I ŚLUBUJĘ CI, ŻE BĘDZIEMY ŚMIAĆ SIĘ AŻ DO ŚMIERCI, CZYLI 10 RZECZY KTÓRE SPRAWIAJĄ, ŻE CIĄGLE ZA NIM TĘSKNIĘ, KIEDY WYJEŻDŻA

Statystyki i Wielki Brat Google nie kłamią – najbardziej interesuje Was Pan Ferreira. Na tego bloga trafiacie najczęściej po frazie „miss ferreira mąż” 😀
Wiem też o pewnej teorii spisku, negującej istnienie Pana Ferreiry.
Jednak to, że sobie Pana Ferreirę wyśniłam, wcale nie oznacza, że tak naprawdę Pana Ferreiry nie ma.

Ja i Pan Ferreira nie jesteśmy lustrzanymi odbiciami. Właściwie jesteśmy jak kwas i woda, ale wlewani w odpowiedniej kolejności, uzupełniamy się doskonale.
I widzicie, tak się jakoś złożyło za ekshibicjonizm w tym związku odpowiedzialna jestem ja. Epatowanie w wirtualu i realu, wychodzi mi tak dobrze, że Pan Ferreira siada sobie w kącie i mówi „epatuj epatuj kochanie, ja sobie poepatuje innym razem”.
A więc jesteśmy inni.
Ja wyrażam się za pomocą całej gamy decybeli, podczas kiedy mój małżonek rozsądnie porcjuje jednego decybelka dziennie.
Ja posługuje się życiową skalą durową, mąż przywołuje mnie do porządku molowymi tonami – ja uważam, że mam wyborne poczucie humoru, wg niego jestem zwyczajnym klaunem.
On jest Szarą Eminencją, ja jestem Przejaskrawioną Papugą.
On mówi „może coś bardziej stonowanego?”, ja krzyczę „więcej kontrastu, więcej kontrastu!”.
I choć zdarza nam się wlać wodę do kwasu i trochę poparzyć, to dobrze nam razem.

Nigdy nie mówię „zawsze”, daleka jestem od pisania poradników, każda para jest inna.
Ale opowiem Wam dziś co u nas się sprawdza, że po dziesięciu latach małżeństwa nadal nienawidzę, kiedy wyjeżdża i uwielbiam, kiedy wraca.

1. KOMPROMIS.
Gdzieś kiedyś wyczytałam, że małżeństwo to sztuka kompromisów i o matko – jak prawdziwe jest to powiedzenie.
Na ten przykład weźmy filmy. Ja i mój mąż kinematograficznie rzecz biorąc, jesteśmy z dwóch różnych planet. On uważa, że kino powinno bawić i relaksować. Ja od filmu oczekuję katharsis. On chce się pośmiać przy głupkowatej komedii, ja muszę się wypłakać przy dramacie opartym na faktach autentycznych.
On nie uznaje kina sprzed 2010 – uważa, że jest nieme i biało-czarne. Ja uwielbiam stare filmy.
Oczywiście już dawno mogliśmy się o to pozabijać, ale dla dobra własnego i dzieci, uznaliśmy, że lepszy będzie kompromis. Dlatego najchętniej oglądamy filmy, na których płaczemy, ale ze śmiechu.
On kocha mięso, ja warzywa – wybraliśmy kompromis, najczęściej jemy sałatki z mięsem. On przekłada mi na talerz szpinak, ja jemu mięso z „żyłką”.
Mnie nogi świerzbią do tańca, kiedy słyszę R&B, on nie może usiedzieć w miejscu kiedy poleci electro. Więc mam wspólną playlistę do tańca – na zmianę R&B i electro. Ja udaję, że kręci mnie Steve Aoki, on udaje że kręci go Justin Timberlake.

