NAJLEPSZA WERSJA DLA SIEBIE

Widuję ją codziennie.
Okno przy którym pracuję, jest niczym rama żyjącego obrazu. Ten sam fragment ulicy, pola i drzew. Luty jest kiepskim malarzem, albo może inaczej – zna tylko kilka smutnych kolorów, przez co krajobraz na tym żywym płótnie zlewa się w ponurą masę.
Luty jest posępnym naturalistą. Nawet z pięknych brzóz wydobywa brzydotę.
Niecierpliwie czekam wtedy na Maj, który jest Van Goghiem wśród miesięcy. Wkracza z tą swoją nieokiełzaną paletą barw. Kilkoma muśnięciami pędzla zupełnie odmienia oblicze mojego obrazu.
Teraz to istny Majstersztyk, którego strzegę zazdrośnie przed kolejnymi miesiącami, niezdarnie posługującymi się kolorami.
Mój obraz nieustannie się zmienia, ale jest jeden stały element, choć najbardziej ruchliwy. Ona. Na rowerze. Energicznie przemierza to żywe płótno malarskie. Czasem dostrzegam ją tuż przed zakrętem. Ścina go dziarsko, dociska pedały i mknie żwawo dalej, tak że widzę ją dosłownie ułamek sekundy. Zazwyczaj po pół godzinie widzę ją znowu. Wraca z zakupami. Nieco ociężalej, jakby pedały stawiały większy opór. Bywa, że przemierza ten mój pejzaż okienny po kilka razy na dzień. Widzę ją kiedy jest biało, ślisko i wietrznie, kiedy zacina deszcz i kiedy płynny asfalt przywiera do kół, spalony słońcem. I kiedy rozwieszam pranie na balkonie. Woła „dzień dobry” i macha. Zawsze.
Kiedyś ją zatrzymałam i choć kobiet nie wypada pytać o wiek, spytałam ile ma lat. – Będzie osiemdziesiąt w tym roku – odpowiedziała, zupełnie nie kryjąc dumy, po czym dynamicznie wsiadła na rower i jeszcze ostrzej niż zwykle ścięła zakręt.

***

O tym, że nigdy nie pójdzie do pracy wiedziała od zawsze. Nie miała takich ambicji. Od zawsze też wiedziała dokładnie, czego chce. Od dnia, w którym dostała lalkę-niemowlaka. Miała niecałe cztery lata. Wstawała w nocy, żeby lalkę przewijać i karmić. Dziś to jest już rodzinna anegdota.
Dzieci, pytane o to kim chcą być w przyszłości odpowiadają – strażakiem, policjantem, lekarzem. Ona mówiła – mamą.
Jako dorosła osoba, pytana o plany zawodowe, odpowiadała, że takowych nie posiada, marzy natomiast o byciu matką. Rozmówcy zawsze się dziwili. Niektórych nawet bulwersowała ta szczerość. A co z ambicją?! I skąd ten egoizm, żeby pracą obarczać jedynie męża…
I co będzie, kiedy te dzieci odchowa?! – Nic, wtedy będzie pomagała wychować wnuki – odpowiadała z właściwym sobie spokojem, przyzwyczajona do kąśliwych uwag.
Niedawno urodziła piąte dziecko. Jest tą matką, która pozwala swoim dzieciom wejść sobie na głowę. W domu jest nieustanny bałagan – przy piętce trudno zapanować nad chaosem.
To nie ma znaczenia. Dzieci są zadbane i kochane, wolę im poczytać – tłumaczy, pytana o plany porządkowe.
Ma dokładnie takie życie, o jakim zamarzyła, będąc niespełna czterolatką. Jest spełniona.

