MAŁA WIELKA ZMIANA!

Często słyszę pytanie: „Dziewczyno, jak ty to wszystko ogarniasz? Dom, trójka dzieci, pies, blog?!”
I chociaż wiem doskonale, że rozmówcą kieruje najszczersza troska i autentyczne zainteresowanie, to zawsze odpowiadam, że radzę sobie dokładnie tak samo jak kobiety, które pracują na pełny etat i mają dzieci, jak ci, którzy mają dwoje, czworo czy pięcioro dzieci i obowiązki, jak ci, którzy dzieci nie mają i mają mnóstwo pracy, jak ci, którzy pracują na różne zmiany, słowem – jak wszyscy zwykli ludzie na świecie, którzy wiodą normalny żywot.
To oczywiste, że przy dzieciach moce przerobowe prokrastynacji drastycznie się zmniejszają – to znaczy, musisz ugotować, uprać, posprzątać TERAZ, bo inaczej porwie cię tsunami brudu, głodu i pretensji.
I o ile za czasów singielskich takie tsunami było raptem lekkim dyskomfortem – ot, przebyć masyw górski brudnego prania, żeby z nieumytego kubka wypić kawę rozpuszczalną, będącą jednocześnie zupą, drugim daniem i deserem, to niestety za dzieciatego cierpią już niewinne postronne osoby.
A więc owszem – wraz z dziećmi przybywa obowiązków. Ja jednak uważam, że to naturalna kolej rzeczy. Nowa praca też przynosi wyzwania i obowiązki, trzeba stanąć na wysokości zadania – życie.
Powiem więcej – ja z każdym dzieckiem jestem lepiej zorganizowana. Największą rozpierduchę miałam w pokoju, kiedy byłam nastolatką. Przy pierwszym dziecku panowałam nad chaosem, przy drugim panowałam nad lekkim nieładem, przy trzecim zapanowałam nad porządkiem.
Oczywiście, wymaga to ode mnie samodyscypliny i niezłej organizacji, ale umówmy się – to nie jest jakiś wielki wyczyn. Mnóstwo ludzi na całym świecie wstaje rano i ma do ogarnięcia mniej więcej tyle, co ja, i ogarniają.
Bo za bardzo nie da się inaczej.

Jak większość z Was pewnie wie – jakiś rok temu mój blog stał nad grobem. Próżno było tu szukać życia. Jakieś stare pohukujące notki, szkielety planów, fotografie przyprószone siwizną sepii.
Pracy mieliśmy MNÓSTWO. Dopiero co kupiliśmy dom w stanie surowym. Długie godziny na budowie. Wybieranie/szukanie/kupowanie materiałów. Do tego, oczywiście, codzienne zwykłe obowiązki – dzieci, gotowanie, sprzątanie, praca.
Stało się dla mnie jasne, że w ten gęsto utkany grafik nie wcisnę swojego bloga, który – umówmy się – jest przede wszystkim moją frajdą, odskocznią, przyjemnością. Roboty od groma, a ja będę sobie hasać po polach z wiecznym piórem, szukając weny, jak jakaś oderwana od rzeczywistości nimfa grafomanka. No nie.
Tak więc blogowanie zamieniłam na mopa i ościeżnice. Co zresztą opisałam w tej notce.
Czy był to dobry deal? Otóż nie. Z czasem zaczęłam wpadać w straszną frustrację.
Kiedy mąż pytał mnie, czy coś się stało i dlaczego mam minę jak rozeźlony pies Baskerville’ów – krzyczałam, że owszem STAŁO SIĘ! Bo mój blog też jest ważny, a nie tylko ościeżnice i gotowanie!! I że kto w ogóle powiedział, że mój blog jest mniej ważny od wszystkiego i żeby w ogóle wszyscy mi dali święty spokój i się wypchali, oraz że WIADOMO, że życiowo przede wszystkim jestem SŁUŻĄCĄ, KUCHARKĄ I SPRZĄTACZKĄ!! I dopiero jak przestanę gotować, sprzątać i usługiwać, to oni zginą z głodu w tym chlewie!
Po czym popisowo zamykałam się w łazience, żeby użyźnić glebę płytek rzęsistymi łzami niezrozumienia mnie przez cały wszechświat.
Emocje mają jednak to do siebie, że opadają. Łazienkę opuszczałam zażenowana – już nie byłam psem Baskerville’ów, teraz byłam po prostu zbitym psem.
Z czasem dotarło do mnie, że NIKT nie przyczynił się do mojego nieszczęścia. Że sama je sobie zaplanowałam. Oraz że kluczem do sukcesu jest ZMIANA MYŚLENIA.
Zrozumiałam, że dopóki ja będę o swoich potrzebach myśleć w kategoriach trzeciorzędnych – będą tak o nich myśleć również inni.
Dopóki blogowanie będę odkładać na ostatni moment, kiedy już posprzątałam, uprałam, ugotowałam, ogarnęłam i zasnęłam ze zmęczenia, dopóty nie będzie żadnego blogowania.
Dotarło do mnie, że muszę ustalić priorytety i że jeśli nie nadam sobie statusu priorytetu to wszystko, za przeproszeniem, o dupę potłuc.
W macierzyństwie to nie przybywające obowiązki domowe są wyzwaniem, ale postawienie swoich potrzeb na równi z potrzebami domowników.

