HISTORIA PEWNEGO WIANKA…

Pojawiły się niespodziewanie którejś wiosny. Jakby ktoś je niechcący rozsypał.
Były ich tysiące, może nawet setki tysięcy. Białoróżową strugą spływały do małego strumyka.
Wyglądały jak ciepły majowy śnieg. Nie sposób było tamtędy chodzić. Żal było każdej zdeptanej.
Było to dziwne, bo czy ktokolwiek zauważyłby w oceanie brak kropli?
A jednak stąpaliśmy po białym dywanie ostrożnie. Najlepiej boso.
Podziwiali je wszyscy. Raczej w niemym zachwycie, bo słowa wydawały się na ich tle koślawe i niezdarne.
Nigdy nie dowiedzieliśmy się, skąd się wzięły. Dlaczego wybrały akurat to miejsce?
Zostały na zawsze.
I kiedyś nas już nie będzie, a one każdej wiosny będą eksplodować malutkimi białymi kwiatami i snuć opowieści o ludziach, którzy tam mieszkali i kochali je tak bardzo, że chodzili po nich boso.
Stokrotki w gaju moich rodziców.

Niewiele dni z życia pamięta się tak szczegółowo. Pojedyncze słowa, gesty, rozproszone nuty zapachów, zastygłe w czasie obrazy.
Tego dnia wszystko kręciło się wokół pewnej dziewczynki. Przed dom zajeżdżały kolejne samochody, wysypywali się z nich eleganccy goście, szukali jej, ściskali, składali życzenia. Wydawała się sobie bardzo dorosła. Z powagą przyglądała się dziewczynce w lustrze, siedzącej na krześle, która w swoim majestacie nawet nie dotykała nogami podłogi. Na stopach miała białe pantofelki na lekkiej kaczuszce, która sprawiała, że czuła się niemożliwie dorosła i dumna. Na chude nogi naciągnięte miała białe rajstopy, które jakimś cudem nie rozdzierały się na jej kościstych kolanach.
Z krzesła białą falą gładkiego materiału spływała sukienka. Wcześniej mogła przymierzyć ją tylko kilka razy. Wisiała w garderobie na wieszaku. Dziewczynka odwiedzała ją kilka razy dziennie, wpatrując się czule w maleńką falbankę przy szyi – jej jedyną ozdobę.
Wyobrażała sobie dzień, kiedy wreszcie ją założy.
I oto nadszedł!
Siedziała przed lustrem z powagą, trzymając głowę prosto, jak przykazała jej ciocia, która stała nad nią plotąc „francuza”. Była znana z tego, że posiadała tajemną władzę nad pasmami włosów, które potulnie jej ulegały, a każdy kosmyk znał swoje miejsce. Spod jej sprawnych dłoni wychodziły sploty tak piękne, jakby je przędła.
Dziewczynka była już niemal gotowa. Brakowało tylko wianka, wyplecionego dzień wcześniej przez mamę ze stokrotek, które pojawiły się niespodziewanie którejś wiosny w ogrodzie i nikt nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły. Były ich tysiące.
Mama ostrożnie zebrała te najpiękniejsze, tak żeby nie zniszczyć innych. Do późnej nocy dobierała je w pary i układała z nich wianek. Kiedy skończyła, na opuszkach palców wciąż czuła kruche główki kwiatów. Delikatnie położyła wianek w misce z wodą, żeby zwiądł do rana.
I właśnie teraz wianek ze stokrotek zdobił skroń małej dziewczynki.
Była gotowa.
Po raz ostatni spojrzała w lustro.
To było 26 lat temu. Dziewczynką byłam ja. Szłam do pierwszej komunii.