Pamiętam ją z czasów wczesnoszkolnych. Stoi za ladą w niebieskim poliestrowym uniformie, a za nią rzędy na wpół pustych półek z ordynarnej sklejki. Słoiki z fasolką po bretońsku ustawione w stosownych odstępach – dla wrażenia obfitości towaru, bezdusznie obnażające jego braki.
W lodówkach szary salceson, różowa mielonka i metka. W drzwiach do sklepu niepewnie chybocze się tekturowa dziewczyna z lodem Bambino, żałosna protoplastka dzisiejszych bilboardowych gwiazd.
Wpadamy do sklepu na dziesięciominutowej przerwie. Z kieszeni wyciągam sto tysięcy złotych i kupuję dwie gumy Donald po trzydzieści tysięcy za sztukę.
Sprzedawczyni wydaje mi resztę i zapisuje wielocyfrową kwotę w opasłym kajecie. To nie jest zwykły zeszyt, to po trosze kronika wiejska, po trosze rejestr dłużników . Dlatego też sprzedawczyni – pani Jadzia, jest kimś więcej niż panią, która podaje towar. Jest po trosze dziejopisem, po trosze bankierem. To zobowiązuje. Stąd starannie ułożone włosy, gdzie każdy kosmyk zna swoje miejsce, wypielęgnowane dłonie i precyzyjny makijaż.
Jest zupełnie nietuzinkową wiejską postacią, tak charyzmatyczną, że kiedy bawimy się w sklep, każdy chce nią być! Pilnie zapisujemy wszystkie sprawunki koślawymi gryzmołami, tylko nikt nie potrafi tak liczyć w pamięci.
Pani Jadzia ma też sekret, choć powszechnienie znany. Gra w totka. Z właściwą sobie skrupulatnością zapisuje każdy swój los. Analizuje porażki, robi notatki, wyciąga wnioski, co zbliża ją w sposób nieunikniony do wygranej. Pytana, czy rzuci pracę, kiedy już zostanie milionerką, prycha z wdziękiem – przenigdy, bo swoją pracę kocha.
Spotkałam ją niedawno. W tym samym sklepie. Za nią rzędy półek, uginające się pod ciężarem towaru. W lodówkach szynka parmeńska i włoskie salami z orzechami. Jej włosy posiwiały szlachetnie.
Przy kasie fiskalnej spostrzegłam znajomy zeszyt – wygrała pani w końcu? – Owszem, pięć tysięcy złotych, dwa lata temu – odpowiada z dumą, odsyłając za ucho niesforny kosmyk włosów, który wymknął się z ryzów jej starannej fryzury.

Nigdy nie czuła, że to mógłby być jej świat. Nie rozumiała też skąd w ludziach taka lekkość w pytaniu, co słychać u jej macicy.
Czy nie uważa, że już czas? Czy nie wie, że wkrótce będzie za późno? Bezpardonowo pytały ciotki na zebraniach rodzinnych, wskazując jej tarczę zegara biologicznego i niezmordowanie tykające wskazówki.
Owszem wiedziała. Zrezygnowała świadomie. Była egoistką – według innych. Uczciwa – według siebie. Nigdy nie czuła się czyjąś brakującą połówką. Wspaniale funkcjonowała, jako niewybrakowana całość.
Poświęciła się pracy. Była karierowiczką – według innych. Robiła to co kocha – według siebie.
Czuła się spełniona. Oczywiście według siebie. Wszak do spełnienia kobiecie potrzeba męża i dzieci. Nauczyła się tym nie przejmować.
Tylko czasem ją to złościło. Na przykład wtedy, kiedy poszła do szefa spytać, czy jak inne koleżanki, może przychodzić i wychodzić wcześniej. Usłyszała, że nie. Dlaczego? Bo one mają dzieci, a ona nie.

***

Blizna była nad samym wzgórkiem łonowym. Czerwoną pręgą przecinała w poprzek brzuch. Długa może na dziesięć centymetrów. Ktoś kiedyś powiedział jej, że tę bliznę można usunąć laserem. Nie miała pojęcia czemu miałby to robić. Lubiła ją. W dodatku blizna była wygięta w lekki łuk, dzieci wołały: „mamo, twój brzuch się uśmiecha!”
I tak lubiła o tym wszystkim myśleć – uśmiechnięty brzuch, który został jej po kilku, dramatycznych w gruncie rzeczy, porodach.
Myśl o tym, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nie przeżyłaby pewnie żadnego z nich, czasem ją paraliżowała. Podobnie jak wspomnienie urwanego nagle KTG… Najpotworniejsza cisza, jakiej doświadczyła. Milknące w niej życie.
Jak przez mgłę pamięta następujące po ciszy wydarzenia – nagłe poruszenie, podniesione głosy, przyspieszone kroki, kartę którą dostała do podpisu (ze strachu trzęsła się tak bardzo, że podpis rozjechał się po całej kartce), narkozę.
A potem pamięta już tylko ból dziwnie zmieszany ze szczęściem, który najpierw jest doskonałą prognozą macierzyństwa, a potem jego metaforą.
Pierwsza wypomniała jej to koleżanka na jakiejś imprezie, żartem, ale złośliwie: „o jakim ty mówisz porodzie moja droga, przecież to była cesarka!”.
Najpierw zignorowała tę idiotyczną wszak uwagę. A potem musiała się przyzwyczaić. Że podług niektórych nigdy nie rodziła, dzieci z niej wydobyto.
Blednąca szrama na brzuchu uśmiechała się do niej z politowaniem.