Doskonale pamiętam moją mamę, która miała nas piątkę i cały wielki dom do ogarnięcia. Kiedy gdzieś wychodziliśmy, prasowała nam ubrania, zapierała drobne plamki, pilnowała porządku na głowach, sprawdzała sto razy, czy mamy czyste buzie. Kiedy było pięć minut do wyjścia, pędziła na górę, żeby zająć się sobą.
Ten obraz mamy „odkładającej się” na ostatnią chwilę na zawsze będzie w mojej głowie i jest to doskonała metafora macierzyństwa w ogóle.
My, matki, w nieskończoność odkładamy się na później.
Zawsze tłum ludzi i potrzeb jest przed nami. Nam wystarcza pięć minut w łazience, żeby odświeżyć głowę suchym szamponem, nierównomiernie ubrudzić gębę pudrem i voila! Gotowe na podbijanie świata.
To działa na krótką metę. Wcześniej czy później do drzwi zapuka frustracja i wręczy nam dyplom z bycia perfekcyjną służącą wszystkich dookoła.
Postanowiłam więc przewrócić swoje myślenie do góry nogami – tak, żebym to ja była pierwsza w kolejce.
Ja, ponieważ kocham moje dzieci. A miłość rodzicielska jest bezwarunkowa, odruchowo myślimy najpierw o dzieciach, to się nie zmieni. Dlatego zawalczyć trzeba o siebie.
W okolicach września, kiedy jeszcze remont szedł pełną parą, już trzeba było myśleć o przeprowadzce i nadal zajmować się domem, czyli wtedy, kiedy miałam najmniej czasu ze wszystkich ostatnich miesięcy, postanowiłam wrócić do blogowania.
Pasodoble z mopem zamieniłam na pisanie. Zwyczajnie uszczupliłam listę innych obowiązków na rzecz mojej pasji.
Moją inspiracją były koleżanki, które też mają dzieci, a pracują na etacie. Do licha – kiedy to ogarniają? A jeśli to ogarniają, to znaczy, że da się.
Specjalnie więc postanowiłam wychodzić z domu i pisać poza nim – inaczej słyszałam nawoływanie brudnych ubrań.
Ze zdziwieniem przyjęłam fakt, że świat jako taki nie runął, kiedy przestałam go dziarsko podtrzymywać wszystkimi kończynami. Dom radził sobie bez mojej nieustannej troski.
Dziwne – to ja w swoim życiu dokonuję takiej rewolucji, a domownicy nawet tego nie odnotowali?
Mała Wielka Zmiana.

My, matki, chyba wszystkie tego doświadczamy – to drastyczna zmiana w jakości życia łazienkowego, kiedy na świat przychodzi dziecko. To nerwowe ochlapywanie się wodą na wyrost zwane prysznicem, podszyte tak realnym strachem, że jakiś dziki ptak w międzyczasie porwie nasze pisklę! To gorączkowe malowanie się na chybił trafił… Ten nieustanny łazienkowy pośpiech, bo albo ktoś czeka, albo zaraz zacznie się dobijać.
I to wieczorne mycie zębów. Na oparach sił. Na siedząco. Na podłodze w łazience.
W grudniu w ramach mojego planu „małe wielkie zmiany” postanowiłam spełnić swoje odwieczne marzenie i pójść na kurs makijażu.
Pierwsze zajęcia dotyczyły pielęgnacji skóry. Niby od zawsze wiedziałam, że oczyszczanie cery jest ważne, ale chyba nie miałam świadomości, jak bardzo skóra potrafi się odwdzięczyć, jeśli jest właściwie pielęgnowana. Nie miałam też świadomości, jak trudno jest cofnąć wcześniejsze zaniedbania.
Wcale też nie trzeba wydać fortuny, żeby cieszyć się zdrową skórą, należy wprowadzić dobre nawyki. Ot – taka mała wielka pielęgnacja. Codzienne, drobne, ale przemyślane czynności.

