WYOBRAŹ SOBIE, ŻE PO PORODZIE NIE MOŻESZ BYĆ ZE SWOIM DZIECKIEM

Był słoneczny lipcowy dzień, kiedy zameldowałam się w szpitalu zgodnie z ustaleniami.
Przyszłam z mężem, niewielką torbą i dużym brzuchem. Tego dnia miałam urodzić swoje trzecie dziecko przez cesarskie cięcie.
Poród bez tych wszystkich elementów zaskoczenia: nagłych skurczy, wód odchodzących w samochodzie, stania w korkach i stresu, że nie zdążę i urodzę na chodniku, wydawał mi się dziwaczny.
Tak oto stałam pod szpitalem na chudych pałąkowatych nogach, kiedy mąż robił zdjęcie do kroniki rodzinnej i wiedziałam, że punkt jedenasta lekarze „nastrykają” mi brzuch (tak mówił wtedy Zbynio) i wyjmą z niego chłopca, mojego syna. Położą go na mojej klatce piersiowej i dokładnie w tym momencie zapomnę, jak wyglądało moje życie bez niego.
Znałam na pamięć wszystkie procedury. I medyczne i miłosne.

Jak miało się okazać, nie był to rutynowy zabieg, ale operacja pełna komplikacji. Choć pod sam koniec ciąży mój brzuch nadal mogłam spokojnie zamaskować szerszym tishertem i niewiele przytyłam, dziecko, które przyszło tego dnia na świat, ważyło prawie cztery i pół kilo, a lekarze nie mogli uwierzyć, że wyciągnęli ze mnie takiego kolosa.
– To dlatego pani taka chudzina! – wykrzyknęła jedna z położnych – przecież on z pani soki życiowe wyciągnął!
– To dlatego pół ciąży twierdziłam, że mam połamane żebra, a nikt mi nie chciał wierzyć – szepnęłam lekko zamulona znieczuleniem.
W końcu go zobaczyłam. Miał nieprawdopodobnie gęstą czarną czuprynę, o dziwo był blady i wyglądał, jakby od dobrych dwóch tygodni był już na świecie. Podobnie jak jego ojciec niespełna trzydzieści lat temu, spał, kiedy do jego bezpiecznej kryjówki, wpadło brutalne szpitalne światło.
Nie krzyczał. Miał szeroko rozwarte oczy i wodził nimi po sali.
Nie reagował, kiedy położna zapakowała go i wręczyła prezent mojemu mężowi. Zobaczyłam tylko, jak zamykają się za nim ciężkie drzwi i poczułam, jak wilgotnieją mi oczy. Te ciężkie dzielące nas drzwi, to było dla mnie zbyt wiele. Chciałam za nim wybiec, ale moje nogi były dosłownie sparaliżowane znieczuleniem zewnątrzoponowym.
Niech pani nie płacze, zaraz pani go zobaczy – powiedziała czule położna i wytarła moje mokre policzki – on jest bezpieczny ze swoim tatą.
Lekarze operujący próbowali zabawiać mnie żartami i odwrócić uwagę od przedłużającej się niepokojąco cesarki. Kiedy zapytałam, czy coś jest nie tak, odparli, że próbują zszyć pięknie mój brzuch, bo w papierach widzieli, że mąż jest z Brazylii i muszę wspaniale wyglądać na Copacabana.
Po trzecim dziecku została mi na brzuchu łukowata blizna. Dzieci zawsze ją uwielbiały, mówiły, że mój brzuch się uśmiecha.

Mój syn nie płakał. Spał albo wodził oczami po świecie. Płakałam ja, a kiedy położne pytały dlaczego, mówiłam, że z miłości i nawet nie było mi wstyd za ten potworny patos. Wypłukiwała się ze mnie burza hormonów.
Chciałam na niego patrzeć już zawsze. Choć miał kilka godzin, już przeżywałam, że kiedyś będzie dorosły i wyprowadzi się z domu. Więc znowu płakałam. W lusterku widziałam swoje opuchnięte od łez mizerne oblicze. Kiedy wyszłam do toalety, stresowałam się, czy nikt przez te kilka minut nie porwie mojego dziecka. Zrozumiałam nagle Rachel z Friends, kiedy Ross zażartował, że pewnie przez okno wlecą drapieżne ptaki, stoczą bój o dziecko, a zwycięzca odleci, dzierżąc w pazurach noworodka. Rachel odparła tylko: jeśli tak się stanie, będzie ci bardzo głupio.
Kiedy zapadła noc i położne wyłączyły światło, zakopałam się z moim synkiem pod kołdrą. Gładziłam jego włoski, trzymałam maleńkie rączki, wdychałam jego oddech, pochłaniałam zapach i pilnowałam, żeby łzy nie kapały na jego buzię.
Wyobrażałam sobie, że wracamy do domu, że kładę go w kołysce, że w końcu jesteśmy wszyscy razem.
Jak się miało okazać, moje marzenie miało długo się nie spełnić.

