MAMO, JESTEM NIEWYSTARCZAJĄCO ŁADNA…

Kilka dni temu moja młodsza córka przyniosła ze szkoły jakiś druczek.
– Mamo! – zwołała – mieliśmy dziś bardzo fajne zadanie, musieliśmy napisać innym, za co ich lubimy – oznajmiła, wręczając mi zwitek papieru.
Przyjrzałam się karteczce, gdzie niezdarnymi literami napisane było może z dziesięć razy „bo jesteś fajna”.
W kolejnej rubryce dzieci miały napisać, co same w sobie lubią, a czego nie.
Na pytanie, co w sobie lubi, moja córka odpowiedziała „NIC”.
Przełknęłam gulę, która momentalnie zakwitła w moim gardle i zapytałam:
– Dlaczego napisałaś, że nic w sobie nie lubisz?
– Bo nie lubię – odpowiedziała zdecydowanie.
– Jak to, przecież jesteś taką wyjątkową dziewczynką? – dociekałam, nerwowo mrugając oczami, żeby nikt nie zauważył, jak bardzo się zaszkliły.
– Myślę, że jestem niewystarczająco ładna – powiedziała i wzruszyła ramionami.
– Ale jakie to ma znaczenie?! – niemal podniosłam głos.
– Nie wiem, pewnie jakieś ma – oznajmiła zaczepnym tonem.
Wzięłam tę cholerną kartkę i grubymi literami wypisałam wszystko, co jest w niej cudowne.
Buzia jej się rozjaśniła, kiedy zaczęła czytać.
– To prawda, jestem zabawna! – uśmiechnęła się do siebie, czytając.

Tymczasem ja stałam nad nią, zachodząc w głowę, gdzie, kiedy i jak popełniłam błąd, że moja ośmioletnia córka, miewa myśli, że niczego w sobie nie lubi i jest wystarczająco ładna?!
Nieustannie powtarzam moim dzieciom, że są mądre, wartościowe, dobre. Mówię im,że są piękne, piękne takie jakie są, dla mnie – najpiękniejsze na świecie. Po prostu z urody staram się nie czynić jakieś nadrzędnej cnoty.
Na tym polu miałam nawet ostrą wymianę zdań z teściową, którą jak wiecie – uwielbiam.
Zauważyłam, że bardzo często mówi moim dzieciom, że są „piękne” albo „najpiękniejsze na świecie”. Wiem, że kierowały nią dobre intencje, nie miała złych zamiarów. Któregoś jednak dnia poprosiłam, żeby przestała nieustannie komplementować dzieci w ten sposób. Żeby chwaliła również ich dobre cechy, a najlepiej uczynki.

Ta moja obawa, którą miałam w sobie od dawna, nagle się wykluła i rzuciła mi wyzwanie.
Jak w dzisiejszych czasach, w XXI wieku, kiedy kult ciała i urody jest silniejszy niż kiedykolwiek za sprawą internetu, wychować córki na świadome kobiety, które nie mierzą swojej wartości wyglądem?
Jak wychowywać je, żeby z kobiecości miały frajdę, a nie były jej niewolnicami?
Jak? Kiedy ja sama, dorosła baba, racjonalistka, twardo stąpająca po ziemi, spełniona kobieta, żona i matka potrafię wpaść w kompleksy, wertując instagram?

Granica między frajdą a zniewoleniem

Niedawno było głośno o Zadie Smith. Pisarka, która również ma ośmioletnią córkę, zakazała jej spędzania przed lustrem więcej, niż 15 minut dziennie.
Sama się nie maluje, nie zabiega o wygląd, uważa to za stratę czasu i przejaw próżniactwa.
Ale czy to dobra postawa? Mam jednak wrażenie, że żadna skrajność nie jest dobra.
Przyszła mi wtedy na myśl moja Mama. Cudowny przykład cieszenia się z kobiecości bez popadania w obłęd. Zadbana, fajnie ubrana, delikatnie podmalowana, szalenie kobieca, subtelna.
Lubiąca wyglądać dobrze. O ile mi wiadomo – nieporównująca się do innych kobiet. A przynajmniej nie przesadnie. Świadoma swoich wad i zalet. Przede wszystkim zaś – niepoświęcająca temu tematowi jakieś zbędnej uwagi.
Nie spędzała godzin przed lustrem, nie rozprawiała o swoim wyglądzie.
I niewątpliwie to Mama właśnie zaszczepiła we mnie frajdę z bycia kobietą. Frajdę.
Kiedy nad tym się zastanawiam, to internet jako pierwszy zakwestionował moją „fajność”.
Po tym, jak założyłam bloga, skądinąd zresztą – bloga o wyglądaniu.
Kiedy wrzuciłam do sieci swoje zdjęcia, po raz pierwszy usłyszałam, że mam „masywne uda” czy „końską twarz”.
Naprędce pobiegłam do lustra sprawdzić, ile jest w tym prawdy.
Dziś wiem, że miałam wiele momentów, kiedy otarłam się o zniewolenie. Kiedy gorączkowo myślałam „nie jest idealnie”. Ale czy musi?
Powiem Wam szczerze. Moim największym kompleksem zapewne są piersi. A raczej ich brak.
Tak się po prostu złożyło, że dzieci wyssały ze mnie ponętną miseczkę małe D.
Kiedy skończyłam karmić Lolka, wyglądałam jak wynędzniały chłopczyk. Ważyłam niecałe 50kg.
Oglądałam z politowaniem w lustrze swoje cycki. „Ziemniak w skarpecie” – tak kiedyś powiedział ktoś o zmordowanych karmieniem piersiach. I ja właśnie reprezentowałam ten look.
Wtedy po raz pierwszy powiedziałam sobie – przyjdzie dzień, w którym zoperuję piersi.
Do operacji plastycznych stosunek mam taki – wszystko dla ludzi, ale z umiarem.
Już kiedyś pisałam o znajomej, która zoperowała nos. Na jej delikatnej twarzy wyglądał jak jakiś psikus matki natury. To ją blokowało. Zarówno w relacjach międzyludzkich, jak też zawodowo. Podjęła decyzję. Operuje. Podczas konsultacji psychologicznych, terapeuta zapytał, co zamierza zoperować w dalszej kolejności. – Nic! – odparła wzburzona. – A piersi? A usta? – dopytywał terapeuta. – Ale piersi i usta są moje! – broniła się moja znajoma. – A nos? – Nos nie jest mój! – powiedziała stanowczo.
I faktycznie można powiedzieć, że operacja nosa zupełnie zmieniła jej życie. Poczuła się ładna, a co za tym idzie – pewna.
Tymczasem we mnie dojrzewała powoli myśl o zoperowaniu piersi. Coraz częściej mówiłam o tym mężowi, który od początku był bardzo przeciwny temu pomysłowi.
Myślałam tak – małe piersi to mój ogromny kompleks, ciężko mi się z tym żyje. A jakiś głos z tyłu głowy dopytywał – na serio?!
Zaczęłam to racjonalizować. Są kobiety, którym brak biustu odbiera całą kobiecość. Są jakby odarte z tożsamości. Czują się bez niego niepełne, mniej wartościowe. Czy ja się tak czuję? No nie. Czuję się ładna i kobieca. Po co mi ten biust? Ludzie, którzy mnie kochają najbardziej i na których mi zależy, nie uważają, żeby czegoś mi brakowało. Mąż kategorycznie mówi: „nie! Taką cię kocham”. Więc po co?
Moją motywacją była próżność. Kolokwialnie mówiąc – chęć bycia fajną dupą. I tyle.
A potem przyszła mi do głowy myśl – co powiem dzieciom? Kiedy zapytają, dlaczego idę do szpitala na poważną operację. Co im powiem? Przecież ich nie okłamię. Będę musiała powiedzieć prawdę – „idę na poważną operację, bo chcę być ładniejsza”.
I już słyszę Lolka, mówiącego: „a po co chcesz być ładniejsza mamo?”
Jak to po co synku, żeby się bardziej podobać ludziom – bo w moim wypadku tak powinnam odpowiedzieć.
A moje córki? Jakie to byłoby przesłanie dla moich córek? Że wygląd jest tak ważny, że można w jego imię iść nawet pod nóż?
Są kobiety, nie wątpię w to, którym operacje plastyczne ratują życie i to nie w przenośni.
Ja po prostu nie jestem w tej grupie.

