JAKIM FILMEM JEST TWOJE ŻYCIE?

Ostatnio ktoś zapytał mnie, jakim filmem mogłoby być moje życie. Nie jestem w stanie zadecydować. Możliwości jest zbyt wiele.
Na ten przykład weźmy moją ostatnią podróż PKP. „Dzień Świra” czy „Wonder Woman”?
Otóż jadę pociągiem. Wszystko się nie zgadza. Jadę do Warszawy w kierunku przeciwnym do Warszawy. Jest upał i nie ma klimatyzacji. Co chwilę stajemy w jakimś szczerym polu, maszynista tłumaczy nam dlaczego, ale z głośnika wydobywa się tylko niezidentyfikowany szum, przerywany pojedynczymi głoskami, a więc pociąg nie jedzie bo „a…fh..djkd…aaa….e…………dl…..a…..o….”. Trzeba być Sherlockiem Holmesem ze słuchem absolutnym, żeby na podstawie takiego komunikatu zrozumieć, czemu pociąg stoi. Jedziemy. Stoimy. Jedziemy. Stoimy. Ot, taka jazda w konwulsjach.
Dzieci krzyczą. Dorośli zawodzą. A drzwi przesuwne od toalety są zepsute i na każdym zakręcie otwierają się i zamykają, otwierają się i zamykają. Maszynista:„a…fh..djkd…aaa….e…………dl…..a…..o….”. Jedziemy. Stoimy. Krzyk dziecka. Maszynista. Drzwi zamykają się i otwierają. Upał. Muszę rozprostować nogi, przejdę się do toalety.
Wstaję. Mój krwiobieg się restartuje. Odzyskuję czucie w kończynach. Toaleta majaczy na końcu wagonu, jak bałamutna fatamorgana. Ale to nie zwidy. Tam musi być lustro.
Idę, szarpiąc udami lepkie pociągowe powietrze. Przyspieszam na ostatniej prostej, staję w drzwiach wc, a tam na kiblu siedzi koleś w sytuacji do bólu fizjologicznej. To nawet nie są ułamki sekund, to promil czasu, który mieści w sobie niewypowiedziane pokłady żenady. Przez tyle patrzymy sobie w oczy. Wspaniałomyślnie zamykam drzwi, kończę to haniebne pociągowe widowisko. Wracam na swoje miejsce i szczelnie zaszywam się w swoim kąciku, tak żeby nikt mnie nie znalazł, a już na pewno nie odtwórca pierwszoplanowej roli spektaklu „Kupa w Orient Expressie”.
Teraz sami zdecydujcie, „Dzień Świra” czy „Wonder Woman”? Bo przecież jakby nie było, uratowałam facetowi może nie życie, ale twarz na pewno, no przynajmniej dupę.
Nie wiem zatem jakim filmem jest moje życie, ale odkąd wiodę ten wiejski żywot, wiem już, że pewne epizody nadają się doskonale na opowiadanie Edgara Allana Poe.
Od dnia w którym się przeprowadziłam i zobaczyłam, że nad moim bezpieczeństwem czuwa przydrożna Creepy Mary, która nocą przypomina upiora, wiedziałam że będą działy się tu rzeczy z pogranicza światów…

Historia, którą chcę Wam opowiedzieć dzisiaj zaczyna się od zdarzenia pozornie błahego, mianowicie snu mojego brata. Nienawidzę cudzych snów. Gdy rozmówca mówi: „nie uwierzycie co mi się dzisiaj śniło!”, robi mi się niedobrze i mam ochotę powiedzieć „ależ oczywiście, że uwierzymy!! Wszak sny charakteryzują się tym, że może się w nich wydarzyć wszystko! To we śnie moja mama zamieniła się w rower i odjechała, oraz mój tata rozmawiał przez domofon z koniem! Tylko we śnie jest to możliwe!”
Kiedy więc brat poinformował mnie, że oto miał sen, na ułamek sekundy zrobiło mi się niedobrze, ale po chwili gęsto powlekłam się gęsią skórką, bo zaiste sen był prezentem od samego mistrza grozy Hitchcocka.
Była już późna noc. Ten moment kiedy dom pogrążył się w fazie REM i tylko po ścianach snuły się pojedyncze zbłąkane takty melodii nocnej. Mój brat właśnie skończył pracować i szykował się do łóżka, kiedy po plecach musnęło go mokre powietrze lodowatej sierpniowej nocy. Postanowił więc zamknąć okno balkonowe. Kiedy chwycił za klamkę, z czarnej czeluści na zewnątrz wyłoniła się jakaś postać. Zdążyła wsadzić rękę między mojego brata a szklane drzwi, popchnęła je i gwałtem wdarła się do domu. Wpadła do salonu, dzierżąc nóż. Mój brat wydał z siebie przeraźliwy krzyk. TEN KRZYK. Krzyk, który wydobywa się z samych trzewi, ale we śnie nigdy go nie słychać. Niemy histeryczny skowyt.
I wtedy się obudził. Dom oddychał miarowo. Tafla spokojnej nocy pękła, a z pęknięcia zaczęła sączyć się skroplona groza. Do rana brat spał niespokojnie.