Ktoś niedawno zapytał mnie, po co piszę tego bloga, skoro nie mam o czym, bo moje życie jest nudne i zwyczajne.
A czym są w ogóle nuda i zwyczajność? – pomyślałam. Przecież dla każdego są czym innym.
A poza tym, czy nuda i zwyczajność są czymkolwiek złym?
Dostaję czasem od Was wiadomości, zazwyczaj od matek na macierzyńskim, które czują we mnie pokrewną duszę. Piszą, że zazdroszczą mi tego bloga, sukcesu, odwagi. Uśmiecham się do tych wiadomości z pobłażaniem, patrząc na własne stopy wystające zza laptopa, opakowane w niewyjściowe skarpety. Dookoła mnie morze filiżanek po kawie, pięć ogryzków i chaotyczne rozrzucone notatki.
Pioruńsko zwyczajnie. Gdybym w tej zwyczajności nie umiała docenić pereł, rzucanych mi przez życie, musiałabym zapłakać się na śmierć.
Tak sobie wybrałam.
Ze swojego zakątka nudy, obserwuję dyskretnie tych, którzy wybrali inaczej. Czasem z podziwem, przestrachem, refleksją, że mi zabrakłoby odwagi.
Tymczasem moje życie pisane jest prozą zwyczajności. Pełno tu dni zupełnie nijakich. Nerwowe poranki. Troska o jutro. Noc z kaszlem. Hałdy prania. Zatkany kibel. Telefon ze szkoły, że dziecko chore. Przytłaczająco duży rachunek za gaz.
Ktoś palnie się w łeb, ale tak – tam między awarią kanalizacji, a bólem brzucha jest moje szczęście.
Uderzyło mnie to znienacka, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Wyskoczyłyśmy z przyjaciółkami na miasto – marzyłam o tym. Godzinę się stroiłam, godzinę malowałam. Rzuciłam się w objęcia życia nocnego. Ale nie było już tak, jak kiedyś. Jeszcze przed północą, zatęskniłam za wszystkim, od czego uciekałam. Biegłam do domu, jak jakaś pieprzona wariacja na temat Kopciuszka, po drodze gubiąc niemal, niebotycznie wysokie pantofelki.
Wróciłam do tej krainy zjełczałym mlekiem płynącej, do dziecka budzącego się co godzinę na karmienie, do chwilowej ciszy. Światło latarni ulicznej namolnie wdzierało się do naszej sypialni, kiedy pomyślałam – to moje ukochane miejsce. Tu jestem szczęśliwa.
Momenty takiej refleksji łapią mnie nieustannie w chwilach zupełnie zwyczajnych – kiedy mam przy sobie kawę, książkę i świeże kwiaty, kiedy idę na spacer nad rzekę.
Mam telefon przepełniony zdjęciami – lasy, pola, rzeki, sarny, niebo. Jakbym była producentem widokówek.

Ale to ja. Mam przyjaciółki, koleżanki, znajome, które zupełnie inaczej organizują sobie życie. I dobrze. Przecież pomiędzy bielą i czernią jest cała paleta barw!

Myślałam o tym dużo dzisiaj – czy można wszystkim kobietom złożyć te same życzenia?
Pewnie nie.
Ale życzę Wam Drogie Kobiety:
Spełnienia w roli jaką sobie wybrałyście.
Odwagi w byciu zwyczajnymi.
Dużo empatii.
Umiejętności mówienia drugiej kobiecie miłych rzeczy.
Umiejętności odpoczywania.
Słuchania raczej intuicji niż wszystkich dookoła.
Sympatii do siebie.
Mniej nieuzasadnionego poczucia winy.
Życzliwości od innych kobiet.
Życzliwości do innych kobiet.