2. NIE CZEKAM AŻ SIĘ DOMYŚLI
Już dawno oduczyłam się bycia babą rodem z dowcipów.
Przez pierwsze miesiące małżeństwa regularnie czekałam „aż się domyśli”.
Aż się domyśli żeby wynieść śmieci, aż się domyśli żeby mi pomóc, aż się domyśli żeby zrobić to, aż się domyśli żeby zrobić sro, aż się domyśli że mi przykro, aż się domyśli że chciałabym cośtam, aż się domyśli żeby zamieszkać w mojej babskiej głowie i spełniać moje myślanki.
Chyba nigdy się niczego nie domyślił, to z kolei dało mi domyślenia – jeśli się nie domyślił, to może tego nie pomyślał? Jeżeli się nie domyślił rok, to może już nigdy się nie domyśli?
Kiedy już domyśliłam się, że on się nie domyśli, porzuciłam marzenia o domyślankach, porzuciłam fochy „bo się nie domyślił” i postawiłam na proste komunikaty: wynieś śmieci, kup masło, zrobiłeś mi przykrość, tak jestem obrażona.
Nagle okazało się, że mój mężczyzna ma napęd na zdania oznajmujące. To było kluczowe odkrycie.

3. CZY COŚ SIĘ STAŁO?
„Czy coś się stało” – tak naprawdę pochodna „domyśl się”, lecz zasługuje na własną cyferkę.
Kiedyś pytanie „czy coś się stało” wyzwalało w mojej głowie wszystkie destrukcyjne tryby myślowe – „pff, jeszcze się pyta! Co za matoł! Odwalił taki numer i jeszcze się pyta czy coś się stało! A przecież doskonale wie, co się stało. Rżnie głupa, normalnie z premedytacją pyta mnie co się stało, a tak zawalił, czy coś się stało?! CZY COŚ SIĘ STAŁO?!!”, w związku z tym zawsze odpowiadałam, krótko i na temat „nie”.
A co robiłam potem? Zgadniecie? Tak! Czekałam aż się domyśli. Resztę już znacie – nigdy się nie domyślił.
Od dawna stosuję więc zdania oznajmujące co się stało. Działa.

4. NIE KRUSZYMY KOPII.
Prawdziwą wojnę można zacząć od bitwy o niezakręconą pastę do zębów. Można, ale nie warto kruszyć kopii. Każda kłótnia czegoś uczy – my nauczyliśmy się, że każda godzina, kiedy się na siebie gniewamy to zmarnowany czas.
Czasem stajemy naprzeciw siebie w przyłbicach, gotowi do walki, słyszę nasze oddechy i czuję jak zaczynamy szacować – ile będzie strat w ludziach? Ile odrapań i skaleczeń?
Mierzymy się chwilę wzrokiem i odkładamy broń. Bo nie warto kruszyć kopii. Zwłaszcza w imię pierdoły.

5. WSPÓLNE SPĘDZANIE CZASU.
Zamiast poślubić jakiegoś tam pożal się boże księcia na karym koniu, poślubiłam najlepszego kumpla. I chociaż podczas dziesięcioletniej wędrówki małżeńskiej to czy owo się zmieniło, to nieustannie uwielbiamy spędzać ze sobą czas. Plotkować, śmiać się, oglądać seriale.
Kładziemy spać dzieci o 20.00 i zaczyna się nasz bezwzględnie święty czas.
Ze wszystkich mężowskich pytań, najbardziej kocham te dwa: „wyjdziesz za mnie?” oraz „co robimy wieczorem?”. To pierwsze zadał mi raz, to drugie słyszę codziennie.
Niezmiennie cieszę się jak dziecko, kiedy myślę, czym będziemy zajadać wieczorne plotki i film.

6. OSOBNE SPĘDZANIE CZASU.
Jako najlepszy kumpel swojego męża, doskonale wiem, że pod przykrywką odpowiedzialnego ojca rodziny, wykonującego bardzo poważny zawód, nadal jest tylko chłopcem, który do szczęścia tak bardzo potrzebuje konsoli, kolegów i głupich żartów.
Nie wchodzę do jego chłopackiego świata podgłośnionego na ful, nie proszę żeby zdał mi relację z tych durnych wirtualnych wyścigów, których nigdy nie zrozumiem.
A on wie, że czasem muszę wziąć oddech od matkowania, i zajrzeć do swojego dziewczyńskiego świata, wypełnionego błahostkami.

7. PRZEPRASZAMY SIĘ.
Zdarza nam się strzelać do siebie z ostrej amunicji, to nieuniknione.
Nienawidzę momentu, kiedy idę do niego z podkulonym ogonem i proszę o wybaczenie.
Ale z drugiej strony, kiedy on mnie przeprasza – nigdy nie czuję satysfakcji, nie uważam żeby ubyło mu honoru. Po prostu, jesteśmy ludźmi, popełniamy błędy i czasem trzeba przeprosić.

