TRAKTAT O SPRZĄTANIU, CZYLI CZTERY CZYNNOŚCI DOMOWE, KTÓRYCH NIENAWIDZĘ!

– Czy możecie uszanować moją pracę i tak nie bałaganić?! – ryknęłam złowieszczo.
– To ty jesteś sprzątaczką? – ze spokojem zapytało potomstwo.

***

Odkąd dziesięć lat temu przyszło mi piastować zacny urząd kury domowej vel pani domu (w zależności od nastroju), odnoszę wrażenie, że moje życie odbywa się w trybie dejavu.
Na przykład podczas załadunku brudnych garów do zmywarki – no rękę bym sobie dała uciąć, że już ze dwa razy tego dnia wykonywałam tę samą czynność.
Albo podczas załadunku brudnych łachów do pralki – po prostu żal drugiej ręki, gdyby faktycznie tylko mi się wydawało, że już dziś to robiłam.
Albo weźmy okruchy – jakby człowiek je siał, a nie zamiatał! Jakby człowiek je podlewał, a nie odkurzał!
Nikt nie mówił, że moje życie usłane będzie płatkami róż. Ale nikt też nie ostrzegł, że będzie usłane wszelkiej maści paprochami, panoszącymi się po stołach, blatach, podłogach…
Im więcej sprzątam tym bardziej sobie uświadamiam, że jestem Syzyfem w kiecce! Bogowie narzucili mi sromotny los – taszczę pod górę ten sajgon, a kiedy już mi się wydaje że jest porządek, potykam się i turlam w dół, a za mną – stos brudnych naczyń, góra łachów, hałdy okruchów, morze plam…
Sięgam estetycznego dna, a przede mną Akrokorynt sprzątania.
Myślę wtedy – coś poszło nie tak!
Czy naprawdę życie jest pasmem przysiadów i skłonów wykonywanych podczas boju o porządek?!
Gdybym musiała przeliczyć godziny spędzane na pakowaniu i wypakowywaniu zmywarki, ile by to było w sumie lat?
Na ile spacerów nie poszłam, bo musiałam wstawić pranie?
Ilu książek nie przeczytałam, bo rozwieszałam pranie?
Ilu filmów nie obejrzałam, bo zdejmowałam pranie z suszarki?
W ile miejsc nie pojechałam, bo musiałam to pranie posegregować?
Na ile kaw z koleżankami nie poszłam, bo miałam schadzkę z domestosem?
Ile razy nie miałam czasu dla męża, bo romansowałam z mopem?
Na ile spektakli teatralnych nie poszłam, bo musiałam ogarnąć własny straszny dwór?
Ile czasu nie spędziłam z dziećmi, bo wolałam zabawę ze szczotką od kibla?
Dlaczego porządek jest tak ulotny?!
Dlaczego bałagan jest tak trwały?!

Och, kim ja się stałam?! Wsiowym filozofem w gumowej rękawicy.
Aktorką pierwszoplanową kiepskiego kina pt „Niekończąca się opowieść o sprzątaniu”.
W obliczu tej greckiej tragedii o Syzyfie w spódnicy, postanowiłam świadomie bojkotować pewne domowe czynności.
Oczywiście wiem, że Perfekcyjna Pani Domu zdzieliłaby mnie za to w łeb białą rękawicą, ale na bogów olimpijskich! Nie można tkwić po uszy w tych porządkowych okopach, jest przecież jeszcze życie!
Gdzieś tam, za siedmioma górami naczyń, za oceanem nieposegregowanych ubrań, jest cywilizacja!
Być może nie przybędzie mi od tego czytelników, może nawet ktoś się ode mnie odwróci, ale powiem to na głos, najtłustszą z czcionek, otóż:

NIE PRASUJĘ
Zaprawdę powiadam Wam – każdy człowiek jest samoistnym żelazkiem.
Każde niewyprasowane ubranie prasuje się na człowieku i każde wyprasowane ubranie na człowieku się gniecie. Czy zatem warto prasować? Otóż nie. Nie, bo na jedno wychodzi.
Moje żelazko o wiele częściej występuje w sesjach zdjęciowych niż prasuje.
Co z koszulami męża?! Wiem, że dla wielu osób to będzie szok, czy też kolejny cios – mąż prasuje sobie koszule sam. Nie uważam jakoby każda kobieta przychodziła na świat z funkcją „prasowanie”, podobnie jak żaden mężczyzna nie rodzi się z dysfunkcją „prasowanie”.
Jeśli wasz mężczyzna twierdzi, że polegnie w starciu z żelazkiem – zwyczajnie mu na to pozwólcie.
Uważam, że to jedna z podstawowych zasad szczęśliwego związku – „jak chcesz mieć wyprasowane to sobie wyprasuj kochanie”.
Czy przejmuję się tym, co ludzie pomyślą, kiedy usłyszą, że złamałam ten fragment małżeńskiej przysięgi „i będę ci prasowała aż do śmierci” – kompletnie nie.
Oczywiście, wiem że są ludzie, którzy prasowanie po prostu lubią – wiele koleżanek mówi mi, że tak naprawdę lubią to, bo bez większych wyrzutów sumienia mogą nadrobić telewizyjne zaległości. I ja to szanuję, niemniej nadal nie trawię prasowania.