Co prawda o cerę dbałam zawsze – jako nastolatka miałam trądzik, dziś też moja cera miewa humory. Ale przyznam, że pielęgnację długo utożsamiałam po prostu z demakijażem.
Przez lata używałam tylko żelu do mycia twarzy i kremu. Całą resztę uważałam za „świrowanie i zawracanie dupy”. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Koreankach i ich wieloetapowej pielęgnacji skóry, uznałam, że najwyraźniej gremialnie upadły na głowę.
Kilka lat temu przypadkowo brałam udział w jakichś warsztatach kosmetycznych – znowu usłyszałam o tym, że pielęgnacja to nie tylko demakijaż, ale tonizowanie, złuszczanie, dobranie kosmetyków odpowiednich do typu skóry i konsekwencja.
Jak zwykle byłam nastawiona sceptycznie i myślałam „takie tam gadanie”, ale kiedy prowadząca powiedziała, że skóra to przede wszystkim nasz największy organ i pomijając kwestie estetyczne – powinna być zdrowa, zrozumiałam, że nigdy w ten sposób o niej nie myślałam. I że faktycznie – abstrahując od wyglądu, ważne jest zdrowie.
Pielęgnacja jest dla skóry jak dieta – dobrze dobrana daje efekty, źle dobrana może zaszkodzić.
Dziś więc podchodzę do kwestii pielęgnacji inaczej. Spokojnie rano i wieczorem oczyszczam cerę. Inwestuję w siebie. Nie odkładam siebie na później.
Ostatnio z przyjemnością sięgam po kosmetyki tołpa. Podoba mi się filozofia marki: „To, jak czujemy się każdego dnia, wpływa na całe nasze życie. Zadowolenie to suma drobnych, ale przemyślanych decyzji”.

Drogie Mamy,
wiem doskonale, ile macie na głowie.
Wiem też, że wiele z Was ma jakieś swoje mniejsze i większe pasje. A nawet nie pasje – po prostu lubicie w jakiś konkretny sposób spędzać czas. Piszecie do mnie – „uwielbiam malować, marzy mi się mały sklep internetowy, po godzinach robię biżuterię, kocham szyć, założyłam bloga, tylko dla znajomych, ale brakuje czasu!”
Wiem, wiem, że czas w rękach matki tak potwornie się kurczy. Ale naprawdę, największą przeszkodą nie jest ilość obowiązków, a przyznanie sobie statusu VIP.
Cokolwiek to jest: zabawa z dzieckiem, malowanie, śpiewanie, szycie, haftowanie, czytanie, pisanie, przeglądanie się w lustrze, malowanie paznokci, cokolwiek.
NIE ODKŁADAJCIE SIEBIE NA PÓŹNIEJ.
Dlatego zachęcam Was do udziału w konkursie organizowanym przez tołpa. – pokażcie, że jesteście nie tylko mamami!

A na deser mam dla Was wideo, które chciałam Wam zadedykować. Bycie mamą to niewątpliwe jedna z najpiękniejszych ról w jakiej zostałam obsadzona, ale nie jedyna 🙂
#nietylkomama

Na hasło miss17 dostaniecie w sklepie tołpa. 20% zniżki na zakupy.

*Wpis powstał we współpracy z marką tołpa.

You may also like

56 komentarzy

  1. Uwielbiam Twoje pisanie, zostałaś jedną z już tylko dwóch blogerek, które czytam. Jesteś totalnie przekochana i chciałabym być kiedyś taką mamą jak Ty. 🙂 pozdrowienia!

    1. Hahaha, dziękuje! Ale jest sporo wartościowych blogów 🙂 Niemniej rozumiem, bo ja też jestem przywiązana tylko do kilku :))

  2. Saro, skoro czasem masz wyrzuty sumienia że jesteś ,,tylko” mamą to dlaczego nie chcesz poszukać pracy? Pytam nie ze złośliwości, tylko jestem ciekawa.