Jaka jest więc granica między frajdą a zniewoleniem?
Czy, jak Zadie Smith powinnam zabronić córkom patrzenia w lustro? Przecież sama mam przyjemność z malowania się, nie wyprę się swojego bloga szafiarskiego i tego, że lubię fajnie się ubrać. Byłabym straszną hipokrytką, twierdząc, że jest inaczej. Co więcej – doskonale wiem, że ważne jest, żeby dobrze czuć się w swojej skórze. Sama wrzucam do internetu zdjęcia, na których wyglądam ładnie.
Co jest złego w dziewczynie tuszującej niedoskonałości cery podkładem? A nawet w tej, która niczego nie tuszuje, tylko po prostu che być ładna?

Zniewoleniem jest chyba ten moment, kiedy chcemy podobać się nie sobie, ale ludziom.
Dlatego tłukę moim dziewczynkom do głowy, że zawsze będzie ktoś, komu nie będę się podobać. Że wygląd sam w sobie nie jest zasługą. Że najważniejsze, żeby podobały się sobie. Że dla mnie są piękne. Ale jak widać, może za rzadko to mówię, a może sama nie jestem dla nich wiarygodnym przykładem?

Sama mam za uszami

Był czas, kiedy byłam bardzo łasa na te wszystkie puste słówka i aplauz publiczności: „jesteś piękna, matka trójki dzieci?! Jaki brzuch!”.
Kiedy zerkam na wpisy na blogu kilka lat wstecz, wiedzę ile jest tam próżności, chęci podobania się, zachłanności na pochwały.
Oczywiście nadal lubię słyszeć komplementy, kto nie lubi? To już jednak nie jest moim motorem.
Teraz najchętniej chyba czytam o sobie, że jestem zwyczajna, że fajnie piszę, że mój blog jest wartościowy.
Tak bardzo chciałabym nauczyć moje dziewczynki, że zwyczajność to mocna waluta.
Myślę o tym często. Myślę o tym, publikując różne rzeczy w internecie, do którego moje córki przecież maja już wgląd. Dlatego coraz rzadziej robię, chociażby selfie. Zastanawiam się, czy byłby zadowolone widząc mnie taką w internecie, a jednocześnie jaki sygnał im wysyłam, mizdrząc się do aparatu?
Zauważyłam też, że ja – dorosła kobieta z całkiem fajnym życiem i głową na karku, potrafię wpaść we frustrację, przeglądając instagram. Im dalej scrolluję, tym bardziej widzę wszystkie moje wady. Jak zatem udźwigną to moje dzieci?
Czasem sama dostaję komentarze w stylu „nienawidzę cię, jesteś taka szczupła po trzech ciążach, też bym tak chciała”. Jakiś czas temu zaczęłam rozumieć, że kompletnie nie interesuje mnie bycie powodem czyjejś frustracji. Ten sześciopak brzucha, który wrzucałam niedługo po urodzinach Lolka – to było zwyczajnie głupie i bardzo próżne.
Im starsze i bardziej rozumiejące są moje córki, tym mniej mam ochotę być ładną buzią z internetu.
Przecież one będą mnie naśladować.
Po prostu.

Ostatnio odkryłam na Instagramie profil Nomi Watts, który w jakiś szczególny sposób mnie poruszył. Wydał mi się balsamem na oczy. Zobaczycie tam Naomi zwyczajną do bólu i to aż chwyta za gardło. Jej uśmiech oprawiony w zmarszczki jest tak ujmujący.
Patrząc na nią, pomyślałam – taka chce być. Wolna od tego przymusu bycia idealną przekąską dla cudzych oczu. Pogodzona z upływem czasu. I takiej niezależności od opinii innych chciałabym nauczyć swoje córki.

Mogę się wściekać na instagram, internet, XXI wiek i co tam jeszcze. Prawda jest jednak taka, że to moja – rodzica rola, wychować dzieci na ludzi, którzy swojej wartości nie będą mierzyć wyglądem.
Mam dwie cudowne córki. Tak bardzo bym chciała, żeby czuły się przede wszystkim dobre i ważne.
Piszę to z poczuciem, że już gdzieś się zdążyłam potknąć, bo moja ośmiolatka nie wie, czy jest wystarczająco ładna.
I zwyczajnie jest mi smutno.

PS może się zastanawiacie, czemu nie wspominam w tekście o Lolku. Cóż prawda jest brutalna – żyjemy w czasach, gdzie kobieta powinna mieć płaski brzuch w trzy dni po porodzie, a facet z mięśniem piwnym jest zupełnie naturalnym widokiem.

You may also like

61 komentarzy

  1. Ja to sobie czasem myślę, że taka Naomi to może sobie na więcej pozwolić, bo ona jak pokaże zmarszczki to jest taka wyluzowana i prawdziwa, a jak zwykła baba pokaże zmarszczki w internecie to znaczy, że o siebie nie dba i dobrych kremów nie stosuje.
    I chociaż masz rację, cały wpis to sama prawda i tylko prawda, to zastanawiam się czy faktycznie jako rodzic dasz radę walczyć z całym światem, internetem i XXI wiekiem, żeby uchronić swoje dzieci przed ocenianiem siebie przez pryzmat spojrzeń innych ludzi. Nie mam dzieci, ale widzę to chociażby po dzieciach szwagierki, że choćby nie wiem jak normalni byli rodzice to szkoła i internet zawsze robią swoje. I to jest eksperyment, bo to niestety jedno z pierwszych pokoleń narażonych na takie życie.

    1. O tym o czym piszesz – że Naomi może, bo jest gwiazdą, a kto inny będzie wyglądał na zaniedbanego jest fajny tekst w Vogue https://www.vogue.pl/a/no-make-up-czyli-badzmy-szczere – polecam.
      Natomiast co do drugiej Twojej uwagi, to własnie dlatego w konkluzji napisałam, że mogę się gniewać na internet/instagram/cokolwiek, ale moja w tym głowa, żeby wychować dzieci na wartościowych ludzi.
      Zawsze to wiedziałam, ale nie sądziłam, że ten moment tak szybko przyjdzie – zaraz będą nastolatkami 🙁

    2. Mam 17 lat. Widzę, co mówią i robią moje koleżanki – normalnie wyglądające, zdrowe dziewczyny, z ładnymi figurami, cerami, włosami. „Jestem gruba, jestem na diecie, muszę schudnąć, jestem brzydka, mam szopę na głowie”. To jest po prostu smutne…

  2. Uważam, że Twoja teściowa ma rację, trzeba powtarzać dzieciom a zwłaszcza dziewczynkom, że są piękne. Po to żeby nauczyły się akceptować siebie i były gotowe na ” starcie” z rzeczywistością.
    Ja pochodzę z kochającej się rodziny, ale bardzo oszczędnej w komplementach. Długo żyłam w przekonaniu, że jestem brzydka jak noc i już gorzej być nie może ( plus mały biust oczywiście). Modelką nigdy nie będę, ale nauczyłam się eksponować zalety, cieszyć się tym co mam, teraz w końcu czuję się dobrze i kobieco. A moim córeczkom powtarzam, że są super i piękne bo takie są. Po prostu chciałabym żeby czuły się świetnie we własnej skórze. A jeśli życie kobiet w domu nie kręci się cały czas wokół wyglądu to dzieci na pewno będą miały dobrze poukładane w głowie i będą wiedziały co jest naprawdę ważne.

    1. Absolutnie masz rację – dzieciom trzeba to mówić. Ja w ogóle tu w tym tekście użyłam skrótu myślowego. Chodzi mi o to, żeby z wyglądu nie robić jakiejś nadrzędnej wartości. Teściowej zwróciłam uwagę, bo własnie tak to odbierałam.
      Zresztą w Brazylii, gdzie kult urody i ciała jest posunięty do jakiś kuriozalnych rozmiarów, myślenie jest takie – jeśli dziewczynka jest ładna to już dużo w życiu nie musi. A jak dziewczynka nie jest ładna, to musi być ładna. Dlatego tam już nastolatki bardzo często mają za sobą 1-2 operacje plastyczne.

      1. Patrząc na relacje mojej córki (5 lat) i męża, wiem z całą pewnością, że kobiecości będzie uczyć się ode mnie, ale pewności o swojej wyjątkowości, urodzie i tego, czy się podoba – od swojego taty. Jeśli zabraknie tego poczucia, że tak, jest księżniczką, że jest piękna, że „byle komu jej nie odda”, że ma cudowne oczy i złote włosy od Najważniejszego Mężczyzny w Życiu, to będzie tego szukać i w lustrze, i w oczach innych (nie zawsze wartościowych) chłopaków.
        Ale jeśli chodzi o mnie, bardzo Ci dziękuję za ten wpis. Ten biust.. byłby idealny, gdyby nie to, że na świat przyszły dzieci, dalej byłby jędrny, gdyby nie życiodajne mleko przez jakieś 4 lata karmienia łącznie. Czy kiedykolwiek cofnęłabym czas choć o dzień? No właśnie 🙂

  3. Jakie to szczere i prawdziwe. Sama jestem matką córki i dręczy mnie nieustannie myśl,czy zdołam wychować ją przede wszystkim na mądrą,szczęśliwą kobietę. Popłakałam się….

