DOM, Z KTÓREGO KIEDYŚ MUSIAŁO WYLEWAĆ SIĘ ŚWIATŁO…

Wiecie co najbardziej uwielbiam w przeprowadzkach? Odkrywanie okolicy. Świadomość, że wszystkie te zakamarki są gdzieś tam i czekają na mnie… Pierwsze tygodnie w nowym miejscu są jak najlepszy niekończący się kalendarz adwentowy.
Pamiętam moją przeprowadzkę do Londynu. Pierwszą w życiu. Na dodatek z małej pod lubelskiej wsi do gigantycznej metropolii. Jeszcze nie zdążyłam się rozpakować, a już tropiłam ciekawe miejsca.
I nasze pierwsze mieszkanie po ślubie, kiedy okazało się, że na parterze jest sklep i po bułki i mleko mogę schodzić w piżamie.
I kolejne miejsce, gdzie urodziły się wszystkie nasze dzieci – dzielnica Lublina zupełnie mi nieznana. Kiedy odrywałam po kolei te wszystkie cudne uliczki – Mickiewicza, Orzeszkowej, Słowackiego, Reja, Staffa… Mieszkaliśmy tam przez wiele lat i miałam swoje ukochane domy – takie, gdzie wieczorami w oknach płonęło ciepłe przytulne światło, chciałam zapukać i powiedzieć „przepraszam, ja tylko na herbatkę”.
Uwielbiam sobie wyobrażać, co w tych domach jest, kto tam mieszka.
Na Dziesiątej był taki wyjątkowy dom, porośnięty bluszczem i z czerwonym dachem. Na parapetach leżały książki i stały kwiaty. Nie wiem czemu, ale byłam pewna, że to dom artysty. Najprawdopodobniej malarza. To przekonanie przylgnęło do mnie tak silnie, że ochrzciłam dom mianem „domu malarza” i gdybym dziś dowiedziała się, że mieszka tam mechanik samochodowy, to chyba bym się załamała.
Był też jeden dom niezwykle ponury. Zza wiecznie zasłoniętych srebrnych żaluzji sączyło się lodowate niebieskawe światło. Tam musiał mieszkać morderca. Nie miałam co do tego wątpliwości. Zawsze więc zachowywałam rozsądny dystans i bałam się z bezpiecznej odległości.
Nie sposób nie wspomnieć o przeprowadzce do centrum Lublina. Jak to mówią – epickiej.
Jeśli kiedykolwiek byłam bliska szaleństwa ze szczęścia, to właśnie wtedy. Chłonęłam to miasto wszystkimi porami ciała. Ten nocny nieustający szum, rozrywany śmiechem i bluzgiem.
Z namaszczeniem odkrywałam każdą pobliską uliczkę. I znowu – mój ukochany rytuał, wielogodzinne spacery, podczas których wyobrażałam sobie, kto mieszka w jakim domu. Naprzeciwko mojego tarasu – zabawny budynek, prawdopodobnie siedziba jakiś lubelskich hobbitów. I dwa domy dalej – dom poety, o którym pisałam TU.
Był tez dom typowej amerykańskiej rodziny, dom arystokratów i mroczne domostwo… kanibala. Tak wiem, nie pytajcie.
A teraz rok po przeprowadzce na wieś, wciąż jestem na etapie kalendarza adwentowego nowych miejsc.
Kiedy po kilku dniach odkryłam łąki, o których nie miałam pojęcia, myślałam, że trafiłam po prostu do raju. Niedaleko jest też las, całkiem deszczowy. I rzeka…
Na skraju lasu jest dom, z drewnianymi okiennicami, zupełnie niezwykły. No cóż… tam mieszka pisarz. Kiedy kilka dni temu podczas lodowatego wieczornego spaceru, zobaczyłam jak z komina leniwie sączy się dym, niemal poczułam jak wewnątrz rodzą się szlachetne litery, zapijane czarną kawą…
Wyobraźcie więc sobie, że dosłownie kilka dni temu odkryłam kolejne miejsce.
Dzień był gorący i akurat wybrałam się z teściową na bardzo długi spacer.
– Spójrz tylko na ten dom! – powiedziałam wskazując na starą drewnianą ruderę, zarośniętą metrowymi pokrzywami, którą mijam regularnie, ale wyobraźnia zawsze podpowiada mi, że nie mieszka tam nic dobrego.
– Idziemy tam! – oznajmiła teściowa, dzielnie wydeptując ścieżkę w chaszczach.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce naszym oczom ukazał się widok dosyć niezwykły. Wiekowe opuszczone gospodarstwo. Wszystko zachłannie pochłonięte przez wszędobylskie chwasty. Szkielet samochodu, truchło stodoły… Poczułam się, jakbym była na planie filmowym.
Każdy szelest przyprawiał nas o gęsią skórkę. Po większości okien zostały jedynie nagie zawstydzone ramy. Ciekawość wiodła nas w głąb gospodarstwa. Zajrzałyśmy do wnętrza opustoszałego domu. Potłuczone lustro, rozpadający się piec kaflowy, zapadnięta podłoga…i szafa z ubraniami. Kolory powleczone centymetrowym kurzem.
Mój strach jakoś przeobraził się w nostalgię. Przez ułamek sekundy zobaczyłam lustro w całości, piec w którym trzeszczały szczapy drewna, pozamiataną podłogę, ubrania spływające kolorem i szyby w oknach.
Przypomniał mi się „dom malarza”, gdzie w oknach płonęło przytulne światło i „dom pisarza” z leniwym dymem i „dom poety” z ogrodem. Wszystkie szczelnie wypełnione życiem.
Zrobiło mi się żal tego smutnego domu, porośniętego bluszczem czasu. Przecież kiedyś musiało z niego wylewać się światło.
Zapytałam więc, czy się pogniewa jeśli zrobię w nim zdjęcia. Nie odpowiedział, ale nagie framugi nie protestowały, kiedy przekraczałam jego próg.