    1. Rozumiem, już piszę – rok temu szukałam pracy nawet. Czułam, że muszę wyjść do ludzi. Byłam zdecydowana. Ale potem uderzyła mnie ta myśl, że praca na etacie i dom uniemożliwią mi pisanie bloga, a mimo wszystko chciałam do blogowania wrócić.
      Dałam więc sobie kilka miesięcy – taki deadline, że albo wskrzeszę bloga i coś z tego będzie, albo idę do roboty. No i udało się.
      Teraz, kiedy ktoś mnie pyta czym się zajmuję, z dumą odpowiadam, że piszę bloga. A kiedy blog pręznie działa, to dzieje się więcej niż w jakiejkolwiek pracy.

    2. Tu chyba nie chodzi o to, że Sara się w tym nie realizuje (w tym i w pisaniu bloga, który też jest wielkim sukcesem!)… Przynajmniej ja inaczej to zrozumiałam. Myślę, że gdyby była pracownicą korporacji, wpis mógłby mieć wydźwięk: „Czasami czuję się tylko jak pracownica i żona”. Chodzi o to, żeby zawsze pamiętać, że jesteśmy też ludźmi, kobietami, SOBĄ. Żeby poza obowiązkami znaleźć czas dla siebie, na własne przyjemności i rozwijanie pasji. To może być czytanie książek, pisanie bloga, pójście do kina lub małe SPA w łazience. Jeśli nasze życie składa się tylko z tego, co robimy „po coś”, tzn. dla innych, dla pieniędzy itp., to trochę przecieka nam przez palce. Nawet jeśli z drugiej strony jesteśmy bardzo dumne z tych ról mamy, żony czy pracownicy.

  3. Jestem mamą 3ki…podobnie jak Ty. Najstarsze w szkole. Młodsze w przedszkolu. Najmłodsze w żłobku. Pracuję. Mieszkam w dużym domu. Piorę, sprzątam, gotuję, rozwój na zajęcia . Bez udzialu mamy i teściowej:) pracuję 5 dni w tyg ale na pół etatu. Co drugi dzień udaje mi się wyskoczyć na godzinę na rower, basen lub fitness. Godzina dla mnie. Nie kosztem dzieci co sugerują niektórzy. .. raz w miesiącu wieczór z przyjaciółkami. I książki…. to pasje których nie zrezygnuje. Jestem ogromnie szczęśliwa. To zycie: bycie mamą ale też bycie sobą to największa nagroda

    1. O mamo, w sedno! Kurde nie można mówić, że kosztem (chyba że mamy do czynienia z patologią), bo każdy człowiek potrzebuje kawałka własnego świata!
      „Bycie mama, ale też bycie sobą” – dokładnie!

  4. Bo bycie mamą jest rolą życia, o której przecież od tak dawna marzyłam, ale… co ze mnie za postać tej tragi-komedii macierzyństwa, jeśli ciągle trzeba machać z drugiego planu…? A blogowanie – Sara ma świętą rację – jeśli nie chcesz się za swój kawałek internetowej przestrzeni spełnienia wstydzić – to często jest praca na pełen etat! Na dwie zmiany: nocami lub przy weekendowej kawie w knajpie. Tę ostatnią opcję lubię najbardziej 😊 Ściskam mocno i wiesz co… dopiero teraz się dowiedziałam, że bloga na chwilę porzuciłaś. Bo ja Cię „odnalazłam” rok temu we wrześniu i goszczę się w Twoim liryczno-epickim świecie wybornie 😚😚😚

  5. Pięknie napisane 😊👏tez powoli zaczynam rozumieć ze ja musze byc dla siebie rownie wazna jak dzieci bo na co im sfrustrowana matka 😉 a spot pierwsza klasa, slucha się Ciebie równie przyjemnie jak czyta 😊

  6. Bardzo lubię Twoje wpisy sponsorowane, bo się tak bardzo przykładasz. Nigdy nie czuję się jak „target grupa”przywabiona podstępem, to jest zawsze wartościowa treść i dobrze dobrana do Twojego wizerunku.

  7. Komentuje po raz pierwszy a czytam juz od dawna. Swietny filmik, muzyka i Twoja narracja. Dzieki za to ze tak szanujesz czytelnika publikujac tylko wysokojakosciowe wpisy sponsorowane.

  8. Po tym video jeszcze bardziej chciałabym się z Panią zaprzyjaźnić… Mam dwójkę dzieci. Oprócz codziennych obowiązków związanych z pracą,wychowaniem dzieci,praniem,sprzątaniem i gotowaniem towarzyszy mi strach… Taki paraliż, że robię coś nie tak, że za mało… Być może dlatego, że córeczka choruje na astmę a syn ma zespół Aspergera mam wyrzuty sumienia gdy do robię coś dla siebiei marnuję czas. Uczę się myśleć inaczej- nie tylko mama

    1. Och, doskonale rozumiem o czym piszesz – ja też miewam wyrzuty sumienia tylko dlatego, że robie coś dla siebie. Trzeba pracować nad tym myśleniem, nie ma innej opcji.
      Przy chorych dzieciach potrzebujesz jeszcze większej siły i więcej odpoczynku, ściskam i myślę ciepło!

