MUSZĘ NAPISAĆ WAM, CO MNIE DZISIAJ SPOTKAŁO!

Na pewno znacie to uczcie, kiedy starannie coś sobie zaplanujecie, jesteście gotowi do działania, zakasujecie rękawy, tymczasem niespodziewanie zza rogu wyskakuje Życie przebrane za Power Rengersa i kiereszuje Wasze plany?
A więc spotkało mnie to dziś o poranku.
Otóż wczoraj byłam bardzo spolegliwa wobec Prokrastynacji. Porządny kawał roboty biurokratycznej (której nienawidzę!!) zamieniłam na swawolne rozmyślania o nieczymszczególnym, hasanie po polach kukurydzy i zgrywanie nimfy. „Jutro” – myślałam rozanielona, co najmniej jakby „jutro” było odległą planetą, do której nigdy nie dotrę.
O poranku ze smutkiem odnotowałam, że oto mamy „jutro” i czas stawić czoła biurokracji.
Zanim dotarłam do biura, poranek już był dorodnym przedpołudniem i naprawdę nie mam pojęcia co się w międzyczasie wydarzyło. Ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że absolutnie nic. Opieszale wydobywałam z torby laptopa, jak najbardziej odwlekając moment, w którym stanę oko w oko z bezwzględnymi tabelkami, wielbiącymi liczby i konkrety – ot, cała ja!
Jeszcze tylko tylko jedna kawusia, jeszcze skoczę do sklepu po wodę, jeszcze skorzystam z toalety, ups, zapomniałam się przejrzeć w lustrze, jeszcze raz skoczę więc do toalety, dokładnie obejrzę sobie twarz, i włosy… No dobra. Zaciskam pięści i zęby i ruszam naprzeciw znienawidzonemu.
Mus to mus. Życie to nie pole kukurydzy. Trzeba czasem zapłakać. Jutro wstanie nowy dzień.
Po tej krótkiej automotywacji jestem gotowa do działania! Dziarsko siadam naprzeciwko laptopa. WTEM! Okazuje się, że nie zabrałam z domu ładowarki. Jeśli sądzicie, że nadaję do Was z jakiejś wysublimowanej macbookowej bazy, to jesteście w ogromnym błędzie. Otóż sprzęt na którym pracuje to już niemal antyk i aż dziw, że mój laptop nie jest na korbę. Waży mniej więcej tyle, co pustak ceramiczny, a kiedy kończę pracować to rzęzi niemiłosiernie oraz wytwarza sporo ciepła – w zimie można sobie naprawdę zagrzać ręce. Bez kabla pociągnie jakieś pięć minut, co jest absolutnie zrozumiałe, wszak wytwarzanie takiej energii cieplnej wymaga nakładów energii elektrycznej.
Tak więc wiem, że za około pięć minut ciemność pochłonie moje znienawidzone tabelki, szlag je trafi.
Wyjścia mam dwa. Albo wrócę do domu autobusem i wykonam zaplanowaną na dziś pracę, albo zrobię obchód po lumpeksach i nie zrobię dziś nic. Jakaś siła, nie wiem, może siła woli czy inny czort, podjudza mnie, żebym była obowiązkowa. Słucham tych idiotycznych podszeptów i idę na autobus. Przy czym „idę” to w tym wypadku wysublimowany eufemizm, po trzeba Wam pamiętać, że wlekę ze sobą pustaka ceramicznego, który zniekształca mi sylwetkę i rysy twarzy.

Kiedy docieram do autobusu, irytacja i złość ustępują miejsca radości – ej, nie jest źle! Mam jakieś czterdzieści minut na czytanie w spokoju, zresztą już dawno nie jechałam autobusem, no a przede wszystkim – zupełnie nie ze swojej winy nie muszę chwilowo patrzeć w tabelki.
Moszczę się wygodnie na siedzeniu, pustaka kładę pod nogami, zatapiam się w lekturze. Jest mi niemal błogo. Czego chcieć więcej? Za oknami migocze miasto. Obok mnie na fotelu rozpostarło się słońce. Jedziemy.
Łapczywie pochłaniam felieton Jana Grafa – mistrza savoir-vivre’u, o tym jak irytujący są ludzie, którzy nieustannie przeglądają telefony, zgadzam się z każdym jego słowem tak bardzo, że mam ochotę krzyczeć na cały autobus „właśnie! Otóż to! W samo sedno!”, kiedy całkiem wyraźnie słyszę głośne JEB. Oto jakiś jegomość w osobówce nie dostrzegł wielkiego jak ściana autobusu.
Fizycznie nikt nie ucierpiał, psychicznie – wszyscy. Każdy jest wkurwiony.
Czy podstawią nam nowy autobus? Kto wie, być może. Może też być, że jednak nie. Wszak pamiętajmy, że to szczere pole – informuje nas kierowca, odpalając papierosa.
Następny autobus za godzinę.
Zabieram więc swoje cztery litery oraz pustaka ceramicznego i wysiadamy.
Południe jest już bardzo zaawansowane. Popołudnie w drodze. Ja, cóż – w lekkiej dupie, w szczerym polu.
Na raty docieram do domu.
W międzyczasie popołudnie dojrzewa.
Otwieram laptopa. Zaraz biorę się za te pieprzone tabelki. Najpierw muszę napisać Wam co mnie dzisiaj spotkało.

sukienka – lumpeks

You may also like

8 komentarzy

  1. ja bym to nazwała : ZEMSTĄ LUMPEKSU! – nie odwiedziłaś mnie to masz!!!:). Dzięki takim niespodziewajkom życie takie nieprzewidywalne jest.

  2. No oczywiście, że opowieść o tym, co się stało, że nie możesz zająć się tabelkami jest ważniejsza, niż zajmowanie sie tabelkami 😀

  3. Gdyby tyle „przygód” po drodze mnie spotkało, to odłożyłabym te pieprzone tabelki na drugi dzień, utwierdzając się w przekonaniu, że jednak na dziś nie jest mi pisane robienie tego 😛 hehehe widzisz- wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, a na koniec jeszcze ten autobus 😛 hehehe

    Miło się czytało 😛
    niech mOOooc będzie z Tobą 😉 hehe

    pozdrowionka 🙂
    Daria

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.