  4. Saro, mimo że tekst bardzo wartościowy, to widzę w nim trochę niezgodności, a raczej w Twojej postawie. Bo skoro Ty dorosła kobieta potrafisz się przyznać, że byłaś łasa na komplementy, to dlaczego szczedzisz im swoim córkom? Absolutnie nie rozumiem co jest złego w mówieniu własnym dzieciom, że są piękne. Jeśli dorosłemu robi się miło, to dziecku tym bardziej, szczególnie że taki przekaz ma głębsza wymowę – może dać do zrozumienia, że rodzic bardzo akceptuje i kocha swoją pociechę. Nie popadajmy w pułapkę poprawności na tym polu. Przecież można dziecku mówić , że jest ładne właśnie takie, jakie jest, czyli z takim nosem, takimi oczami czy włosami. Każdy z nas potrzebuje akceptacji siebie, a wygląd jest przecież ważną częścią nas.

    1. Kadia masz rację. Pisałam ten tekst w emocjach i gorączce, bo jestem chora i wkradły mi się nieścisłości. Mówię dzieciom, że sa piękne, naprawdę często. W ogóle u nas w domu dużo jest czułości i mówienia sobie dobrych rzeczy i również komplementów. Chodzi mi natomiast o równowagę.
      W Brazylii dziewczynkom powtarza się, że są piękne co pięć minut. Stawia się je na piedestale urody. Ładna dziewczynka już w zasadzie nic nie musi, bo jest ładna. A jak nie jest ładna, to zaraz się zoperuje i będzie ładna.
      Ale oczywiście pełna zgoda – dzieciom trzeba mówić, że są piękne. Piękne takie jakie są. I tzrba uczyć je akceptacji.

      1. Dziewczyny, macie absolutną rację – nie ma nic złego w mówieniu dzieciom, że są piękne! To bardzo potrzebne, właśnie jako antidotum na bombardujący zewsząd przekaz płynący z social-mediów który wmawia nam (i naszym dzieciom od najmłodszych lat), że jesteśmy niewystarczająco fit/sexy/kobiece/ładne – niepotrzebne skreślić.

        A kompleksy w wieku dziecięcym/nastoletnim potrafią naprawdę zrujnować samoocenę i całkowicie zaniżyć poczucie własnej wartości. W mojej rodzinie to ukochana babcia zawsze mówi, że jestem piękna i o Boże, jak ona potrafi to powiedzieć! Jako nastolatka tego nie doceniałam, zawsze zbywałam ją odpowiedzią w stylu ‘no, co Ty babciu, daj spokój! Przecież nie ma we mnie nic pięknego’. Teraz odbieram to zupełnie inaczej i pomimo skończonej 30stki czuję wewnętrzne ciepło za każdym razem kiedy to mówi 🙂

        Dziękuję Saro za linka do VOGUE – bardzo ciekawe, i moim zdaniem słuszne przedstawienie tematu.

        Od siebie dorzucę trochę bibliografii:
        1) na początek trochę smutnych ale prawdziwych wyników badań:
        http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22058837,polskie-nastolatki-maja-najgorsza-samoocene-w-europie-juz-9-latki.html

        http://www.newsweek.pl/styl-zycia/jak-oceniaja-swoj-wyglad-polskie-nastolatki-problemy-z-waga-i-samoocena-nastolatkow,artykuly,381968,1.html

        2) książka ‘Mit urody’ napisana przez Naomi Wolf w 1990 a jakże aktualna prawie 30 lat później, w 2018  – polecam Wam recenzję Ryfki:
        http://szafasztywniary.blogspot.com/2017/04/ryfkaczyta-mit-urody.html
        https://myownikigai.wordpress.com/2017/04/28/post-46-recenzja-ksiazki-mit-urody-naomi-wolf-o-tym-jak-bardzo-kult-piekna-powoli-i-bolesnie-nas-wyniszcza/

        3) Między innymi dzięki vlogerce ‚MayatheBee’ https://www.youtube.com/watch?v=YB4U-8T_eQw oraz artykułom w Wysokich Obcasach zainteresowałam się ruchem ciałopozytywności czyli #bodypositivity – bardzo wam polecam kanał na insta dziewczyny ‘Bodyposipanda’: https://www.instagram.com/bodyposipanda/?hl=pl

        4) A na koniec męski punkt widzenia, bo mężczyźni też niestety są przedmiotem nagonki na bycie ‚męskimi’ – czyli aktor Justin Baldoni i jego #Man Enough
        https://www.ted.com/talks/justin_baldoni_why_i_m_done_trying_to_be_man_enough
        https://www.instagram.com/justinbaldoni/

        Wszystkiego dobrego!

        1. Mieszkam w Kolumbii, mam 15-miesięcznego synka. Pomijając to, że na loterii genowej dostały mu się jasne włosy i karnacja, co jest powodem ochów i achów, to ogólnie widzę tutaj pewną tendencję: małym dzieciom w kółko się mówi, że są ładne. Ja też to mojemu synkowi mówię, bo nieustannie wywołuje u mnie zachwyt, wiadomo, matka.
          Ale i tak przytyka mnie, kiedy dostaję gratulacje z powodu tego, że mam takiego ładnego synka. Nie widzę w tym mojej ani niczyjej zresztą zasługi, czasem nawet to mówię.

          Te wszystkie: o, jaki jesteś ładny, cudny, boski (dosłownie) wypowiedziane są w dodatku dość specyficznym lukrowym tonem. Co ciekawe, powtarzają to też dzieci, zarówno znajome, jak i napotkane w parku. To jest taka jakaś obowiązkowa odzywka, trochę jak u nas „ale urosłeś”. Ciągle mi to zgrzyta w uszach, wydaje mi się powierzchowne, zwłaszcza, że mnie wychowano w przekonaniu, że uroda nie jest najważniejsza z jednoczesnym: makijaż ci niepotrzebny, masz ciemne brwi i rzęsy, nie musisz się malować (moja babcia! miała rację). Więc raczej jestem z tych zadbanych inaczej (dobry fryzjer, ubranie wygodne, dopasowane do sylwetki i kolorystycznie, taka jest moja kobiecość)

          Wracając do wątku głównego: byliśmy w tym roku przejazdem w Hiszpanii, i tam w kontraście do Kolumbii kontakt nieznajomych z maluchem jest: „hej, młody człowieku, co słychać”. Tak fajnie dziarsko powiedziane. I bardzo mi się to podoba. No i podoba mi się „such a clever boy” znajomej Angielki.

          Z czego wynika ta różnica kulturowa, jeszcze nie wiem, może trzeba to przełknąć i popić.

          Reasumując, wydaje mi się, że rozumiem Twój zgrzyt. Podłoże nieco inne, ale rozumiem.

          1. Dziękuję Ci za ten komentarz, bo faktycznie – to chyba dotyczy Ameryki Południowej – nieustanne operowanie słowem „piękny” i tak jak piszesz – w sposób, jakby to była zasługa. Będąc w Brazylii przyjmowałam nieustanne gratulacje z powodu urody. Wtf? I ja oczywiście wiem, że nikt nie ma złego zamiaru, że po prostu ludzie sa mili, ale z drugiej strony – ile można? I tworzy się taka iluzja, że wygląd jest najwazniejszy. W Brazylii dziewczynki od najmłodszych lat sa zbzikowane na punkcie wyglądu. Czasem, słuchając teściowej miałam wrażenie, że najwiekszym współczuciem darzy ludzi brzydkich. A przecież to jest taka mądra kobieta! Wszystkie kobiety w Brazylii, które znam miały przynajmniej jedną operację plastyczną. Uważam, że to jest chore.
            I właśnie dlatego zwróciłam teściowej uwagę, choć prawdopodobnie moim dzieciom raczej nie zagraża bzik na punkcie wyglądu na miarę Ameryki Południowej.
            Ale tak jak piszesz – różnica jest ogromna i nieraz miewałam jakieś kuriozalne wymiany zdań z ludźmi stamtąd. Na przykład sprzeczkę o dziewczynę (Polkę) z wielkim niezgrabnym nosem.
            -Dlaczego ona go nie zoperuje?!
            -Dlaczego miałaby to robić, jeśli nie ma z tym problemu?
            -Jak można nie mieć problemu z takim nosem?!
            -Po prostu. Może jej się nawet podoba.
            -Byłaby o tyle ładniejsza, gdyby miała malutki zgrabny nosek.
            -Ale może czuje się ładna już teraz?!
            -Dziwne.
            -Nie każdy myśli non stop o wyglądze!