  9. Świetnie o tym napisałaś. Bardzo mi pasuje twój sposób współpracy z markami, jest konkretnie i jasno a jednocześnie nienachalnie.
    A w temacie posta, bardzo się zgadzam że potrzebujemy pozostać sobą w macierzyństwie:) ja zawsze powtarzam że dzieci są równoprawnymi członkami rodziny (tak jak mama i tata), a nie jej centrum.
    Pozdrawiam!

    1. O matko świete słowa Pola <3
      I dziękuję, że doceniasz mój sposób współpracy - baaaardzo sie staram, żeby to zawsze było naturalne i nienachalne 🙂

  10. Świetny filmik! Masz piękny głos i bardzo mądre przesłanie 🙂 Odwagi! Tez uwielbiam Cię czytać, nie przestawaj pisać na blogu 🙂 Powodzenia <3

  11. Jestem mamą dwóch dziewczynek – sześcio i ośmiolatki. Pracuję na pełen etat, a do pracy dojeżdżam ponad godzinę. Kiedyś każdą wolną chwilę tą pomiędzy praniem, sprzątaniem, gotowaniem, prasowaniem poświęcałam córkom. Spacer, wspólna zabawa, rysowanie, czytanie książek… aż pewnego dnia moje córki chciały pobyć same, „ponicnierobić” – jak to powiedziały. I wtedy zrozumiałam, że każdy z nas – ja, moja sześciolatka i ta starsza ośmiolatka, mój mąż potrzebujemy chwili tylko dla siebie. Choćby to miało być to „ponicnierobienie”…

  12. o roli mamy itp już kiedyś komentowałam.Tym razem głos.Gdybym nie widziała, że dotyczy twego widea,wcale bym nie pomyślała o tobie.Nie wiem czemu.i nie że mi nie pasuje tylko z innym cię bym kojarzyła.pozdrawiam.

  13. Mam 27 lat i jestem mama 6-letniego Gabriela, bedąc juz mamą skonczylam dziennie licencjat i obronilam magistra biologii, rownoczesnie robiac weekendowo technika florystę. Nie robiłam sobie forów ani wykrętów ze mam dziecko i męża i dom na głowie, ale uparcie walczyłam o siebie ucząc się po nocach. Ale i tak miewalam chwile zwatpienia ze jetem tylko mamą bez pracy, siedzaca w domu z dzieckiem… my kobiety juz chyba takie myslenie mamy zaprogramowane…

    1. To inna sprawa, że faktycznie my kobiety, przynajmniej większość tych, które znam łatwo popadamy we frustrację i samo niezadowolenie…

  14. Piękny wpis. Sama przeżywam etap tej frustracji, o której piszesz, choć inaczej. Bo jeszcze nie jestem mamą (a już bym chciała), natomiast moim głównym problemem jest brak pomysłu na to „coś dla siebie w życiu”. Jak to znaleźć? :/

    1. Faktycznie znalezienie czegoś swojego nie jest łatwe, ale na pewno wiesz co lubisz. Widzisz u mnie to wyszło trochę przypadkowo – założyłam bloga o modzie, a efektem ubocznym były litery. Pisać natomiast uwielbiałam od dziecka.
      Ja myślę, że czasem niepotrzebnie szukamy czegoś wielkiego, tymczasem to może być drobiazg jak szydełkowanie, cokolwiek. 🙂

  15. Od kilku dni wracam do tego wpisu. Ostatnio przechodzę ten ciężki okres w życiu (7-miesięczna córka j mąż w pracy 12h dziennie;)) i czytając różne blogi denerwowało mnie,że kobiety o macierzyństwie piszą same banały. Wiedziałam, że ktoś na pewno czuje się jak ja,ale jakimś cudem nikt nie umiał wyrazić tego słowami. I w końcu Tobie się udało! Dziękuję <3