koszula – Anna Field (Zalando)
spodnie – New Look
buty – przypadkowy sklep internetowy, kupione lata temu
zegarek – Apart, Aztorin

PS Pamiętajcie, że nadal trwa konkurs #nietylkomama, organizowany przez tołpa. , nadal możecie wziąć w nim udział 🙂 #nietylkomama

You may also like

22 komentarze

  1. Nic lepszego nie mogłam przeczytać w ten deszczowy poranek…niczym bardzo dobra książka! I wiesz co? Mam tak samo. Uwielbiam stare domy i wyobrażenia o tym co tam moglo być wcześniej. Klimat 🙂 pozdrawiam gorąco!

  2. Boże jakie piękne zdjęcia idealnie wpasowane w tekst. Przepięknie to napisałaś, tez lubię zaglądać w okna domów i snuć domysły jacy ludzie tam mieszkają, jakie to rodziny itd. I kocham stare opuszczone domy, duże rzeźbione drzwi – ahh w Bielsku jest ich mnóstwo 🙂
    PS.Zakochałam się w bluzce…

  3. O matko Saro, jak ja ci zazdroszczę tych miejsc! Ten opuszczony dom, ta kładka na rzece z poprzedniego posta… Ich nie znajduje się wtedy gdy człowiek potrzebuje tylko tak przy okazji, od niechcenia, przypadkiem…
    PS. Uwielbiam zaglądać przez okna ludziom do mieszkań. U nas może trudniej, bo firanki, zasłony ale np. w Holandii nie lubią tkanin w oknach i można wieczorami oglądać do woli, jak toczy się zwyczajne rodzinne życie.

  4. UWIELBIAM czytać absolutnie wszystko co wychodzi spod Twojej ręki. Ileż ciepła w ten ponury deszczowy poranek można było wyłapać z tych kilku słow powyżej, magia! Walcz zawsze o siebie i o bloga bo to co robisz jest wręcz mistrzowskie. Wpisy, anegdotki na fanpageu same przez się przyciągają jak magnes i wręcz proszą żeby naładować się tą ich pozytywną energią. Dla mnie każdy Twój wpis to majsterszyk. Codziennie zaglądam po te chociażby kilka słów bez których życie byłoby poprostu gorsze. Chyba serce pękłoby mi z żalu gdyby Cię tu nie było. Pozdrawiam!

  5. A ja mam pytanie, bo zjada mnie ciekawość – nie obraź się, proszę. W jakim języku rozmawiasz z Teściową? Mówisz po portugalsku? Wiem, że ta wiedza nie jest mi niezbędna do przeżycia, ale od zawsze fascynują mnie języki, kto w jakim mówi, ile tych języków zna, a Wasz dom wydaje się idealnym przykładem w tym zakresie 🙂

    1. Ależ nie ma problemu 🙂 Ja z teściową rozmawiam po portugalsku. Mąż rozmawia z dziećmi po portugalsku, ja z dziećmi po polsku, a z mężem po angielsku 😀
      Tak więc istny językowy miszung. Zresztą na dniach będzie o tym wpis 🙂

  6. Tekst piękny, zdjecia cudowne. Ale jest cos co mnie zadziwiło: ja na spacer z teściową nigdy bym się tak nie odwaliła🙂 Szczerze mówiąc, zazdroszczę teściowej, z którą mozna iść na spacer…

    1. Hahaha, nie na spacerze byłam oczywiście na sportowo, następnego dnia wróciłam tam z mężem, żeby zrobić zdjecia 😀
      I faktycznie – teściową mam super, jest jak dobra kumpela 🙂

  7. Jak ja lubię takie wpisy, można rozsiąść się z kawą i chłonąć Twoją wrażliwość. Sama od trzech lat jestem fanką slow life. Z zabieganej Barcelony trafiłam do wioski w Pirenejach bez jednego sklepu. Z jedzenia w restauracjach przestawiłam się na warzywa z własnego ogródka, poranne maile w korpo zastąpiłam medytacją, kupowanie minimalizmem, a zamiast życia wedle sztywnych reguł – wybrałam kreatywność. Widzę, że Tobie też wieś służy 🙂 Życzę dużo przyjemności w trakcie odkrywania wiejskich okolic!

  8. Co za rewelacyjne zdjęcia! Najbardziej podoba mi się to ze smugą światła na twarzy i zbliżenie na ręce (zacierane w nerwowym przymusie ;)). A Twoje litery przy nich smakują jak belgijskie czekoladki :D.

  9. Witam Pani Saro. Mieszkam na dziesiątej, nawet domyslam się ktore domy ma Pani na mysli:) bardzo lubię Panią czytac 🙂 anegdota :czasem podczytuje mezowi Pani bloga, pewnego dnia byliśmy w sklepie a on do mnie ” zobacz to Miss Ferreira” 😉 i rzeczywiscie to byla Pani!! Pozdrowienia:)

  10. Saro nie bałas się zagladac do obcego domu?kolezanka mi kiedyś opowiadala ze raz zajrzała i pogonil ja jakiś bezdomny który tam akurat przesidywal

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.