            Zresztą, w Brazylii byłam zjawiskiem, bo jak to? Taka płaska i nie operuje cycków?!

          2. to jeszcze dorzucę trzy grosze.

            Po pierwsze, to ja tutaj nie dostaję komplementów dotyczących urody, więc trochę zazdraszczam 😀 Mnie się za to dostało: „strasznie utyłaś od odkąd się poznaliśmy” 😀

            Tutaj kult urody może nie jest aż tak silny, jak w Brazylii, znam masę fajnych babek, które się nie operowały. Jednak powierzchowność jest bardzo ważna.
            Szanująca się bogotanka ubiera się bardzo starannie i często chodzi na czesanie do fryzjera. I na manicure. Niedopuszczalne jest założenie dwa dni z rzędu tych samych ubrań. Więcej: po jednym dniu wrzuca się je do pralki. Ponieważ pracuję jako nauczycielka, stosuję rotację, żeby się uczniowie nie poznali 😉 Pranie po jednorazowym użyciu jest dla mnie nieekologiczne.

            No ale operacje są! Wielki Tydzień jest tygodniem plastra na nosie, trzeba przecież wykorzystać kilka dni wolnego 😉 No i pupy! Twoja teściowa miałaby co tutaj portretować.

            A kogo nie stać na chirurga, kupuje sobie bieliznę modelującą. Taką w wersji hard, dodającą pupie duuuużo i ściskającą tu i ówdzie. Bielizna modelująca dostępna jest też dla mężczyzn, zapewne decydują się na nią ci, którzy malują paznokcie lakierem bezbarwnym.

            Małe dziewczynki chodzą na czesanie do fryzjera, przy okazji dostają też manicure.
            A propos włosów, obowiązują długie i wyprasowane, w tym specjalizują się fryzjerzy damscy, więc moje krótkie włosy cierpią (serio, nie znalazłam fryzjera, który dobrze strzyże).

            Ale to wszystko mnie nie dotyczy, nie muszę brać w tym udziału.

            Natomiast komentarze dotyczące synka to dla mnie za dużo. No za dużo i już.

            Pozdrawiam ciepło. Była spodlublinianka 😉

  5. Kurde, Sara, ale mi dałaś do myślenia tym postem.
    Moje dzieci są młodsze, córa właśnie skończyła 4 lata. Niby jestem świadoma, podkreślam, co jest ważne, czytamy, rozmawiamy, dajemy przykład… Ale no właśnie, w kontekście tego dawania przykładu… zaczęłam myśleć o moim blogu, jaki on da obraz mnie moim dzieciom, za te parę lat? Kurde, nie wiem.

    1. Akurat w kontekście bloga myślę, że zupełnie nie masz się czym martwić, wręcz przeciwnie – Twój blog to taka trochę kronika rodzinna/trochę pamiętnik mamy. Jestem pewna, że dzieci będą czytać go z zachwytem.

  6. To jest szalenie mądry i ważny wpis, bo jak sama mówisz, strasznie trudno jest zachować tę równowagę, jednocześnie wychowując dzieci tak, by były świadome swoich zalet, nie tylko tych związanych z urodą.
    Jestem matką 12 letniego wspaniałego chłopca. Za miesiąc urodzi mu się braciszek. I powiem Ci, że nie tylko dziewczynki mają problem ze swoim wyglądem. Mój syn jest szalenie inteligentnym dzieckiem, w wieku trzech lat płynnie liczył do tysiąca(!), w wieku lat czterech płynnie czytał. Jest świetnym uczniem, choć trochę się rozleniwił 😉 ale i tak jestem z niego bardzo dumna. Powtarzam mu to za każdym razem, gdy odniesie jakiś sukces, mniejszy lub większy. Chcę, żeby wiedział, że jest wartościowym człowiekiem, staram się wpajać mu wartości, które mają uczynić go po prostu dobrym człowiekiem. No i oczywiście, jako najmniej obiektywna osoba na świecie, czyli matka, uważam też, że to młody przystojniak 🙂 O tym aspekcie jednak także staram się pamiętać i mówić mu, że jest po prostu przystojny. Dlaczego? Bo wiem, że dla KAŻDEGO człowieka jest to ważny aspekt, a kiedy ktoś mi próbuje wmówić, że liczy się wnętrze, a wygląd nie ma znaczenia, zawsze pytam: okej, to wyobraź sobie, że jesteś singlem. idziemy razem do baru na drinka i mały podryw. widzisz w tym barze dwie kobiety/dwóch mężczyzn, rozmawiających ze sobą, którzy są tu w tym samym celu, co my. Jedno z nich jest w Twoim odczuciu bardziej atrakcyjne niż to drugie. Chcesz poderwać kogoś z tej dwójki. Do kogo podejdziesz w pierwszym odruchu? …no i tu zawsze osoba przeze mnie o to pytana, zawiesza się na chwilę i uświadamia sobie, że OCZYWISTYM jest, iż podejdzie najpierw do tej osoby, która jest po prostu ładniejsza. Bo to jest normalne. Jasne, że ten przystojniak lub ta ślicznotka może potem zyskać bądź stracić przy bliższym poznaniu, ale pierwszy odruch jest zawsze ten sam – nasze zainteresowanie budzą najpierw osoby, które są dla nas wizualnie atrakcyjne. I dlatego też sami chcemy się czuć atrakcyjni dla innych. Czy to dla życiowego partnera, czy dla przyjaciół (bo przecież miło jest usłyszeć komplement od najlepszej przyjaciółki czy przyjaciela). Nie da się ukryć przed dziećmi, że wygląd zewnętrzny jest ważny, jeżeli sami o ten wygląd dbamy. Każdy z nas chce być postrzegany jako atrakcyjny człowiek zarówno fizycznie, jak i osobowościowo. Nie mamy więc łatwego zadania, jako rodzice. Jednak uważam, że jeśli jesteśmy świadomi tego zagadnienia, to mamy duże szanse na powodzenie w naszej misji. Myślę, Saro, że nie masz się czym tak mocno martwić – córka wysłała Ci sygnał, ale to nie znaczy jeszcze, że popełniłaś jakiś błąd. Masz przed sobą jeszcze milion szans, i wiem, że jako kobieta inteligentna, wykorzystasz je. Czytam Twoje wpisy regularnie, uwielbiam je przede wszystkim za mądrość, jaka z nich bije. Z tematem, o którym piszesz dziś, poradzisz sobie świetnie. Bo jesteś mądra. I zabawna. I fajna dupa z Ciebie 🙂

    Pozdrawiam

    1. Jaki długi mądry komentarz, dziękuję <3
      Wiesz, pisałam ten tekst w emocjach, na świeżo, w dodatku z gorączką. Masz rację - mam jeszcze dużo szans, teraz nawet myślę, że może ona się ze mną droczyła, a ja wzięłam to tak serio.
      Tak czy inaczej - dopiero były takie niewinnymi dziećmi, a teraz już małe kobietki. Zaraz będą nastolatkami i dopiero będę ryczeć!
      Ściskam Cię <3

      1. …mówisz o upływie czasu – kochana, mój synek przed chwilą się urodził, a w te Walentynki wyznawał koleżance z klasy miłość 😁 wydawało mi się, że zanim stanie się nastolatkiem, miną lata świetlne. A to już… 😭 😉

        Sara, jesteś dobrą matką, pamiętaj o tym 😃

    1. Hah, no ale myślę, że całkiem dobrze to wyjaśniłam. Po prostu – mam małe cycki, wolałabym większe, ale chyba już całkiem to przepracowałam i ostatnio wcale o tym nie myślę 🙂

      1. A ja mam od zawsze duże,myślałam ,że po 2 latach karmienia zmniejszą się znacznie a tu dupa..tzn cycki-dalej wielkie i co? A ja odkąd urosły chce mieć małe,chce móc chodzić swobodnie bez stanika,nie chce okropnego bólu kręgosłupa ,który towarzyszy mi od zawsze,chce kupić sobie choć raz stanik ,który mi się podoba a nie taki,który muszę kupić bo tylko jeden jest w rozmiarze H..Zawsze są dwie strony medalu:) A wpis bardzo mądry.