Z lustra patrzyła na mnie kobieta. Wciąż bardzo młoda, ale pod cienką skórą twarzy pulsowały już pierwsze niemrawe zmarszczki. W okolicach ust i oczu. Świadczące o tym, że kobieta dużo się śmieje. W jej oczach było nadal coś dziecięcego, ale były też troski dnia codziennego, zmęczenie i gdzieniegdzie mały odprysk smutku. A może raczej nostalgii. Bo tę młodą kobietę nieustannie dręczył uciekający czas. Im bardziej zaciskała na nim dłoń, tym mocniej wyciekał przez palce.
Czasem ta nostalgia skraplała się w kąciku jej oka i treściwą łzą spływała po policzku.
Kobieta w lustrze spojrzała na mnie smutno i przeciągnęła po twarzy pędzlem. Róż gładko wtopił się w skórę. Jak dobrze, że można sobie dorysować rumieńce.
W salonie panował świąteczny ruch. Wszyscy w eleganckiej toalecie.
Na krześle przy oknie siedziała mała dziewczynka. Bardzo poważna i skupiona. Ledwo dosięgała stopami ziemi. Miała białe pantofelki na lekkim obcasiku, co czyniło ją bardzo dumną. Z krzesła białą falą gładkiego materiału spływała sukienka. Wcześniej nie mogła jej zakładać, tylko kilka razy ją przymierzyła. Wisiała w jej pokoju na drzwiach szafy, tak żeby mała dziewczynka mogła na nią patrzeć, kiedy tylko zechce.
Włosy miała upięte w starannego koczka nad karkiem. Jej mama nigdy nie była mistrzynią warkoczowych splotów. Nad jej głową pochylała się babcia. Starannie upinała na niej wianek ze stokrotek. Dziadek wstał o 5 rano, żeby je nazbierać. Ostrożnie wybierał najpiękniejsze, tak żeby nie zniszczyć pozostałych kwiatów. A potem babcia dobierała je w pary i układała z nich wianek.
Dziwna sprawa z tymi stokrotkami. Pojawiły się niespodziewanie którejś wiosny i nikt nie miał pojęcia, skąd się tam wzięły.
To było dawno. Bardzo dawno. Trzydzieści lat temu.
Spojrzałam na moją małą dziewczynkę, która w maju tego roku szła do pierwszej komunii. Nostalgia ścisnęła mi gardło, skropliła się w kąciku oka i spłynęła po policzku treściwą łzą, żłobiąc zmarszczkę w rumieńcu.

Codziennie na to patrzę. W szczelinach pękającego czasu znikają całe dnie.
Niektóre łudząco do siebie podobne. Pisane prozą. Czasem wierszem – onomatopeje trzaskających drzwi i dzikich wrzasków.
Dni bezsensownych smutków i irracjonalnych radości.
Patrzę na twarze moich bliskich. Niektóre są coraz mniej dziecinne. Inne coraz mocniej znaczone zmarszczkami.
Pory roku następują po sobie w szalonym cyklu.
Stokrotki w gaju moich rodziców znikają pod śniegiem…

To jakieś szaleństwo, że ten rok się już zestarzał. Był taki dobry. Tak dobry, że pytana o to, co chcę dostać pod choinkę, naprawdę nie wiem. Wszystko mam.
W jakiś zabawny sposób to wiejskie życie uczy mnie minimalizmu i uświadamia, że lepiej kolekcjonować chwile niż rzeczy, choć brzmi to, jak banał.

Mamy dużą rodzinę. Ja mam czwórkę rodzeństwa. Część z nich ma już swoje rodziny. A na same Święta ma przyjść na świat moja kolejna siostrzenica. Robienie prezentów było prawdziwym wyzwaniem i sporym wydatkiem, nawet jeśli to były tylko drobiazgi. Kup 20 prezentów.
Kilka lat temu, zainspirowani rodziną mojej przyjaciółki, postanowiliśmy robić losowanie.
To był strzał w dziesiątkę. Od teraz każdy kupuje jeden prezent, a kwotę ustalamy.
Ale ja w tym roku mam jeszcze jeden plan. Każda rodzina dostanie ode mnie Fotokalendarz A3 marki PIXBOOK, w którym zamknę te najlepsze momenty 2018 roku.
W zeszłym roku polecałam Wam Fotoksiążki – nadal uważam, że to rewelacyjny prezent i najlepiej zrobić je spokojnie już teraz, żeby nie wpaść w szał świątecznej gorączki.
O ile jednak Fotoksiążka wymaga poświęcenia dłuższej chwili, kiedy w spokoju można wybrać zdjęcia, o tyle zrobienie Fotokalendarza to dosłownie chwila.
Po prostu wklejacie 13 zdjęć i voila! Gotowe.
Spójrzcie jak to zrobić:

