
Blat stołu ubabrany był resztkami śniadania, spod ścierki uciekały mi w popłochu farfocle z chleba i jajek. Spojrzałam na nich wszystkich, na te gęby umorusane snem i majonezem i nagle olśniło mnie!
Gwałtownie zrzuciłam żółte gumowe rękawice, dopadłam notatnik i prędko zapisałam myśli, które tak niespodziewanie wysypały mi się z głowy.

BLISKOŚĆ
W naszym domu jest bardzo, ale to bardzo dużo czułości. Całujemy się, przytulamy, trzymamy za ręce, obejmujemy, czochramy po głowach, patrzymy w oczy, wyznajemy miłość, a nawet trochę gryziemy.
Astrid Lindgren powiedziała kiedyś: Dajmy dzieciom miłość, potem miłość, a następnie jeszcze więcej miłości. Dobre wychowanie przyjdzie samo.
Moje dzieci mają dużo ograniczeń, wychowuję je zdecydowanie surowo, ale miłość, czułość, bliskość są u nas nielimitowane. Zawsze, wszędzie, o każdej porze dnia i nocy każdy może przyjść i tulić się tak długo, jak tego potrzebuje.
Dzieci nie pójdą spać bez „przytulasa”.
Wieczorem leżymy wszyscy w ogromnym łóżku Lolka, ściśnięci jak serdelki, z kończynami splątanymi jak gałęzie, tak żeby każdy przynajmniej jedną częścią ciała dotykał rodziców i mam wtedy pewność, że wszyscy ładujemy swoje życiowe baterie.

BYCIE RAZEM
Dzieci krążą wokół nas jak satelity. Czasem potrafią mnie tym wkurzyć, aż ich wyganiam do swoich zajęć.
Ale w gruncie rzeczy lubię to. Kiedy wracają ze szkoły, nikt nie pędzi szybko do swoich spraw, ale rozsiadają się przy wyspie w kuchni, tam, gdzie zazwyczaj jestem. Opowiadają coś, pytają, czy mogą pomóc w gotowaniu, po prostu chcą być blisko.
„Możemy z tobą, możemy z wami?!” – słyszymy na każdym kroku.
Zerkamy na siebie z mężem i przewracamy oczami, bo akurat zupełnie nam nie pasują do planu.
Nie wspominając o tym, że kiedy ledwo zdążymy musnąć się dłońmi, już wyrastają jak spod ziemi i krzyczą „my też! My też przytulasa!”
Gdybym musiała wybrać ulubiony moment dnia dzieci, to bez wahania powiem, że wspólny posiłek.
Dla Sofii jest to tak ważne, że dzień bez wspólnej kolacji, nie ma w ogóle statusu dnia, ani kawałka życia. Zresztą to ona najchętniej pomaga, nakrywa i podekscytowana pyta „mamo, czy już gotowe? Mogę zawołać wszystkich?”
WSZYSTKICH. Muszą być wszyscy. Czyjakolwiek nieobecność to powód do małej rozpaczy.
Z rozczuleniem też patrzę, jak moje dzieci od lat śpią razem. Kłótnie, awantury, nerwy, łzy.
A wieczorem wszyscy pakują się do jednego łóżka. Czasem do późnej nocy słyszę ich chichot, przerywany wrzaskami: nie dotykaj mnie tą wstrętną gołą stopą!
Zgrywam wtedy surową i wołam: rano będziecie nieprzytomni! Proszę spać.

PRZEPRASZANIE
Jest taki magiczny sposób na każdą rodzicielską wpadkę. Na wybuch gniewu, na podniesiony głos, na brak cierpliwości, na chamską odzywkę, na bycie wrednym, na bycie tylko niedoskonałym człowiekiem.
To umiejętność przepraszania.
Przepraszam. Nie miałam racji. Myliłam się. Wybacz – cztery zwroty, które w rodzicielstwie przenoszą góry (zresztą nie tylko w rodzicielstwie, w życiu w ogóle).
I my swoje dzieci umiemy przeprosić.
Wbrew dumie.