  7. Musialam doczytac do konca mimo placzacego juz niemowlaka o jedzenie;) jak obudzi starszego to dzwonie po Ciebie zebys usypiala😉 a teraz do brzegu. Ostatnio moj 3.5letni Syn Bolek rozmawial z Tata ktory mu mowil ze nie jest wspanialy a wystarczajaco dobry. Na co on odp. Tato owszem jestem wspanialy. Potrafie zrobic to najlepiej. I wtedy myslelismy ze sie przemadrza ale pare dni pozniej przygotowywalismy prace na konkurs z gazetki gdzie nagroda jest jego wymarzona zabawka i ja mowie Nie wiem Bolus czy wygramy. Na co on z taka dziecieca pewnoscia Mamo na pewno wygramy. I wtedy jednak zrozumialam ze nie mozna mu tej pewnosci siebie odbierac. Sam kiedys nauczy sie ze najlepszy we wszystkim nie jest ale nie musi juz teraz tracic tej dzieciecej wiary w siebie. A sama zrozumialam ze ja musze byc wieksza optymistka.
    Jak zwykle dalas duzo do myslenia swoim tekstem. Jedyny minus ze sie nie wyspie 😉

  8. Faktycznie przegięcie w żadną stronę nie jest dobre. Mnie z kolei próbowano wychowywać na zasadzie – „jesteś wystarczająco ładna, nie musisz nic poprawiać. Malować,dbać o siebie zaczniesz, jak już będziesz starsza” (co ciekawe, ta starsza z każdym rokiem się przesuwa, kiedy miałam piętnaście lat słyszałam to samo, co słyszę teraz przed trzydziestką). I co? I nic, z takim podejściem nie robiłam miliona różnych drobnych rzeczy, którymi mogłam poprawić swój wygląd. A patrząc w lustro i tak nie byłam zadowolona z efektów. Kiedy zaczęłam poprawiać, zaczęłam być zadowolona z tego co widzę. Chodzi mi tu o drobne rzeczy typu regulacja brwi, makijaż, manicure od kosmetyczki. Dobrze dobrana bluzka, a nie tylko „praktyczna”.
    Co by było, gdybym nie słyszała, że wyglądam dobrze, tylko, że muszę coś poprawić? Nie wiem. Byłoby mi smutno? Lepiej bym wyglądała i czuła się z tym lepiej?
    Ale fakt jest taki, że mam dni, kiedy kompletnie nie przejmuję się wyglądem, może to z czasów, kiedy słyszałam, że jest dobrze? A innym razem maluję się idąc po bułki.

  9. Nie mam pojęcia co zrobić, żeby było naprawdę dobrze w tym temacie – ot, taka prawda.
    Nasz znajomy ostatnio stwierdził, że musi się odchudzić, powtarzał to parę razy przy wspólnej kolacji, podobnie zresztą jak jego żona. Słowa rzucane żartobliwie w przestrzeń. I któregoś popołudnia ich córeczka bawi się lalkami i jedna drugiej mówi – „musisz się odchudzic!” Kiedy znajoma mi to powtórzyła, byłam w szoku. To były żarty właściwie, ale cała historia dała mi do myślenia. Sama mam 3 letnią córkę, która obserwuje i analizuje nasze zachowania. My mówimy – muszę zadbać, żeby zdrowiej jeść – staramy się nie używać słów „odchudzić się, jestem gruby, przytyłem”. Córce też tłumaczymy, że najważniejsze, to jeść tak, żeby być ZDROWYM. Że warzywa są zdrowe, owoce, że słodycze jemy tylko w weekend, żeby nie psuły się nam zęby itp- celowo omijamy troszkę kwestię wyglądu(np.nie mówimy nigdy: nie jemy słodyczy, bo od nich się tyje). Córce prawimy komplemety, mówimy, że jest piękna, dla nas najpiękniejsza – nam akurat wydaje się, że to ważne. Ja dostawałam tych komplementów stanowczo za mało, wiadomo, w drugą stronę też nie można przesadzić.
    Staramy się mądrze ją wychowywać, ale jedno mnie przeraża – to, że kiedys i tak zderzy się z otaczającą nas insta, facebookową fikcją i widok pięknych, wyfotoszopowanych dziewczyn sprawi, że poczuje się gorsza. To dopiero jest wyzwanie – tak mądrze pokierować dziecko, żeby zdawało sobie sprawę z tego, że z rzeczywistością nie ma to nic wspólnego.
    To jest Saro ekstremalnie ciężki temat, a nasze dzieci to trochę takie „króliki doświadczalne” pod tym względem. Nasze dzieciństwo i lata nastoletnie były o wiele lepsze – dla nas, dzieciaków, nie mających dostępu do internetu i komórek, i dla naszych rodziców.
    Pozdrawiam Cię serdecznie, uwielbiam Cię czytac!

  10. Bardzo mądry wpis-dziękuję Ci za niego.Też kiedyś myślałam o powiększeniu piersi po kilku latach karmienia dwójki dzieci..ale wtedy ostre weto usłyszałam od mojego męża i teraz bardzo mu za to jestem wdzięczna.
    Ostatnio jedna z moich ulubionych blogerek powięszyła sobie biust i….to już nie jest to samo…patrzę na te zdjęcia nieco zażenowana. Bo kurczę ceniłam ją za ten jej indywidualizm, była taka inna od wszystkich a teraz jest taka jak te wszystkie plastikowe Panie z dużym biustem i jeszcze większymi ustami…
    Ja codziennie mówię mojej 3,5-latce że jest piękna a ona na to odpowiada: wiem:) i mam nadzieję że tak jej już zostanie:)

    Pozdrawiam Cię serdecznie:)

  11. A ja akurat bardzo się zgadzam z Twoim podejściem, żeby nie czynić z „ładności” nadrzędnej wartości i nie zapętlać się w mówieniu dzieciom wyłącznie o tym, jakie są piękne. Uważam, że budowanie poczucia własnej wartości nie może się opierać na czymś tak kapryśnym i względnym jak piękno – no bo jak potem dziecko wyjdzie w świat i okaże się, że wcale nie spełnia jego założeń atrakcyjności czy piękna, to jest to kubeł zimnej wody, po którym trudno się potem otrząsnąć. (Jako osoba, która słyszała, że jest ładna wyłącznie od rodziny, a na podwórku czy w szkole nasłuchała się już mniej pozytywnych rzeczy, mogę powiedzieć, że potem trudno było mi uwierzyć w jakiekolwiek komplementy ze strony bliskich. A wcale nie wpajali mi tego jak mantry, dostrzegali we mnie też inne wartościowe rzeczy – mimo to z kompleksami walczę do dzisiaj i pewnie nigdy tak do końca się ich nie pozbędę.) Nie mówię tym samym, żeby w ogóle dzieciom skąpić komplementów na tle wyglądu – absolutnie nie! Może tylko skupiajmy się bardziej na poszczególnych cechach, które czynią je piękne? A przy tym nie zapominajmy wspominać o innych rzeczach, które odpowiadają za ich wyjątkowość – dokładnie tak, jak zrobiłaś to Ty, wypisując córce listę rzeczy, które powinna w sobie lubić. 🙂

  12. Hej, bardzo fajny, mądry wpis. Tak się złożyło , że akurat wczoraj zapoznałam się z twórczością Karoliny Hanulak, która porusza temat zwyczajności i zwyczajnego ciała dziewczyn tworząc ich fotografie – polecam obejrzenie http://zwyklezycie.pl/2018/02/pochwala-kazdego-ciala/ . Widzę, że kobiety, które problem bycia niewystarczająco ładną przepracowały na sobie mają jego dużą świadomość, i bardzo chcą uchronić przed nim córki. Myślę, że ważne jest aby wciągnąć w to tatusiów – dziewczyna, która czuje że tata widzi w niej wspaniałą kobietę, chyba łatwiej poradzi sobie z tymi zewntrznymi oczekiwaniami (albo może z wyobrażaniem sobie że one są, i nakręcaniem się na ich spełnienie).