Ale przede wszystkim życzę Wam spokoju, w czasach kiedy świat chce nas zakrzyczeć i niebycia „najlepszą wersją siebie”, ale „najlepszą wersją dla siebie”.

Mi marzy się więcej momentów z kawą i książką. Nieustannie wydzieram te chwile dniowi, z poczuciem winy, że są ważniejsze rzeczy do zrobienia. Tęsknię też za wakacjami, takimi z prawdziwego zdarzenia, na których ostatnio byliśmy cztery lata temu. Chciałabym również nie odczuwać tego dręczącego poczucia niepokoju, ale to chyba jest wpisane w dorosłość.

W ramach miłych rzeczy dla samej siebie, zrobiłam sobie dwie fotoksiążki PIXBOOK. Jedną pt „Pierdoły moje powszednie” – z moimi ulubionymi zdjęciami, chwilami i fragmentami wpisów z bloga. Są tam lato, kwiaty, kawa, brak weny i smutek. Wszystkiego po trochu. Zwyczajnie.
A drugi album nazwałam „#herecomesthesun”, bo to jedna z moich najukochańszych piosenek i wydrukowałam zdjęcia z mojego Instagrama z opisami zdjęć i hasztagami. Okazało się, że najwięcej jest tam okolicznych krajobrazów, dominuje hasztag #myplaceonearth.
Wam też polecam spróbować – już samo zakopanie się w zdjęciach i wybieranie do albumu tych ukochanych jest bardzo przyjemne. Ale fotografia przelana na papier, to prawdziwa frajda. Mi radość sprawiły szczególnie te zdjęcia, z instagrama w formie fotoksiążki.


Specjalnie dla Was z okazji Dnia Kobiet mam dla Was kod rabatowy na fotoksiążki a4 pion 40 stron za 25zł (normalna cena 38zł).
Kod jest wielokrotnego użytku, ważny do 31 marca 2018 roku. Możecie pobrać go TU.

***

Ale to nie wszystko. Wspólnie z PIXBOOK przygotowaliśmy też mały konkurs. Do wygrania są trzy fotoksiążki w jednym czterech formatów, dostępnych na stronie.
Wystarczy na Instagrama albo Facebooka wrzucić zdjęcie momentu, kiedy jest Wam zwyczajnie dobrze. Zdjęcie oznaczcie hasztagami #pixbook #konkurs #zwyczajniedobrze.
Zwycięzców wybiorę w Dniu Kobiet.
Powodzenia!
Regulamin konkursu.





O tym jak wykonać taką fotoksiążkę krok po kroku pisałam już TUTAJ.
Ten film również pokazuję jak ją wykonać:

Robiąc swoje fotoksiążki korzystałam z dwóch szablonów PHOTOSTORY i INSTAGRAM.

Bardzo dziękuję Wam wszystkim za udział w konkursie, chciałbym nagrodzić każdego, ale mogę tylko trzy osoby. Oto wyniki konkursu:

#pixbook#konkurs#zwyczajniedobrze

A post shared by Sabina Siwy (@sabinowsabi) on


Gratuluję Wam!

Nadal możecie też pobrać kod rabatowy na fotoksiążki a4 pion 40 stron za 25zł (normalna cena 38zł).
Kod jest wielokrotnego użytku, ważny do 31 marca 2018 roku. Możecie pobrać go TU.

*Wpis powstał we współpracy z PIXBOOK.