Byliśmy ostatnio całą rodziną na weselu mojej Przyjaciółki. W trakcie imprezy kilkakrotnie podchodziły do mnie przypadkowe osoby, chwaląc nasze dzieci. „Są takie otwarte, życzliwe, troskliwe, wesołe, dobre” – słyszałam.
Na koniec przysiadła się do mnie Z. I powiedziała: „wiesz co Sara, widać, że to są po prostu takie szczęśliwe dzieci”.
Wróciliśmy do domu z mężem podbudowani, że chyba wyrastają te urwisy na fajnych ludzi.
Całą niedzielę spędziliśmy w piżamach, oddając się leniwym przytulasom.

Drogi Rodzicu czytający ten wpis, dręczony wyrzutami sumienia, dziś się nie biczujemy, dziś na głos mówimy, z czego jesteśmy dumni jako Rodzice (przez duże R).

You may also like

15 komentarzy

  1. Piękny wpis Saro, myślę, że często jesteś dla siebie zbyt surowa, Twoje wpisy zawsze są przepełnione miłością do dzieci, nawet jak się czasem na nie wkurzasz 😉 Sama mam nadzieję, że kiedyś będę tak wspaniałą mamą jak Ty! (na razie dzidzia jeszcze w brzuchu 😉
    Pozdrawiam serdecznie!
    Twoja stała czytelniczka 🙂

    P.S. Pytanie z innej beczki – możesz zdradzić wielkość Twojej działki?

  2. Saro, dziękuję Ci za ten wpis. Zachowuje go jako jeden z najważniejszych dla mnie, jako niedoświadczonej jeszcze matki. Zapisuje z tytułem: „wracac i nigdy nie zapomnieć”.

    Wszystkiego dobrego

  3. Nie ma dzieci, ale i tak mam łzy w oczach jak czytam Twoje przemyślenia. Te rady na wychowanie dzieci na pewno sprawdzą się też w życiu między ludzkim, a zwłaszcza partnerskim. Bliskość, bycie razem oraz przepraszanie, dodałam bym szczerość i zaufanie i mamy przepis na idealny związek! 😉

  4. To my z kolacją mamy tak samo!! muszą być wszyscy (razem szt. 4) i synek musi ,,zrobić nastrój,, tzn. zapalić świeczkę – ma na tym punkcie bzika. Aż zazdroszczę jego przyszłej żonie co jej się trafi za romantyk:)
    A dzieci kilka razy, szczególnie wieczorem muszą ,,potulkać,, do nas.
    Jak tylko położę się na kanapie i zjawia się mój mąż to zaraz inwazja dzieci żeby położyć się piętrowo na nas i wykrzyczeć wspólnie – SZKOLNA KANAPKA!!
    Czasami mam ochotę wystawić ich za okno w 20 stopniowy mróz żeby skruszeli ale to tylko chwilowe jest :)- ZNACZNIE CZĘŚCIEJ ICH PO PROSTU KOCHAM NAD ŻYCIE

  5. Ostatnio zaczepiła mnie nieznajoma z pytaniem: „Czy pani dzieci tak zawsze…?” Zajęta pakowaniem zakupów z wózka do auta nawet nie zauważyłam, że moje urwisy przytulają się na środku sklepowego parkingu. „Hm… no raczej tak…” Odpowiedziałam zmieszana. Na co nieznajoma: „Jak to pani zrobiła?! Moje wnuki w podobnym wieku nigdy by tak nie zrobiły! Raczej są o siebie zazdrosne.” I wtedy mnie olśniło! Staram się traktować dzieci równo. Przytulamy się tak po prostu i dużo rozmawiamy. Na te „poważne” tematy i na te z gatunku egzystencjonalnych np: „mamo a po co ludziom ręce?” A, no i choć daleko mi do perfekcyjnej mamy wyznaję zasadę i przekazuję ja dalej moim dzieciom: Nieważne jaka, choćby najgorsza… w domu mówimy prawdę. Poza nim możemy kłamać jak z nut ale w domu nie boimy się mówić prawdy.
    Pozdrawiam 😉

  6. Ja generalnie dumna jestem z tego jaką jestem matką i uważam, że mój syn ma w życiu szczęście, że ma takich super rodziców. Pewnie dla tego, że syn ma dopiero … rok 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.