8. KOMPLEMENTUJEMY SIĘ.
Czasem nawet na wyrost.
Oczywiście wiecie, jak działają komplementy w związku – to rosyjska ruletka:
– Pięknie dziś wyglądasz.
– A wczoraj nie wyglądałam?!

9. MAMY ŚWIADOMOŚĆ SWOICH WAD I ZALET.
Ktoś kiedyś zapytał mnie, czy w moim mężu nie przeszkadza mi to i tamto. Zaskoczyło mnie to pytanie, bo nie ma ludzi bez wad (paradoksalnie ci którzy za takich się mają, są nieznośni) poza tym – czy ja jestem jakąś idealną żoną, żeby mieć idealnego męża?
To właściwie kwestia wyboru – mogę brać pod lupę jego wady, ale wolę przykładać szkło powiększające do jego zalet.
Wolę myśleć, że poślubiłam cudownego męża, który bywa gburem niż gbura, który bywa cudownym mężem.
Wolę kiedy on myśli, że poślubił cudowną żonę, która bywa zołzą, niż zołzę, która bywa cudowną żoną.
Proste.

10. POCZUCIE HUMORU.
„I ślubuję ci, że będziemy śmiać aż do śmierci” – to moim zdaniem powinna być oficjalna część przysięgi małżeńskiej. Żartować ze wszystkiego – z życia, z dzieci, z problemów, z siebie.
Jestem niemal pewna, że powaga może uśmiercić związek.
Dopóki leżymy w kuchni na podłodze i kwiczymy ze śmiechu, dopóty jest dobrze.

***

Mąż wraca z delegacji. Przygląda mi się i pyta:
– Coś zmieniałaś?
– Nie..
– Nie no, coś robiłaś, ale nie wiem co?
– Nic nie robiłam.
– Inny kolor włosów?
– Nie!
– Aaaa, już widzę – brwi malowałaś.
– Faktycznie, zapomniałam, mam świeżą hennę. Ale na początku zawsze jest taka ciemna, jutro już będzie ok.
– Nie no wiem, tylko tak jakoś ci się od tego zmieniły… proporcje twarzy.

***

– Świetnie dziś wyglądasz.
– Och, dziękuję ci.
– Powiedziałem „świetnie dziś wyglądaM”

***

Dzwoni Majkel, zgrywam lekko obrażoną:
– Nie odpowiadasz na moje smsy… 
– Kochanie… 
– A pisałam ci tylko, że za tobą tęsknię… 
– Po prostu… – zaczyna się tłumaczyć mąż, ale przerywam mu.
– Co? Nagle postanowiłeś zgrywać zimnego drania i nie odpowiadać, kiedy ci piszę, że tęsknię? 
– No coś ty, kochanie! Pracowałem, byłem zajęty. 
– Nieprawda! Widziałam, że w tym samym czasie byłeś aktywny na fejsbuku! 
– Ale lajkowałem TWOJE posty!

***

Ja: Jaki kupiłeś mi rozmiar tej piżamy? 
Majkel: Co to za pytanie? Naprawdę uważasz, że odważyłbym się kupić ci coś większego niż S ?

You may also like

14 komentarzy

  1. Najpiekniejszy tekst walentynkowy ever. Obym tez znalazla męża, z którym bede smiac się na podłodze do rozpuku;) pozdrawiam serdecznie!

  2. Lubię Cię Sara czytać. Wiele razy mam tu cos napisać, ale brak czasu/odwagi/polotu. A nie raz długo rozmyślam nad tym co u Ciebie szybko przeczytałam. Ostatnio zaczynam się od Twojego słowa uzależniać. Imponujesz mi nim 😊 taki walentynkowy słodziak

  3. UWIELBIAM,UWIELBIAM,UWIELBIAM…Zawsze czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy..Rozjaśniłaś dziś Saro, ciemny lutowy wieczór swoim tekstem…Czy Ty nie powinnaś zajmować się zawodowo pisaniem?? 🙂 Jesteś naprawdę świetna…i piękna!! Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twojej rodziny…Ewa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.