You may also like

37 komentarzy

  1. Piszesz, bo masz dar pisania o zwyczajnym w sposób nadzwyczajny! Tego Ci zazdroszczę i podziwiam 🙂 i czytać będę! Pozdrawiam 🙂

  2. Bardzo lubię do Ciebie zaglądać 🙂 Choć mam wrażenie że bardzo się różnimy. A może jakby się dłużej zastanowić to jednak wcale nie tak bardzo… Może te różnice są powieszchowne, a wśrodku mamy podobne fale… Ale czy to ważne?
    Ważne jest to że jak czytam Twoje wpisy, to znajduję nazwane swoje myśli.
    Zdjęcia na papierze uwielbiam i przynajmniej dwa razy w roku staram się wybrać kilka tych najkochańszych i wydrukować (bo już chyba nie wypada napisać wywołać). Cały dom jest obwieszony ramkami, a ja myślę o następnych. Mam nawet plan że jakby (co nie daj Boże) był pożar to ratuję męża, psa i zdjęcia. A od jakiegoś czasu kilka tych naj, naj, naj zamawiam po trzy i daję mamie i siostrze. Choć na fotografi się nie znam to uwielbiam robić zdjęcia, zwłaszcza moim bliskim. Wydaje mi się że choć trochę oszukam ten pędzący czas i pojedyńcze chwile zatrzymam na zawsze.
    Pozdrawiam 🙂

  3. a już myślałam, że potajemnie wydałaś coś i będę Cię błagać o autograf! myślę, że wielu nam – czytelniczkom, taka fotoksiążka, z wybranymi cytatami z Twoich wpisów, też zrobiłaby dobrze. często gdy mi źle, myślę sobie „co tam u Sary, muszę natychmiast poprawić sobie humor!” i odpalam bloga 🙂
    co do cesarki – długo leczyłam się z kompleksów. te miny znajomych gdy rozmawiamy o porodach „no wiesz, to jest TAKI BÓL przy NATURALNYM porodzie, że sobie nie zdajesz sprawy!”… teraz już umiem odpowiedzieć „no wiesz, to jest TAKI BÓL gdy mija znieczulenie po cięciu, że nie umiesz sobie tego wyobrazić”. dlaczego ktoś odbiera(ł) mi prawo do mówienia: „urodziłam dziecko” … kolejne też będę tak rodzić, nie mam na to wpływu i zamierzam być cholernie dumna, że znów dałam radę i że mam dla kogo żyć i że stworzyłam człowieka!

    1. Dla mnie ten cały dyskurs, kto rodził bardziej jest niedorzeczny. Przecież ostatecznie chodzi o to, że na świat przyszło dziecko.
      Dziękuję za tyle miłych słów <3

  4. Matko Bosko i jak to skomentować?
    Po pierwsze wspaniałe te historie kobiet. Każda inna i w każdej szacunek, co do wyboru. Cudownie.
    Po drugie, sama prowadzę blog i też, co jakiś czas myślę, że o niczym, tyle, że nie tak popularny, jak Twój i nawet ostatnio pomyślałam, że może czas z tym skończyć. Po raz kolejny dałam sobie szansę, bo go lubię i dzisiaj czytam Twój post.
    Nie piszę tak, jak Ty, ale wolno mi:-) Nie przestaję.
    I po trzecie, po raz kolejny podziwiam sposób, w jaki włączasz do swoich wpisów promocję. Nienachalnie i naturalnie. Gratulacje. Muszę się w końcu zabrać za swoje zdjęcia 🙂

  5. Świetne historie.
    Przeżyłam dwie nieplanowane cesarki. Opatrzność wie, jak cholernie chciałam rodzić fizjologicznie. Nie udało się – trudno. A potem ciągłe komentarze – „nie urodziłaś, tylko Ci go wyjęli”. Na początku zmuszało mnie to do tłumaczeń przez łzy. Teraz odpowiadam „spierdalaj idiotko” i zmieniam towarzystwo (tak, wiem, brzydko, nie oceniajcie! każdy ma swój powód 😉
    Brak szacunku do zdarzeń i wyborów ludzkich jest powszechny. Sama jeszcze kilka lat temu surowo oceniałam kury domowe, stare panny, cesarki na życzenie, stare pierwiastki, nastoletnie matki… Życie nauczyło mnie pokory i dystansu. Człowiek jest silny, ale i ułomny, więc nieocenianie jest ogromną zaletą. Polubiłam nieocenianie u siebie i innych. Za to dostałam alergii na „mam zdanie na każdy temat”.