Co z zasłonami i firankami? O tym zaraz będzie odrębny akapit, niemniej – nie posiadam ich.
Onegdaj miałam firanki i zasłony – wieszałam je zawsze mokre i same z siebie się prasowały. Serio.
Co z pościelą? Tak wiem, dla niektórych będzie to kolejny policzek – śpimy w pogniecionej pościeli. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, że najpierw spędzam pół dnia prasując poszewki, a potem ktoś gniecie je, śpiąc nieuważnie! Brr..
Prasowanie – bardzo absorbujące zajęcie, z którego nie wynika i tak NIC DOBREGO.

NIE MYJĘ OKIEN
Brudne okna mobilizują mnie do wyjścia z domu. Jak człowiek ma czyste okna to wie co się dzieje na zewnątrz i nie ma potrzeby wychodzenia z domu. Taka prawda.
Poza tym, jak okno jest czyste można go nie zauważyć i bardzo mocno uderzyć się w twarz. Wiem co mówię! Kiedyś też widziałam ptaka, którego zmyliło krystalicznie czyste okno i się zabił.
Naprawdę, nie zniosłabym gdyby ptasia populacja drastycznie się zmniejszyła w okolicy za sprawą moich czystych okien… Apeluję do wszystkich – nie myjcie okien. To bardzo absorbujące zajęcie, z którego nie wynika i tak NIC DOBREGO.

NIE MAM FIRANEK I ZASŁON
Życie w otoczeniu firan i zasłon wspominam dosyć traumatycznie.
To znaczy życie jako tako, ale ten moment, kiedy czara kurzu się przelewała i musiałam się wspiąć na wyżyny silnej woli i krzesło, żeby zdemontować tę kurzową instalację…
Następnie zaś – weź to człowieku upierz!! Przecież pranie firan i zasłon wymaga specjalnej troski.
Trzeba uruchomić w sobie i w pralce, tryb najdelikatniejszy z możliwych.
To już nawet nie jest pranie – to kołysanie.
W tym tańcu nie ma miejsca na wirowanie! Tak więc wyjmujesz z pralki te zasłony i firany, ukołysane do czystości, które teraz ważą milion kilo i kapią.
Pamiętam ten moment – kiedy stoję rozdarta i zaprawdę, nie wiem co zrobić – gdzie to powiesić, żeby skapało? Gdzie to odłożyć, żeby nie ciążyło? Wtem myśl! A może po prostu wyrugować to zasłonowe brzemię ze swojego życia przez okno?!
Zanim jednak dotarło do mnie, że to jedyne słuszne rozwiązanie, latami sumiennie właziłam na krzesło, mozolnie instalując te inkubatory kurzu na karniszu.
Mdlały mi ręce, opadałam z sił, krew pot i łzy.
Reasumując – to bardzo absorbujące zajęcie, z którego nie wynika i tak NIC DOBREGO.

NIE PRZYPINAM BIELIZNY NA ŻABKI
Jeżeli podczas wędrówki przez świat, traficie na bezpańską skarpetę, prawdopodobieństwo, że to ferreirowa skarpeta, jest zwyczajnie wielkie.
Zakotwiczanie bielizny żabkami to taka malutka czynnostka domowa, która zupełnie wytrąca mnie z równowagi.
Jakbym musiała po kropelce napełnić wannę wodą. Albo umyć okno, albo coś uprasować, albo powiesić franki.
To bardzo absorbujące zajęcie, z którego nie wynika i tak NIC DOBREGO.

Ps Mamo, jeśli to czytasz, wiem że Twoja śląska pedantyczna dusza cierpi. Zwłaszcza akapit o niemyciu okien musiał rozedrzeć Twoje serce, proszę nie oddawaj mnie innej mamie!