Sen brata wrócił do mnie kilka razy impulsywnym dreszczem, potem przestałam o nim myśleć.
Kiedy wieczorem wzięłam się za nawoływanie dzieci i psa, już po kilku minutach przedpokój szczelnie wypełnił się zapachem sierpniowej wsi i odgłosami zziajanych dzieci. Ale psa ani śladu. Poszukiwania i nawoływania nie przynosiły skutku, a wieczór zaczął się starzeć i przywdziewać wieczorowe barwy.
Fera przepadła jak kamień w wodę, ale byłam dosyć spokojna. Domyślałam się, że prawdopodobnie straciła rozum i poczucie czasu na widok jakiegoś dzikiego zwierzęcia – zająca czy sarny.
Wróci zanim pójdę spać i skruszona położy się przed drzwiami, a kiedy otworzę, skulona wpełznie do domu, jakby chciała powiedzieć „wiem, wszystko wiem, nic nie mów, obiecuję, że więcej tak nie zrobię”, zaszyje się w posłaniu i będzie na mnie patrzeć tym przepraszającym wzrokiem psa marnotrawnego.
Co moment jednak nerwowo otwierałam drzwi, nawołując psa, ale odpowiadała mi tylko ta muzyka rozsypana po pięciolinii nocy – szum drzew i świerszcze.
O północy, kiedy szłam spać, raz jeszcze zawołałam Ferę, ale mój głos został wchłonięty przez czarna dziurę nocy i nie została po nim smuga dźwięku. Psa nie było. Położyłam się do łóżka.

Ze snu wyrwał mnie skowyt. Histeryczny. Wyraźny i słyszalny. Nieludzki. Jak zawodzenie wilka.
Fera! – pomyślałam, wstając prędko. Uchyliłam okno w sypialni. – Fera?! To ty? – ale z mojego okna niewiele widać, poza tym noc tak gęsto tkana była czernią, że nie miałam szansy dostrzec psa. Nagle coś usłyszałam, może nawet zobaczyłam, jakby czerń się zakrzywiła, ale nie wiedziałam już czy to nocne zwidy, czy faktycznie coś się poruszyło. Zeszłam na dół, otworzyłam drzwi balkonowe, jak wrota do do nieprzeniknionej ciemności, tylko fragment trawy oświetlony był przez wątłe kuchenne światło. Noc była lodowata, szczelnie otuliłam się szlafrokiem.
– Fera! Piesku, to ty? – krzyknęłam szeptem, kiedy kuchenną smugę światła przeciął jakiś błyskawiczny ruch. W tej samej sekundzie lawiną dreszczu spłynął na mnie sen brata, ta ręka gwałtem wdzierająca się między niego, a drzwi balkonowe. Potykając się wpadłam do domu. Z impetem zatrzasnęłam drzwi, dysząc ciężko ze strachu. Upewniłam się, że wszystkie drzwi są starannie zaryglowane przed Niewiadomym z czeluści nocnej. Wzięłam latarkę i udałam się na półpiętro, gdzie jest ogromne okno. Coś nadal mi mówiło, że Fera tam jest. Otworzyłam okno, światło wszystkich domowych żarówek rozlało się przed domem gładkim strumieniem. Latarką doświetliłam miejsca niedostępne dla oczu. Nagle zobaczyłam Ferę. Stała obok altanki ogrodowej, patrząc na mnie. – No chodź do mnie piesku! – ale ona ani drgnęła. Po prostu patrzyła. – Zwariowałaś? No chodź, wracaj do domu! Nie wygłupiaj się. Chodź! – starałam się przybrać wesoły ton, ale to wszystko coraz bardziej przypominało senną marę, a nie rzeczywistość. Pies patrzy na mnie spode łba i stoi w miejscu. Gwałtownie przepłynął przeze mnie kolejny dreszcz. To się nie może dziać. Może to jeden z tych podłych snów, kiedy budzisz się, czujesz ulgę że to tylko koszmar, ale tak naprawdę obudziłeś się w kolejnym śnie – jeszcze gorszym. Tkwisz w tej sennej pułapce, z której nie ma wyjścia. Coś potwornego. Ale wszystko było dotkliwie realne. Namacalne. To się działo się naprawdę. Mój pies stał kilka metrów ode mnie i z jakiegoś powodu się nie ruszał.