  13. Bardzo mnie poruszył Twój tekst, ale jednocześnie myślę sobie, że Twoje córki mają niesamowite szczęście, że to Ty jesteś ich mamą… Moim zdaniem Internet i Instagram to w tej kwestii rzecz wtórna- oczywiście, łatwo wpaść w kompleksy, oglądając wyfotoszopowane życie innych, ale z drugiej strony, my też miałyśmy MTV, pisma i magazyny. Ja nie tu dopatrywałabym się największego niebezpieczeństwa- tak jak piszesz, najważniejsze jest to, co dostaniemy w dzieciństwie od naszych rodziców…Mam wrażenie, że w naszym pokoleniu jest znacznie więcej problemów z samooceną niż u współczesnych dzieciaków (nie mam dzieci, ale pracuję dorywczo z 15latkami, więc mówię oczywiście o swoich subiektywnych obserwacjach, nie chcę też generalizować…) Znam jednak kobiety 30+, 40+ niepogodzone ze sobą, z zaburzeniami odżywiania, ogarnięte obsesją wyglądu i odmładzania się za wszelką cenę… A jednocześnie pracuję ze szczęśliwymi, zadowolonymi z siebie i życia nastolatkami, które bywają pulchne, noszą okulary, czy aparat na zębach (w mojej epoce każda z tych rzeczy generowała morze kompleksów) i są wesołe, popularne,akceptujące siebie…
    Sama wciąż walczę z niedefiniowaniem siebie przez swój wygląd- to dla mnie bardzo trudne, bo miałam z tym problemy zawsze, a potem rozpadł się mój związek w wyniku licznych, długofalowych zdrad mojego partnera- jak się domyślasz, zostało mi tylko przeświadczenie, że jestem brzydka i do niczego… Na szczęście nieuestająco pracuję nad tym i coraz bliżej mi jest do Twojej filozofii- mam to w dupie. Oczywiście, dbam o siebie, maluję się, ćwiczę, noszę obcasy- ale robię to dla siebie, i nie to stanowi o mojej wartości. I tak jak Ciebie, Saro, uwazam za zjawiskowo piękną dziewczynę, a do takiego brzucha jak Ty masz po trójce dzieci, to mnie daleko po 0 dzieci ;), to przecież nie dlatego tutaj przychodzę. Przychodzę tu,bo cudownie piszesz, bo jesteś fantastyczną osobą, wartościową, z fantastycznym poczuciem humoru, i, jak wielokrotnie Ci pisałam, Twój blog bardzo mi pomaga. Dlatego ja się nie boję o Twoje córki, jestem pewna, że wyrosną na szczęśliwe, znające swoją wartość kobiety- bo mają Ciebie.

  14. Saro szczera prawda. Chyba już kiedyś o tym pisałaś w szerszym kontekście- o byciu/nie byciu dość dobrą.
    Twój blog jest cudowną pochwałą codzienności, zwyczajności, rutyny. Życia.

    Ps. choć jestem tu z Tobą chyba od zawsze to nigdy nie zauważyłam Twoich próżnych zapędów, zawsze z dystansem i humorem. Nie bądź więc dla siebie zbyt surowa.

  15. Moi rodzice nigdy mi nie powiedzieli, że jestem piękna, ojciec żartował, że mam odstające uszy chociaż nie było w tym krzty prawdy. Jednak przez wiele lat zasłaniałam uszy włosami. Dlaczego, a no dlatego, że skoro to ojciec mówił to znaczy, że była to prawda. Byłam bardzo szczupłą dziewczynką więc w podstawówce koleżanki często mnie wyśmiewały i obrzucały wyzwiskami. Dorosłam, wyszłam za mąż i przyrzekłam sobie, że ja będę lepszym rodzicem. Niestety przekazałam synowi całą spuściznę jaką obdarowali mnie rodzice, nie mówiłam mu jaki jest mądry, zdolny i przystojny. Na szczęście on radzi sobie lepiej niż ja, zawsze otaczał go wianuszek pięknych dziewczyn. Dzisiaj jestem babcią szesnastoletniego wnuka i dziewięciolatki. Okazuje się, że moja szczupła ale nie pozbawiona krągłości sylwetka stała się atutem (size36). Otrzymuję mnóstwo komplementów ale nigdy nie czułam się piękna i pewna siebie do tego dochodzi niskie poczucie wartości. Kiedyś mnie wyśmiewano ale problem jakby pozostał, zdarza się, że jestem obrzucana pogardliwymi spojrzeniami z komentarzem, że jestem taka szczupła bo pewnie jem tylko sałatę, piję wodę i nigdy nie byłam w ciąży. Apetyt mi dopisuje ale ludzie nie mogą zrozumieć, że istnieje coś takiego jak dobra przemiana materii, ruch na świeżym powietrzu, geny. Jesteś Saro znakomitym tego przykładem, że można być piękną nawet po trzech ciążach. Świetnie to wszystko napisałaś, zrozumiałam Twój skrót myślowy. Masz rację w tym wszystkim chodzi o balans wtedy wszystko jest ok. Przy okazji… dzieciaczki są urocze.

    1. Dziękuję za taki dobry, mądry komentarz <3
      KOlejne słowa, potwierdzające, jak ważne jest to, co mówimy naszym dzieciom.

      A co do komentarzy odnośnie szczupłej sylwetki - zasługuje to na osobny wpis, ale kiedyś napisała o tym świetnie Magda http://venilakostis.com/za-chuda-dla-grubych/. Jak to jest, że tak łatwo komentujemy cudzą chudość, a o otyłości już nie.
      Pozdrawiam ciepło!

  16. Kiedy przeczytałam kawałek tego wpisu na fejsie zrobiło mi się zimno.
    Kocham Cię bo jesteś wspaniałym człowiekiem i wzorem spokoju, akceptacji i takiego pięknego kobiecego podejścia do swojego zycia. I kocham też to że tak pieknie przeplatasz bycie kobietą, żoną z matką. Też wtedy gdy pokazujesz „taka jestem”.
    A jesteś też ciałem. Nie tylko, ale również. Jesteś swoimi oczami, uśmiechem, dobrą sylwetką nad którą pracujesz i której poświęcasz czas i która widocznie jest dla Ciebie ważna że poświecasz czas na to by była fit. To nie są powody do wstydu. To nie są powody do wyrzucania sobie próżności. Moim zdaniem to są powody dla których pokazujesz, że kobiecość to to co myślisz, czujesz i jak to się objawia w tej powłoce którą masz.
    Zimno mi się zrobiło bo pomyślałam, że moment w którym zaczniesz się odżegnywać od tego jak wyglądasz może dac zupełnie inny komunikat. Że żeby być kobietą trzeba odrzucić wyglądać bo „to takie próżne”.
    Nie. To ludzkie. To nasze ciało, to które nosi ten wspaniały twór jakim jest nasz mózg i nasze ja. To jesteśmy my.
    Tak, świat wypaczył ten „koncept” ale nie jesteśmy w stanie pokazać, że da się go połączyć i wypośrodkowac jeśli będziemy uważać, że podobanie się sobie i robienie sobie zdjęcia to ta zła próżność. To nie próżność to świadomość bycia jednością z tym kim jestem i jak wyglądam.

    I tak pomyślałam sobie, jako, że ostatnio sama przerabiałam to, że nie zwracam uwagi na swoje osiągnięcia tylko cały czas rozglądam się po innych i dopiero mąż mi powiedział „Ej daj sobie za to medal, zrobiłaś to zajebiście” i zrozumiałam, że my sami i sobie nie zwykliśmy myśleć w kategoriach „jestem spoko ponieważ zrobiłem coś/dokonałem tego/czuje się dobrze z tym”. I może dlatego, że ktoś mądry w pore nam nie powiedział, żeby samemu sobie o sobie dobrze mówić bo to powinen być początek. Jeśli my sobie nie mówimy co w sobie lubimy, z czego jesteśmy dumni co zrobiliśmy to potem oczekujemy tego potwerdzenia od innych.
    Nie znam się na wychowaniu dzieci i nie mam doświadczenia w tym a nie chce się mądrzyć ale może zróbcie sobie co kilka dni grę w „co w sobie lubię, za co sobie daje medal, jaka cecha mnie wyróżnia”. Bo wydaje mi się końcowo że tak naprawdę u żródła naszych problemów i pędów do prózności leży potrzeba potwierdzenia kim jesteśmy z zewnątrz zamiast wypływająca z środka. Może dzięki temu za pół roku ta kartka nie będzie pusta 🙂
    Czego Ci z całego Erillkowego serduszka życzę 🙂

    1. Dzięki Erilku <3 Mam nadzieje, że wpis Cie uspokoił.
      Ja naprawdę się nad tym wszystkim zastanawiam. Gdzie dbanie o siebie/kobiecość/frajda z tego się kończy, a zaczyna przesada.