Stlizacja na spacer z żelazkiem:
w roli sukienki – zasłona
w roli biżuterii – żabki na bieliznę

You may also like

39 komentarzy

  1. Przegenialny tekst! <3 Mi się tylko zdarza od czasu do czasu umyć okna. 😉 I cały czas zastanawiam się nad pozbyciem się dywanu, na którym okruchy pojawiają się dosłownie minutę po odkurzaniu- grrrr.

    1. aaaaa, nie napisałam że zrezygnowałam z dywanów!
      Wiadomo, że czasem umyję okna, ale nie ma słów jak bardzo tego nienawidzę! 😀

  2. MAM DOKŁADNIE TAK SAMO! Mąż sobie koszule prasuje sam, zasłon nie posiadam, okna też myje mąż, a żabki do bielizny to zbędny wydatek. Nie to, żebym męża wykorzystywała bez serca – on sam doskonale rozumie, że gdybym ja wzięła się za prasowanie, to koszule wyglądałyby gorzej niż po wyjęciu z pralki, a okna miałyby więcej smug i zacieków niż moje szyby w aucie. Ale żeby nie było, nikt lepiej ode mnie nie wykorzystuje przestrzeni w zmywarce (upchnę wszystko), rozwiesza prania (po wyschnięciu są prawie jak wyprasowane) czy sprząta bałagan (tak pochowam rzeczy, że sama ich potem nie mogę znaleźć). Dobrze wiedzieć, że nie jestem dziwakiem, a przynajmniej nie jestem w tym odosobniona!
    Ps. Mój pierwszy komentarz u Ciebie, ale nie ostatni. Niedawno wpadłam na Twoją stronę i przepadłam – nie przestawaj pisać! 😉 Pozdrawiam!

  3. A u mojej siostry, gdzie brak firanek i okna są czyste, wciąż uderzają o nie z impetem ptaki, malutkie wróbelki 🙁 młoda twierdzi, że nic im nie jest, ale jeśli zostawiają na szybie mokrą plamę, to nie jestem pewna…

  4. A ja po 10 latach związku zaczęłam mężowi prasować koszule. Przez 10 lat z założenia miał prasować sobie sam, a w praktyce chodził w pogniecionych. I po tej dekadzie to mi zaczęło to przeszkadzać. Starzeję się:).
    Za to on zaczął robić od czasu do czasu pranie. Baaa nie tylko robić, ale i rozwieszać, a co znamienne rozwieszać na pustych karniszach (bo suszarkę to trzeba w szafy wyciągnąć), a pustych, bo firanek i zasłon pozbyłam się już dawno. I dywanów.
    A mąż mój chyba podziela moje zdanie na temat ograniczenia obowiązków, bo zakupił roombę i karchera do okien. I on tę roombę czyści :). A żabki służą mi wyłącznie w kuchni do zamykania foliowych opakowań.
    Uwielbiam Cię Saro, a za ten tekst, to zaczynam pałać uczuciem:).

  5. Tez nienawidze prasowac i robie to bardzo rzadko. A zaslony czy firany mozna odwirowac to nie beda kapac 😉 pozdrawiam Martyna

  6. Saro! ja w całości rozumiem Twój post, Twoje myślenie. Ja mam tak samo – zero firan (moja mama ze śląskiego domu tego nie ogarnia), nakazałam mężowi posiadanie ubrań TYLKO takich, które się nie gniotą albo prasuje sobie sam (co robi).. i serio słyszę, żeby pościel prasować (poważnie). Mówię głośno, że jeżeli komuś przeszkadzają moje brudne okna to może je umyć, nie bronię, zapraszam, bo ja nie myję (moja mama już tylko kiwa z dezaprobatą głową). A bez dywanów jest super!

  7. Plisy i rolety dzień-noc są jednym z genialniejszych wynalazków ludzkości. Śmierć zasłonom, a zwłaszcza firankom 🙂

    A jak czytam o prasowaniu poszewek, to przypomina mi się znajoma osoba, która prasuje także majtki i skarpetki. Cóż, kto co lubi, ale chyba szkoda życia na takie rzeczy.

  8. Och czytam Cię od dawna, ale pierwszy raz komentuję,po prostu muszę, bo właśnie dzisiaj pisałam o suszarce i nieprasowaniu ubrań:) Mężowi prasuję koszule – jest to dla mnie pretekst do oglądania seriali (pretekst dla siebie samej), żadnego prasowania poszewek – fuj, zlikwidowałam firanki (kocham moje rolety dzień – noc), zasłony wieszam mokre, choć myślę o pozbyciu się ich, zminimalizowałam ilość mebli i przedmiotów w domu by ograniczyć sprzątanie do minimum – zajmuje mi to 15 minut plus drugie tyle na ogarnięcie łazienki. W życiu nie byłam szczęśliwsza:)

  9. Zawsze można nie zakładać rodziny i mieszkać z mamą. Ma się czysto, wyprasowane i bez okruchów 😉 Ja prasuję jak już nie ma wyjścia 😉

  10. Uwielbiam Cię, ale dzisiaj to już przesadziłaś!!!
    Zgadzam się z niemal wszystkimi punktami, zwłaszcza to prasowanie, brrr.. ja już w sklepie robię wstępną selekcję ubrań, jeśli coś wygląda na gniecące się to po prostu zostaje sobie w tym sklepie i tyle.