Zamierzałam uporać się z tym sama, ale nie sądziłam, że będę musiała stawić czoła armii upiorów nocnych. Musiałam wciągnąć do tego koszmaru męża.
– Majkel, wstań – szepnęłam uporczywie, wyszarpując go z trudem fazie REM. – Wstań, Fera wróciła, stoi na dworze, ale się nie rusza, to jakaś dziwna sprawa i się boję.
W tandemie ruszyliśmy. Przed nami był Wielki Mur ciemności. A my byliśmy jego strażnikami.
Wrota nocy stanęły przed nami otworem. W ułamku sekundy zaatakowała nas ręka chłodu. Latarką oświetliłam skrawki trawnika pod naszymi nogami. Wszytko poza smugą światła było tajemnicą i grozą. Nerwowo odwróciłam się za siebie. Ciemność łapczywie pochłonęła światło latarki. Wszytko działo się szybko, ale czas jak we śnie, odkształcił się i dłużył.
Przy altance stała Fera. Nadal się nie ruszała, ale merdała ogonem. Podeszliśmy bliżej. Nagle zrozumieliśmy, co się stało. Pies przyczepiony był do przęsła altanki za pomocą sznurka. Próbował się uwolnić, więc kilkakrotnie okrążył przęsło. Sznurek skrócił się do kilku centymetrów. Fera nie mogła się ruszyć.
Uwolniłam ją, ta jak pocisk wpadła do domu. A my za nią. Ciemność deptała nam po piętach. W ostatniej chwili zatrzasnęliśmy przed nią drzwi.
Tafla spokojnej nocy pękła, a z pęknięcia zaczęła sączyć się skroplona groza. Pochłonął mnie nerwowy przerywany sen.

O poranku zeszłam do kuchni. Fera leżała w swoim legowisku nadal w pozie psa marnotrawnego. Wzięłam do ręki kubek z parującą kawą. – Dziewczyno, co się wczoraj stało i kto cię tam przypiął? – zapytałam. Odpowiedziały mi skruszone psie oczy.
Na trawniku przed domem rozlało się pogodne światło dnia. Pomyślałam o ciemności, która przyjdzie nocą, znowu je wchłonie i w swojej zachłanności nie zostawi ani jednej wątłej wiązki.


Od dnia w którym się przeprowadziłam i zobaczyłam, że nad moim bezpieczeństwem czuwa przydrożna Creepy Mary, która nocą przypomina upiora, wiedziałam że będą działy się tu rzeczy z pogranicza światów, jak na przykład znikające ramię.

Piszcie, jakim filmem jest Wasze życie. Jestem bardzo ciekawa!

sukienka – h&m
trampki – Converse

You may also like

8 komentarzy

  1. Kurcze, Pani Fereiro ile ja Cię mogę prosić, żebyś napisała książkę?
    Ja nie wiem jakim filmem jest moje życie, dzień świra myślę, byłby całkiem spoko, ale znalazłyby się też sceny ze Shreka, Minionków, Zwierzogrodu, a także parę kadrów z horrorów:D

    Piękna sukienka i piękne klimatyczne zdjęcia.
    Mam nadzieję, że Fera jest cała i zdrowo. Rozwiązała się zagadka, kto ją przywiązał?
    Pozdrawiam!

  2. Ja bym napisała: „Pies nie wrócił na noc do domu. Okazało się, że ktoś go przyprowadził i przywiązał sznurkiem do altanki”. Saro!!!!! Nie zakopuj talentu.

  3. Mój film, to niskich lotów obyczajówka ;P. Kto by chciał to oglądać :)!!!
    Saro, kolejny raz rozbrajasz mnie swoimi opowieściami… chcę więcej :D!!!

    P.S. Przeuroczo pląsasz w tych groszkach :)!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.