  17. Tyle tu powaznych i waznych komentarzy ze ten bedzie srednio pasowal ale co tam. Odnosnie cyckow i ziemniakow. Kupilam w zyciu 2 rzeczy ktore urzekly mnie na blogach i to byla ta spodniczka szara ktora pokazywalas na schodach i drugi biustonosz z takimi paskami z przodu i trojkatem z tylu. Zakochalam sie w nim bardzo ale jakie bylo moje rozczarowanie jak mi on przyszedl. Otoz okazalo sie ze trzeba miec jeszcze cycki do niego no wiec mama wszyla mi drugi biustonosz do niego z cyckami czyt. Push up-em bo swoich nie posiadam;) tak wiec skoro Ty masz ziemniaki w skarpecie a wygladalas bosko w tym biustonoszu to ja mam chyba pietruszke w skarpecie a nie myslalam jeszcze o operacji 😉😘😘😘 no dobra obecnie karmie to mam dwa porzadne kartofle😉😂😂😂

  18. Bo ona dojrzewa i patrzy na siebie oczami innych Może spróbuj publikować więcej zdjęć z ich udziałem Niech zobaczą ocho! Jesteśmy piękne bo jesteśmy w internecie Zdaję sobie sprawę że chcesz choć trochę chronić ich prywatność ale może taki sygnał jest młodzieży potrzebny Buziaki Saro Ja na przykład Was a Ciebie zwłaszcza uwielbiam

  19. A ja powiem przewrotnie, że nie trzeba stać po konkretnej stronie. Mówić czy nie mówić komplementów dotyczących wyglądu? Czy powiedzenie dziewczynce, że jest piękna jest jednoznacznym przechyleniem szali w stronę mniej mądra ? nieprawda, ale popatrzmy na siebie jak reagujemy na słowa, że wyglądamy pięknie, a jak na słowa: no yyy za to ta Pani jest wyjątkowo inteligentna. Każda z nas nie chce być odbierana przez pryzmat powierzchowności, ale cieszymy się z tego bardziej niż w docenienia pracy naszego mózgu.
    A propos operacji, ja – sylwetka atletyczna. Pierwsza w biegach iw skokach ale nigdy nie miałam biustu. Po urodzeniu dzieci zaczęło mi to coraz bardziej doskwierać. Sukienka piękna, ale w dekolcie – powietrze. Maz oczywiście mówił – Kocham Cię za to jaka jesteś a nie za to jak wyglądają Twoje piersi. Któregoś wieczoru oglądając program o operacjach pomyślałam – tylko zadzwonię, poszukam czy u mnie w mieście jest lekarz, tylko skonsultuję i pewnie powie mi, że modelką pani nie jest, ciałem Pani nie zarabia, idź babo do domu, zrób dzieciom ciasto, a nie zachciało Ci się cycków …Poszłam !
    Poszłam w lutym, a on zaproponował termin na 8 marca na dzień kobiet mówiąc m, że jeśli jeszcze w to lato chciałaby Pani pokazać się w nowym bikini …
    Zdecydowałam się! Minęło 5 lat . Jedyne czego żałuję to dlaczego tak długo zwlekałam i tłumaczyłam sobie ze to zbytek i moja próżność. Ja czuję się super, mąż zachwycony i czuję, że biust otwiera wiele drzwi, a na pewno te od naszej głowy.
    Od 5 lat ani razu nie miałam myśli aby coś jeszcze korygować. Tak jak Twoja koleżanka mówiła – reszta jest moja.

  20. …a mnie zawsze Twoje „eseje” są bliskie, ale ten im dalej czytałam tym bardziej waliło mi serce.
    Primo: dlatego ,że zajrzałam do Ciebie prosto z instagrama Naomi Watts/nie mając pojęcia o wzmiance o niej u Ciebie/ Secundo : jestem mamą 9letniej córki i synka, ale jak wspomniałaś to właśnie jej trzeba będzie poświęcić więcej czasu na zbudowaniu własnej ,silnej wartości . No a po trzecie …te cycki. Mam identycznie jak Ty. Zmalały po ciążach, ja przez długi okres czasu obsesyjnie myślałam by je powiększyć /mam miseczkę A/. Mąż kategorycznie zabronił i odradzał. Baaa nawet się z tego pomysłu nabijał. Teraz z perspektywy czasu stwierdzam , że było to puste i próżne to moje podejście.
    Polecam Wszystkim film „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” tam też jest motyw o współczesnym kulcie ciała.
    Ściskam Cię Saro

  21. Myślę, że nieświadomie przeniosłaś na swoją córkę swoje kompleksy i obawy. Wiem o czym mówię, z własnego doświadczenia. Powtarzaj swoim córkom, nie ze są piękne, bezwarunkowo, ot, koniec kropka. Skoro mówisz im, że są mądre, cudowne i inteligentne, to w czym problem? Ja też zawsze słyszałam, że jestem mądra i nigdy nie miałam na tym polu wątpliwości. Ale z urodą już owszem. Nikt mi tego nie powtarzał wtedy, kiedy był na to czas, a potem jakoś trudno było mi już w to uwierzyć. Dopiero w wieku dwudziestu paru lat na prawdę siebie zaakceptowałam. Więc mów im to, tak często jak mówisz im o ich innych zaletach.

  22. gdzie mialas szesciopak po urodzeniu Lolka? pamiętam fote z Brazylii na plazy i fajny zarys miesni skośnych brzucha i tyle żaden 6-pak nie przesadzaj już…

  23. Chi,c hi Ja całe życie byłam szczupła, sylwetka sportowa, i z małym biustem. Nigdy się nie malowała m, bardziej zawsze zajmowałam się disignem swego umysłu. Rodzina nigdy nie wzmacniała urodowego aspektu mego Ja. Dopiero w liceum i na studiach dostałam od obcych komunikaty doceniając także moją zewnętrzną urodę.Mijały lata,nie inwestowałam w swój wizerunek, dalej zero makijażu, ubiór casual,sporty uprawiane, zresztą od dziecka, tylko dla frajdy,a jednak otoczenie dalej dawało mi do zrozumienia, że jestem ‚atrakcyjna’. Nagle znacznie przytyłam, z rozmiaru S prosto w L a nawet w XL. I co? Nowy rozmiar, nowe życie!Uwielbiam go, mam teraz piękny biust i krągłości które afirmuję,b o są fajne, a ja odkryłam,że świetnie się czuje jako ‚duża’.Powodzenie u płci przeciwnej skoczyło mi o 100%, /podobno weszłam w wiek, w którym jako kobieta jestem niewidzialna ;)/,choć go nie pragnę i jest dla mnie uciążliwe, bo NIGDY nie mierzylam nim swej kobiecej wartości. Wystarczy,że mojemu partnerowi bardzo podoba się moja osobowość w każdym rozmiarze..;)Obserwuję jednak ze zdziwieniem nowe dla mnie zjawisko: dostaję sporo bezinteresownych, uszczypliwych i biczujacych uwag od kobiet! „Zawsze byłaś taka szczupła, a teraz…Och! Och, a teraz chcę być Plus Size.:) To ciekawe dla mnie doświadczenie socjologiczne. Czyżbysmy to my, kobiet, same sobie gotowały ten los? Swoim dzieciom mówię, że są fajne, bo mają dobre serca i pomysły;)Choć to tzw. ładne dzieciaki, to raczej nie wzmacniamy ich poczucia wartości urodowymi pochwałami. Zwłaszcza,ze jak teraz zauważyłam, te same znajome, które ganią mnie, chwalą nadmiernie moje dzieci tylko za to, że „są takie ładne.” Kobitki, nie dajmy się zwariować!

  24. Pamiętam doskonale moje dzieciństwo i komplementy rodziców. Nawet gdy sama wiedziałam, że nie wyglądam w czymś dobrze, słyszałam, że pięknie och i ach. Czasem było to aż wręcz wkurzające, jeśli chciałam(np. w wieku dorastania) poznać szczerą opinię. Aczkolwiek nie wyrosłam na małego narcyza, można tak wychować dziecko, żeby piękne dosłownie i w przenośni 🙂 Owszem też mam kompleks małych cycków(przybijam piątkę), ale wiem że operacji nigdy nie zrobię 🙂 „A potem przyszła mi do głowy myśl – co powiem dzieciom? Kiedy zapytają, dlaczego idę do szpitala na poważną operację. Co im powiem? Przecież ich nie okłamię. Będę musiała powiedzieć prawdę – „idę na poważną operację, bo chcę być ładniejsza”.” nigdy w ten sposób o tym nie pomyślałam, ale trafiło to do mnie bardzo mocno. Pozdrawiam, Agata.

  25. Mnie usiłowano wychować w atmosferze mega pogardy dla urody, próżności i czegokolwiek, co nie jest związane z osiągnięciami intelektu – nawet dla sportu… Nie klepaliśmy bynajmniej biedy, ale w szkole podstawowej byłam bodaj najbardziej „wieśniacko” ubraną dziewczynką – bo dla mojej mamy kupienie mi czegokolwiek choć trochę „na czasie” było absolutnie zbędnym kaprysem. Miało być tanio i praktycznie. Połatane portki, przyduże zmechacone bure swetrzyska. Oj, jak ja cierpiałam… Rówieśnicy oczywiście dali mi odczuć, że „odstaję”. Dorastające koleżanki chodziły ze swoimi mamami na zakupy, mamy pokazywały im, jak używać tuszu do rzęs – och, jak ja tego zazdrościłam! Gdy cichcem pomalowałam sobie rzęsy, usłyszałam, że mam to zmyć i nie robić z siebie lolity.