    Ale przyznam się, że od niedawna zaczęłam myć okna (tzn. częściej niż raz do roku ;D i od niedawna prasuję pościel, bo tak ładnie wtedy wygląda. Ale kto wie, może przestanę. W końcu nie wyniknie z tego NIC DOBREGO 😀

      1. A wiesz, ja przestałam się wykrwawiać, gdy kupiłam myjkę/ odkurzacz do okien.
        To coś jest genialne, zwłaszcza,że u dzieci w pokoju są szklane drzwi na balkon. Dwuskrzydłowe, cholera! No i jeszcze przeklinam dzień, w którym dałam się przekonać do drzwi wewnętrznych z szybami. Kurka, te małe paluszki non stop na wszystkim.. odkąd mam myjkę, cierpię mniej. Nie ma machania ścierą, jakoś bardziej elegancko się przy tym domowym kieracie wygląda, a dzieci myślą że to moja bron superbohaterki (żałosne, wiem;). Leifheit, jakby Cię interesowało. I nie, to nie jest komentarz sponsorowany 😀

  11. wow! też tak mam :). Jestem pedantką i nienawidzę brudu, mam zawsze czysto, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy wieszanie prania na żabki – do tej pory mam traumę, jak przypomnę sobie te powyciągane rogi bluzek, właśnie od żabek! Ile bluzek straciłam przez moją mamę i jej system wieszania erghhh:). Prasowanie nie jest dla mnie – nie ogarniam tego tematu – żelazko wiecznie bryzga mi wodą na ubrania; mycie okien również. To robi mój mąż :))). Grunt to podział obowiązków wedle „lubienia” i każdy jest zadowolony.

  12. Hight Five!
    Dokładnie tego samego nie robie!

    Żelazko to najprawdziwszy pomiot szatan,
    poszłam krok wiecej : Nie kupuje rzeczy, które się mną, strzepuje wieszam i musi im to wystarczyć, jesli jakaś koszula woła do mnie wyprasuj mnie to ja jej odpowiadam – Do widzenia:)

    Tak trzymaj,
    troche luzu w zyciu
    Buziaki :*

  13. okna myję bo,mimo wszystko,lubię patrzeć co za nimi.firanek i zasłon nigdy nie miałam i nie rozumiem po co istnieją.Koszule mężowi prasuję,nawet to lubię.ale bardziej synowi kiedy spedzam u niego czas(Kopenhaga).Zmywanie ogarniam ale bez przesady,inni w domu też mają ręce.odkurzanie to koszmar ,zwłaszcza zimą.Zwierzaki nanoszą tonę piachu-wolę zamieść.Dywany to tylko w sklepie.A najbardziej to lubię czytać.Książki.pozdrawiam.

  14. dobre,kocham kocham kocham,nie prasuje,okna od czasu do czasu umyje,nie czyscze prysznica bo nie cierpie,lubie względny minimalizm i stylowka na spacer z zelazkiem-przeurocza,uwielbiam Cie Saro;))

  15. to jest ZASŁONA?! i ŻABKI DO BIELIZNY?! haha, kobieto, wyglądasz w tym outficie jak milion dolarów! uwielbiam Cię!

  16. Kiedyś lubiłam prasować. Lubiłam zapach cieplutkiego ubrania. Lubiłam, gdy było nas dwoje. Do czasu..teraz, gdy w zastraszającym tempie wyrasta mi w pokoju Mont Everest do prasowania (jedno pytanie dziennie przy trójce dzieciakow to absolutne minimum), a doba nijak nie chce się rozciągnąć, nienawidzę pracować.
    Okien nie myje. Dwa razy w roku płacę Pani, żeby zrobiła to za mnie. Wolę czas poświęcony na mycie, przeznaczyć na zarabianie i napedzac gospodarkę.
    Gdyby tak samo się jeszcze sprzatalo, jak zawsze samo się bałagani, byłoby błogo. Złudzeń jednak nie mam więc latam na miotle

    http://Www.pommada.pl

  17. Nienawidzę wieszać prania i prasować więc kupiłam sobie suszarkę do ubrań i już powyższych nie wykonuję 🙂 polecam! A co do mycia okien to zawsze siebie wewnętrznie ganiłam za ich stan ale przecież „brudne okna mobilizują do wyjścia w domu” i tego się od dzisiaj trzymam 😀

