To wszystko nigdy nie będzie jak moje pola, usiane makami i chabrami

Tamte dni jakby zapadały się w sobie pod ciężarem kleistego upału. Pamiętam naszą skórę. Lepką, wymazaną słońcem, gdzie sińce, strupy i otarcia tworzyły mapę naszych przygód.
Na stole, zabezpieczonym przed naszymi wybrykami kraciastą ceratą, ciocia stawiała twaróg, dżem truskawkowy, koszyk z pajdami świeżego chleba, masło i dzbanek z wiecznie niedosłodzoną herbatą.
Ubolewaliśmy nad tym, patrząc, jak w herbacianym wirze giną anemiczne kryształki. Ciocia straszyła nas próchnicą gorszą od końca świata, a patrzyliśmy w jej podkrążone oczy o białkach utkanych z drobnych naczyń krwionośnych.
Nad ranem, kiedy dzień dopiero pełgał po rosie, rozlegał się nieznośny krzyk budzika, gwałtownie dławiony przez niewidzialną rękę. Na moment uychlaliśmy powieki, sklejone gęstym snem, żeby zobaczyć, że światło wciąż jeszcze jest tą mętną mieszanką poranka i nocy, mogliśmy śnić dalej.
Drzwi lekko skrzypiały i słychać było skradanie się po schodach. Potem kuchnia wydawała tłumione odgłosy, jak wtedy, gdy nie chcesz być słyszanym, żeby nie budzić domowników. Brzęknięcie łyżki o ścianę kubka, piszczący czajnik, szum wody płynącej z kranu.
Nagle dom wypełniał się zapachem sypanej kawy Tchibo, przenikającym do naszych snów. I zalegała cisza. Czasem słychać było jeszcze chrząknięcie drzwi, zamykanych przez ciocię.
Wymykała się, żeby wydoić krowy. Piata rano miała dopiero nadejść.

Obora witała nas nieznośnym odorem, do którego nos przywykał zaskakująco szybko. Powietrze czerniło się od much, obijających się od ścian i naszych twarzy.
Krowy patrzyły na nas potulnie spod niemożliwie długich rzęs, ogonami strzepując z siebie mrowia owadów. Głaskaliśmy je po pyskach i zabieraliśmy na pastwisko, krzycząc „puśtu, puśtu!”, gdy zbaczały z gościńca.
Zazwyczaj szły posłusznie przed siebie, dźwigając swoje cielska i wlekąc za sobą łańcuchy. Ich olbrzymie biało-czarne brzuchy kołysały się miarowo na boki.
Frapowało nas, co myślą i co wiedzą. Czy świadomie wybierają ten nudny krowi żywot od obory do pastwiska?
Kiedy na wsi podnosił się wrzask, że jakaś krowa uciekła i pędzi na oślep, docierało do nas, że nie patrzą w niebo i nie skubią trawy bezmyślnie.

To wtedy pokochałam pola. Nie jakąś tam sentymentalną sezonową miłością, ale na zawsze.
Rozlewały się bezkresem. Odległy horyzont znaczyła ściana lasu.
Wśród zbóż, szarpanych wiatrem, kołysały się anemiczne maki i chabry.
Pałaszowaliśmy niemyte truskawki i wypatrywaliśmy w chmurach znajomych kształtów.
Rozlegał się pomruk. Odległy i niepokojący. Zbliżał się do nas. I nagle przeciągły skowyt syreny kolejowej. Dźwięk kładł się na łanach i mknął do nas. Wiedzieliśmy, że zaraz wyłoni się zza zakrętu. Na horyzoncie nieśpiesznie pojawiała się lokomotywa, wlekąc za sobą brzemienne wagony. Liczyliśmy je gorączkowo, żeby zanieść dorosłym wiadomość, że dziś to było istne szaleństwo. Wagonów było 50 i nigdy się nie kończyły!

To może być lazur wody pod palmami. Norweskie fiordy. Szczyty gór. Egzotyczny wodospad w sercu Brazylii. Plaża z piaskiem jak mąka.
To wszystko nigdy nie będzie jak moje pola, usiane makami i chabrami.






You may also like

5 komentarzy

  1. Fantastycznie napisane! Masz pióro lżejsze od pyłków, które szybują nad ukochanymi przez nas polami. Umieć tak przyoblekać myśli i emocje w słowa to prawdziwy talent! A przy tym wyglądasz na tych zdjęciach jak mak w pełnej krasie 🙂

  2. Nawet nie wiesz, Droga MissFerreiro, jak bardzo czuję to, co napisałaś. To trochę tak, jakbyś spędzała ze mną dzieciństwo, mimo że Twoje pola ścialą się zbożem hen hen daleko od moich. Nawet dźwięk lokomotywy jest tak bardzo mój… Kto wie, może liczyłyśmy te same wagony, które zaczynały swój bieg u mnie, na Północy a kończyły u Ciebie, na Południu? PS. Sukienka rzeczywiście boska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.