    Nie muszę dodawać, że NIGDY nie usłyszałam, że mam cokolwiek ładnego. Za to słyszałam, że ładne dziewczyny są głupie, a ja mam być mądra.

    W liceum zaczęłam ubierać się na czarno, nosić rzemyki na rękach, zapuściłam włosy. Za marne kieszonkowe kupowałam od czasu do czasu coś w lumpeksach. Moje morale zaczęło nieśmiało wstawać z kolan.

    Na studiach zaczęłam zarabiać, i to całkiem nieźle, i oczywiście w pierwszej kolejności dałam upust swojemu głodowi fajnych ubrań, kosmetyków etc. Potrafiłam całą wypłatę przewalić na buty i torebki… Wpadłam tez w szał wizażu, potrafiłam godziny spędzać przed lustrem i obiektywem aparatu…

    Dziś? Dziś mam 30 lat i WRESZCIE zyskałam wolność. Wolność od forsowania jakiejś idiotycznej pogardy dla wyglądu, a zarazem wolność od kompulsywnego zakupoholizmu i terroru sztucznego „piękna” z instagrama. Mam balans 🙂

    Mam też córkę. I nie zamierzam jej chrzanić, że wygląd nie ma znaczenia, bo już ja doskonale wiem, że rzeczywistość boleśnie zweryfikuje to okrutne (tak, okrutne!) kłamstwo. Ale staram się ją wyposażyć w stabilną samoocenę – nie takiego narcystycznego kolosa na glinianych nogach, tylko autentyczną, zdrową świadomość swojej wartości. Wartości opartej o całokształt. Ponadto – bezwarunkowa akceptacja i miłość. Uwaga, obecność. To jest według mnie najistotniejsze.

    Trafiłam kiedyś na bloga parentingowego, gdzie zacietrzewiona matka-autorka deklarowała, że nigdy nie powie córkom, że są ładne. Nie kupi im też lalek ani niczego w kolorze różowym, aby nie kultywować próżności… I zrobiło mi się jakoś tak smętno, bo – wiem, jak takie skrajne, zaślepione „chceniedobrze” się kończy…

    1. DZięki za mądry komentarz w dyskusji. Ja też uważam, że skrajności są złe. Uroda i dbanie o nią zupełnie nie oznacza z automatu głupoty. Zreszta moim zdaniem od próżności gorsza jest pogarda.

  26. Moja mama nigdy nie mówiła mi, że jestem piękna czy ładna. Za to wręcz przeciwnie ciągle słyszałam, że moja młodsza siostra jest śliczna, i piękna, i taka podobna do ukochanej babci mojej mamy. Sprawiło to, że rzeczywiście, że nie stałam się próżną osobą, nie koncentrowałam się na wyglądzie, siedziałam i się uczyłam i robiłam to co do mnie należy, bo tylko tak mogłam coś osiągnąć. Ale czułam się brzydka. Zwłaszcza, że dzieciaki jak to dzieciaki w podstawówce przyczepiły się do mojego małego nosa, co jeszcze bardziej obniżyło poczucie mojej wartości. Chłopak na mnie spojrzał – na pewno, bo jestem taka brzydka. Ktoś mi powiedział, że ładnie wyglądam, na pewno się ze mnie nabija (do tej pory nie umiem przyjmować komplementów).
    Miałam kompleksy, czerwieniłam się za każdym razem, gdy ktoś coś do mnie mówił, byłam strasznie nieśmiała, bałam się publicznych wystąpień, nie mówiąc o wyrażaniu swojego własnego zdania, czy walki o swoje. Chciałam być niewidzialna. Nie mówiąc o tym, że bałam się wchodzić w jakiekolwiek miłosne relacje z chłopakami, bo przecież jestem taka nieatrakcyjna.
    I dopiero kiedy skończyłam 25 lat zaczęłam siebie samą zauważać, i akceptować, i nawet lubić. Teraz mam prawie 29 lat i wiem, że jestem piękna, i że każda kobieta jest piękna. Ba, każdy mężczyzna też jest piękny.
    I problem nie tkwi w obrazie piękna i próżności jaki jest lansowany przez współczesne media. Bo to akurat nie o zmiany we współczesnych trendach chodzi. Zawsze istniały jakieś wzorce piękna, ludzie mimo wszystko są estetami. Trzeba mówić sobie, że jest się pięknym, że ma się ładne oczy, pogodny uśmiech, świetlistą cerę. I trzeba mówić to wszystko innym. Bo wszyscy chcemy być ładni i piękni, tylko zapominamy, że tacy jesteśmy. I nie jest to najważniejsze. Ale jest to istotny czynnik poczucia nasze wartości, pewności i siły.

  27. Wiesz, myślę, że córki same do tego dorosną. Chodzi mi o to, że w szkole- podstawówce-okresie gimnazjum(czy tam liceum, ale mi bardziej chodzi o przedział wiekowy) mogą się natknąć na różne typy innych dziewczyn i będzie to miało wpływ lub nie. Najważniejsze jest jednak, że z nimi rozmawiasz, że pokazujesz swoją osobą taką a nie inną postawę, że babcię też mają zadbaną ale nie sfiksowaną na punkcie wyglądu(z tego co piszesz) i one to zauważą. Ze mną niestety nikt nie rozmawiał, mama zawsze powtarzała „obyś miała większe piersi niż ja bo co to jest?”… uważam że to złe podejście. Na szczęście ani nie mam większych a i zawsze byłam z tego powodu zadowolona(w przeciwieństwie do mamy – a po drugie – wtf?! to moje ciało…).

  28. W temacie, ale bez dzieci ;). Sama bardzo dużą wagę przywiązywałam do wyglądu, do wagi, do wystającego brzucha i małego biustu. Do czasu, kiedy zdiagnozowano u mnie poważną chorobę. Teraz przede wszystkim doceniam moje ciało, to że mogę sama się poruszać, że jest silne, że bez problemu mogę sama przestawiać meble. Zupełnie zmieniłam perspektywę, teraz cieszę się, że mam małe piersi, bo są moje, własne 🙂

  29. Bardzo dobry artykul. Nie latwo jest wychowywac dzieci w dzisiejszych czasach. Jako wlasciciel obozu letniego dla dzieci i mlodziezy Swift Nature Camp, juz od ponad 20 lat wraz z grupą wychowawcow w pozytywny sposob motywujemy dzieci by ropoznawaly w sobie wartosci i widzialy to, co jest w zyciu wazne. A wszystko porzez zabawę i zajecia w grupach wiekowych.
    To prawda, potrzeba calej wioski, by wychowac dziecko.

  30. I jeszcze z innej beczki, Korczak… czytam „Dziecko w rodzinie” i proszę: „uroda, postawa, mile brzmiący głos, to kapitał, który dałaś dziecku, ułatwia drogę życia. Nie należy przeceniać urody, nie wsparta innemi, może przynieść szkodę. Tem bardziej wymaga czujnej myśli. Inaczej wychować należy dziecko ładne, inaczej brzydkie. A że niema wychowania bez udziału dziecka, więc nie należy okrywać wstydliwie zagadnienia urody przed nim, gdyż to właśnie je psuje.
    Ta niby wzgarda dla urody jest przeżytkiem średniowiecza. Człowiek, wrażliwy na piękno kwiatu, motyla, pejzażu, miałby być obojętny na piękno człowieka?”
    No właśnie. Ameryka Płd. nie miała średniowiecza, a Twoja teściowa jest artystką, wrażliwą na piękno. Hmm

    1. Zgadzam się z tym cytatem z Korczaka, ale czy z mojego tekstu, gdziekolwiek przebija pogarda dla urody? Uważam, że zupełnie nie.
      Co do Brazylii natomiast – w moim odczuciu kult ciała posunięty jest tam do granic absurdu, nie znam jednej dziewczyny, która nie miałaby przynajmniej jednej operacji.
      Moja teściowa jest artystka wrażliwą na piękno, ale jest jest też Brazylijką, przesiąkniętą tym wszystkim o czym wspomniałam wyżej. Podczas naszej rozmowy przyznała mi rację. Zresztą ja nie prosiłam jej żeby przestała dzieci komplementować, ale żeby nie wynosiła urody ponad inne cechy.

      1. Jako bezdzietna może nie powinnam się wypowiadać, ale uważam, że jeśli Twoja teściowa -czy dowolną inną babcia na świecie – mówi wnukom, że są piękne, wyraża w ten sposób miłość – własne wnuczki będą zawsze najpiękniejsze ☺
        A Zadie Smith niechęć do lustra kojarzy mi się z okropną purytanska postawą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.