  18. You made my day! Genialny tekst! U nas nawet pranie swoje mąż robi sobie sam, bo ja piorę białe z kolorowymi, a jemu to nie odpowiada! Prasować oczywiście sam sobie prasuje, w weekendy gotuje też obiady, bo ja ćwiczę sztuki walki i tak jakoś się utarło. Okna myję raz na rok, trochę firan mam ozdobnych, a w większości rolety. Najlepiej kiedy miałam panią do sprzątania, miałam wtedy naprawdę berdzo czysto w domu. Mi szkoda tych 5-6 h/tyg na takie gruntowne porządki. Sprzątamy więc na zmianę i nie zawsze bardzo dokładnie.

  19. Witam. Ja oprócz powyższego 2razy w roku piorę poszewki dzieci razem z pościelą:) suszę na dworze w komplecie, a potem na łóżko i gotowe, nie trzeba nawlekac:)tuba nie muszę dodawać, że moja mama nie moze tego przeżyć:)

  20. Hahaha, a ja myślałam że masz na sobie sukienkę od Gosi Baczyńskiej albo innego Zienia :))
    Co do „prac domowych” – też zrezygnowałam z firan, dywanów i prasowania czegokolwiek ale i tak ciągle jest za dużo sprzątania…

  21. NIE MUSISZ,,,,,Na Boga NIE MUSISZ.Jakem skrajnym

    ‚poległym

    NIE musisz.KTO powiedział, że musisz????Przy trójce dzieci SYF jest rzeczą oczywistą i nie podlegającą refleksji.Piękny dom???To naprawdę jest NIEISTOTNE,chociaż dla dzieci bałagan, to jest być albo nie być i to się nie zmieni, czy sto tysięcy lat temu czy sto tysięcy lat w przyszłość.Dziecko w ten sposób buduje swoją OBECNOŚĆ w domu, swoją niezależność, swoje JA.Moje JA byś może jest wyjątkiem, nad którym nie muszę się skupiać.Może moje dzieci są normalne a Ja głupi??? Uczę się…

  22. Prasować to i ja przestałam już dawno temu. Każde wyprasowane przeze mnie ubranie za chwilę miało te obrzydliwe ślady od złożenia go w kosteczkę. Nie cierpię tego, więc musiałam to ubranie już wcześniej wyprasowane jeszcze raz wyprasować tuż przed założeniem… Najbezsensowniejszy bezsens! Tak więc teraz prasuję ciuch tylko tuz przed założeniem ubrania na siebie/męża/dziecko. A i to nie zawsze. I koszule mój mąż także prasuje sobie do pracy sam. Firany zaś uwielbiam, ale one też już dawno przestały widywać żelazko, a bielizna wieszana na żabki doprowadza mnie do szału. Sam fakt jej rozwieszania buzi we mnie wstręt, bo czynność ta trwa w nieskończoność, ale skoro już muszę, to przynajmniej oszczędzam sobie tych żabek…
    Nie jesteś sama w tym nierównym boju ze ścierą. I jak widzę – ja też nie 😉

    Pozdrawiam

  23. Niesamowite zdjęcie – kompozycja, koncept, wykonanie, stylizacja, jednym słowem majstersztyk. Zrób całą serię w różnych odsłonach (zasłonach ;)) i na wystawe do galerii. Manifest, który daje do myślenia, piękno, które cieszy oko.

  24. Ale jakie ładne masz te żabki do bielizny!!

    Też nie prasuję – baaardzo rzadko jakąś kieckę sobie czy koszulę mężowi. Okna myje mąż, żabek nie używam. Zasłono – firany mam tylko jedne, nie przyszło mi do głowy żeby je prasować, wieszam mokre (odwirowane;) )

  25. Jaki odswiezajacy tekst ☺
    Dzięki Ci za przywrócenie wiary w to, ze porządek w domu nie rządzi naszym życiem 😊
    Ja od lat nie prasuje. Robi to mój mąż. Prasuje swoje ubrania plus moje – w razie potrzeby, która nieczęsto się pojawia 😊
    Okna przez 6 ostatnich lat umyłam 3 razy i uważam, że to rewelacyjny wynik.
    Zamierzam zbojkotowac ideę firan. Przeprowadzamy się na tyle wysoko, że nikt nam nie będzie w okna zaglądał, więc whats tej point??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.