    1. O mamo, ile prawdy w Twoim komentarzu. Ja też z wiekiem coraz bardziej uczę się nie oceniać. Co nie jest równoznaczene z nie reagować, czy nie widzieć, ale nie oceniać.
      A życzliwość wobec drugiego człowieka staje się dla mnie nawartościowszą cechą w ogóle.
      <3

  6. A dla mnie Twój blog nie jest zwyczajny… jest magiczny! Pomagał mi w najgorszych momentach, nawet wtedy, kiedy waliło mi się życie… zaglądałam do Ciebie i na tę chwilę mogłam zapomnieć o bólu, wziąć głęboki oddech, przez moment poczuć się bezpiecznie. To był taki mój eskapizm, trochę jak serial czy książka- wchodziłam na chwilę do dobrego, kojącego świata, w którym nie mogło mnie spotkać nic złego.
    Dziękuję Ci, Saro, za to, że jesteś i stworzyłaś taki mały, bezpieczny dobry kawałek rzeczywistości. Nawet nie wiesz, jaką to ma czarodziejską moc, ta Twoja „zwykłość”! Z okazji Dnia Kobiet życzę Ci bajkowych wakacji, jak najwięcej chwil z książką i żebyś nigdy nie zatraciła tej magii, którą nadajesz „zwykłym dniom”. P.S. A fotoksiążki genialne! <3

    1. Nawet nie wiem, co mam powiedzieć <3 Zrobiło mi się tak ciepło na sercu i błogo, jak to dobrze, że ten blog jest dla Ciebie takim miejscem.
      Bardzo bardzo dziękuję <3 <3

  7. Piszesz pięknie o pozornie zwykłych rzeczach,masz niezwykły dar! No i od strony wizualnej, zachwycasz zdjęciami. Uwielbiam je oglądać! Wiesz, fantastyczne jest w Twoim blogu to, ze potrafisz to swoje życie celebrować, prawdziwie się nim cieszyć. I tego, jako Twoja zagorzała fanka, powoli się od Ciebie uczę.

  8. Twój blog jest piękną pochwałą życia. Świetnie umiesz wydobyć z szarej codzienności, to co ulotne, kruche, ale zarazem i radosne, i zachwycające. To, co sprawia, że w gruncie rzeczy warto żyć. Potrafisz to w sposób nadzwyczajny i nigdy nudny. 😉 Każdy tekst czyta się z prawdziwą przyjemnością. Gratuluję i pozdrawiam. 🙂

  9. piękna książka! nie pogardziłabym móc sobie taką stworzyć i chętnie bym się zgłosiła…ale zwyczajnie nic nie jest dobrze po stracie ukochanego pieska, więc byłabym w zgłoszeniu mało wiarygodna. Powodzenia innym 🙂

  10. Uroniłam sobie łezkę czytając i myśląc o swoim roztrzęsionym podpisie na karcie w szpitalu… Czytanie Ciebie to zawsze taka przyjemność!

  11. Powiem Ci moja droga, że nazywasz moje myśli. Mam trójkę dzieci, pracę, którą koordynuję z domowych pieleszy i … szczęście. Nie gonię za nim, nie próbuje go dorwać… ono jest ze mną. W codzienności. Trzeba je tylko dostrzec. W małych stópkach mojego najmłodszego, w brązowych oczach mojej córy, w 180 cm mojego najstarszego, do którego muszę już zadzierać głowę… Jesteś cudna. Pozdrawiam, Marta

  12. Czytam powyższe komentarze i podpisuję się pod każdym jednym. I też przez chwilę przemknęła mi myśl, że może oto wydałaś coś swojego (choć i to, co teraz, też Twoje, a jak!) i serducho zabiło mi szybciej. Na dodatek pomyślałam, że wydałaś poezję 🙂 Myślę, że to najbardziej wciągający wpis z fotoksiążką w tle, jaki ostatnio widziałam. Gratuluję!

  13. Dziękuję za ten wpis…nigdy nie myślałam o sobie w ten sposób, raczej dołowała mnie moje zwyczajność…chyba sobie wydrukuję tę treść 🙂 Pozdrawiam ciepło, już marzec!!!

  14. Jesteś prawdziwą inspiracją i żywym dowodem na to, że szczęście można znaleźć w każdym dniu, jeśli tylko żyje się w zgodzie z samą sobą. Cudowny tekst!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.