KROK PIERWSZY – WYBÓR SZABLONU.

Do wyboru macie aż 124 szablony. Od minimalistycznych po bardzo zdobne. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo możecie również wybrać rozmiar – A3, A4 lub Fotokalendarz XL oraz format – poziome lub pionowe.

KROK DRUGI – PROJEKTOWANIE

Najpierw wgrywacie zdjęcia – z komputera, z google drive a nawet z Facebooka. Kiedy to zrobicie, jesteście już o krok od tego, żeby Kalendarz był gotowy. Wybrane zdjęcia po prostu przeciągacie na pozycję z Kalendarza. To tyle 🙂 Serio. Jestem przekonana, że kolejny kalendarz zrobicie w mniej niż 5 minut.


A TAK WYGLĄDAJĄ GOTOWE FOTOKALENDARZE:

Fotokalendarze PIXBOOK to fajny pomysł na prezent, kiedy chcecie dać coś do serca i nie zrujnować przy tym kieszeni. Fotokalendarze, które widzicie na moich zdjęciach kosztują w cenie regularnej 20 zł. Kiedy będziecie oglądać je za 20 lat to prawdopodobnie umrzecie ze śmiechu, albo ze wzruszenia, ale to jeszcze trochę czasu.
Tymczasem, żeby nie ulec świątecznej gorączce zachęcam Was już dziś do zrobienia własnego Fotokalendarza.
Mam dla Was oczywiście kod rabatowy. Z hasłem MISSFERREIRA zamówicie Fotokalendarze A3 pion za:
1-2 sztuk = 18 zł/szt.
3-5 sztuk = 16 zł/szt.
6-9 sztuk = 15 zł/szt.
10 i więcej sztuk = 13 zł/szt.
Kod jest wielokrotnego użytku, ważny do 15 stycznia 2019 roku 🙂
Ważna informacja na koniec – jeśli zależy Wam, żeby fotokalendarze doszły na Święta, Wasze zamówienie musi zostać opłacone i zaksięgowane do 20 grudnia 2018 roku.



Włosy miała upięte w starannego koczka nad karkiem. Jej mama nigdy nie była mistrzynią warkoczowych splotów. Nad jej głową pochylała się babcia. Starannie upinała na niej wianek ze stokrotek. Dziadek wstał o 5 rano, żeby je nazbierać. Ostrożnie wybierał najpiękniejsze, tak żeby nie zniszczyć pozostałych kwiatów. A potem babcia dobierała je w pary i układała z nich wianek.
Dziwna sprawa z tymi stokrotkami. Pojawiły się niespodziewanie którejś wiosny i nikt nie miał pojęcia skąd się tam wzięły.
To było dawno. Bardzo dawno. Trzydzieści lat temu.



Pojawiły się niespodziewanie którejś wiosny. Jakby ktoś je niechcący rozsypał.
Były ich tysiące, może nawet setki tysięcy. Białoróżową strugą spływały do małego strumyka.
Wyglądały jak ciepły majowy śnieg. Nie sposób było tamtędy chodzić. Żal było każdej zdeptanej.
Było to dziwne, bo czy ktokolwiek zauważyłby w oceanie brak kropli?
A jednak stąpaliśmy po białym dywanie ostrożnie. Najlepiej boso.



*Wpis powstał we współpracy z marką PIXBOOK.

You may also like

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.