    1. Dziękuję Ci Paulina!
      Wyobrażam sobie, co czujesz ja w podobnej sytuacji założyłam bloga – byłam bliska szaleństwa. I też się zgadzam, że często o macierzyństwie mówi się w sposób banalny. Tymczasem to piękna rola, ale bywa taka ciężka.
      I nie chodzi o to, żeby to macierzyństwo demonizować, ale żeby mówić jak jest – bo wtedy po prostu jest raźniej.
      Oglądanie takiego „idealnego” macierzyństwa z boku, potrafi wpędzić we frustrację i potworne kompleksy.
      Myślami jestem z Tobą, wiem że bardzo Ci ciężko <3

  16. Kurcze świetny wpis (zresztą jak zawsze) ale ten filmik – genialny! Miło było Cię usłyszeć. jesteś taka naturalna i normalna 😀 Tołpę uwielbiam od lat. Nie zawsze mogę sobie pozwolić na te droższe serie ale jeśli uda mi się wyhaczyć coś z ich pielęgnacji np.w Biedrze to zawsze kupię 🙂 Mam zaufanie do tej marki.

    1. Dziękuję! Ja też tołpę. uwielbiam od dawna :))
      Gdybyś chciała coś kupic to na hasło miss17 w sklepie tołpy dostaniesz 20% zniżki 🙂

  17. Saro dlaczego dopiero dwa dni temu dalas kod rabatowy,ja po twoim wpisie 8 września zdazylam nakupić kosmetykow,a ty kod dopiero dwa dni temu,,,,,,:(

    1. O kurde!to może przy nastepnym wpisie to Ja ci przypomne ze istnieja kody ,po co ma byc specjalnie dla mnie niech bedzi dla wszystkich😉

  18. „Blog stał ad grobem.” Padłam 😂
    Ale tak już na poważnie – cieszę się że udało Ci się o sobie przypomnieć. Mnie też się to udało – gdy mały skończył 2 latka to zrozumiałam ze to juz nie bobas przy cycku tylko prawdziwy człowiek a ja nie mogę odpuścić siebie (taki miałam plan gdy zobaczyłam dwie kreski). I co zrobiłam? Egoistycznie poszłam na studia! Dlaczego egoistycznie? Bo to kosztuje, bo wyjeżdżam na cały dzień, po potrzebuje czasu na naukę. Ale czy mojemu synkowi stało się coś złego? NIE. a czy mnie stało się coś dobrego? ZDECYDOWANIE TAK.

  19. Droga Saro,
    to mój pierwszy komentarz na Twoim blogu, mimo iż czytam go namiętnie od bardzo dawna. Nie raz wzruszałam się przy nim do łez albo śmiałam się… również do łez 😉 Dziś jednak, po obejrzeniu filmiku z Tobą, poczułam, że muszę w końcu coś tu napisać. Jak wspominałam, śledzę Twoje blogerskie poczynania od dawna i bardzo się cieszę, że kiedyś przypadkiem tu trafiłam. Jesteś niesamowicie ciepłą osobą, masz fantastyczne, lekkie pióro i dar opisywania rzeczywistości i rzeczy na pozór zwykłych w sposób totalnie nieszablonowy. A przy tym, co właściwie jest najważniejsze – widać, że jesteś świetną, kochającą matką. Nie zapominasz jednak przy tym o sobie i o tym, że oprócz roli mamy, jesteś też kobietą. Wiele ważnych rzeczy napisałaś w tym poście oraz powiedziałaś w filmie. Mam nadzieję, że trafisz z tym przekazem do tych wszystkich kobiet, które, w natłoku codziennych obowiązków, spychają siebie na drugi, trzeci, czwarty plan. Pozdrawiam Cię serdecznie!

    PS Zawsze byłam ciekawa, jaki masz głos, w końcu wiem! 😉

  20. O właśnie. Ja skończyłam medycynę zostając matką podczas studiów i dało się. A jaka satysfakcja. A teraz mam dwa smoki w domu, w planach trzeciego, robię wymarzoną specjalizację z pediatrii w najwspanialszym miejscu o jakim mogłabym pomarzyć i ogarniamy razem z drugą połową życie codzienne z uśmiechem na twarzy, choć i czasami ze strugami potu na czole :*

  21. Filmikiem bardzo zanęciłaś mnie do wzięcia udziału w tym konkursie i wiesz co….? Jaja – wygrałam główną nagrodę, na którą sobie cierpliwie czekam w domu 😃
    Vivat rodzimy Lublin ❤
    Ps. wpis sponsorowany bardzo przyjemny, zupełnie nie „czuć” że sponsorowany, bo naprawdę wartościowy i zachęcający po prostu.
    Pozdrowionka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.