Następnego dnia przyszła lekarka i przejrzała wyniki różnych badań. Bacznie obserwowałam jej twarz, kiedy dostrzegłam, jak marszczy brwi. Przerzuciła papiery, raz jeszcze i ponownie zmarszczyła drzwi. Kiedy zobaczyła mój niepokój, jej twarz się rozjaśniła:
– Proszę się nie martwić, jedną sprawę trzeba wyjaśnić.
I wyszła. Poczułam wyraźnie, jak zakwitł we mnie niepokój. Zmieszany z hormonami był jak koktajl Mołotowa. Wybiegłam za lekarką, łapiąc ją na korytarzu.
– Czy z moim synkiem wszystko jest dobrze?!
Spokojnie, po prostu musimy go jeszcze raz zbadać – była czuła i miała kojące spojrzenie – zaraz do pani wrócę, dobrze?
Nie mogłam opanować nerwów. Wyłam mężowi do słuchawki. W końcu wróciła. Siadła przy moim synku, zaczęła łagodnie do niego mówić i rozpinać kaftanik. Przebierał nóżkami i zaciskał piąstki. Zagrzała w dłoniach słuchawkę stetoskopu i delikatnie przyłożyła do jego klatki piersiowej, palcem sygnalizując, że potrzebuje absolutnej ciszy. Wstrzymałam oddech.
Kiedy skończyła, spojrzała na mnie. Inaczej. Jej mina mówiła: musimy porozmawiać.
Zanim zaczęła mówić, stałam w kałuży własnych łez. Hormony mnie ogłupiały. Nie byłam w stanie myśleć logicznie.
Cała dygotałam, kiedy lekarka tłumaczyła mi, że moje dziecko ma problemy z sercem i trzeba jak najszybciej przewieźć je do innego szpitala na oddział kardiologii.
A potem wszystko działo się jak w surrealistycznym śnie. Zobaczyłam ludzi w czerwonych kombinezonach, jak zabierają mojego synka i wsadzają do gigantycznego inkubatora.
Wyglądał tam jak trybik ogromnej maszynerii.
Mąż trzymał mnie, kiedy błagałam ich, że sama odwiozę go do tego szpitala, żeby nas nie rozdzielali.
– Proszę pani, taki są procedury. Proszę jechać za karetką, to szpital, który jest dwa kilometry dalej – spokojnie tłumaczył ratownik medyczny.

Jak burza wpadłam do szpitala, rozpaczliwie szukając oddziału kardiologii. Pędziłam korytarzami, choć dwa dni temu miałam cesarskie cięcie i powinnam z trudem chodzić. W końcu znalazłam jego salę. Zajrzałam przez okienko. Leżał w łóżeczku i jak zwykle wodził gdzieś tymi oczami. Porwałam go w ramiona i zaczęłam przepraszać, że musiał przez to przejść, że już nigdy, nigdy go nie zostawię.
– Proszę pani – rozległ się głos pielęgniarki, on cały ten czas spał, nawet nie zauważył, że pani przy nim nie było.

Problemy z sercem Lolka okazały się niegroźne, do wyleczenia bez operacji, czy jakichkolwiek bolesnych zabiegów. W szpitalu spędziłam z nim dwa tygodnie, nie odstępując go na krok. Kiedy mąż wymógł na mnie, żebym pojechała do domu, wziąć porządny prysznic i przespać się kilka godzin we własnym łóżku, wróciłam po godzinie.
Ta poporodowa więź matki z dzieckiem, to kosmos. Może ci się nawet wydawać, że jeszcze go nie kochasz, ale myśl o tym, że ktoś może was rozdzielić, że może być ciężko chore, że możesz je stracić, jest czymś, co potrafi doprowadzić na skraj szaleństwa.
Czy wyobrażam sobie, że zamykają mojego synka w inkubatorze, odwożą do innego szpitala, a ja nie mogę go w tym czasie zobaczyć?
Kiedy piszę to pytanie, dokument tekstowy rozmazuje mi się przed oczami i muszę wziąć głęboki oddech. Niech to będzie odpowiedź.
Tymczasem matek takich ja osiem lat temu są w Polsce setki. Tylko że one nie mogą czuwać przy swoich noworodkach.

– To jakiś koszmar – napisała wczoraj do mnie koleżanka – moja znajoma nie widziała swoich bliźniaków przez miesiąc po porodzie.

Zanim napisałam ten tekst, skonsultowałam się z prawniczką i lekarzami, żeby mieć pewność, że te szpitale, które zakazują matkom czuwania przy swoich noworodkach, łamią zarówno prawo, jak i serca tych kobiet.
Nie ma podstaw prawnych do stworzenia takich przepisów na terenie poszczególnych szpitali, a wskazania medyczne powinny mieć silną podstawę, a nie być przepisem obowiązującym wszystkich.
Dlatego proszę Was o podpisanie petycji Fundacji Rodzić po Ludzku.
Koronawirus zawładnął rzeczywistością, będzie z nami jeszcze długo. Niech jego psychicznych ofiar będzie jak najmniej.

Polecam Wam przeczytać artykuł w The Mother Mag o tym, co przeszła Gosia, oraz komentarze innych matek.
W Rzeczypospolitej natomiast artykuł wyjaśniający jak koronawirus ma się do praw pacjenta.

You may also like

12 komentarzy

  1. Moja półroczna córeczka odeszła po kilku tygodniach w szpitalu… Nie mogliśmy nawet być przy niej w ostatnich minutach, umierała sama, jak wiele innych dzieci. Nigdy się z tym nie pogodzę. Nikt nie wróci mi tego czasu. Tak bardzo chciałabym, żeby ktoś poniósł odpowiedzialność za te bestialskie przepisy! W myślach mam ochotę życzyć tym osobom samotnej śmierci i wszystkiego co najgorsze!
    Dziękuję, że o tym piszesz.

  2. Oczywiście cierpią matki, ale największe szkody są wyrządzane ich dzieciom. Mamy XXI wiek i wiemy już, jak bliskość jednej najważniejszej osoby w życiu dziecka jest istotna. W mózgach tych „opuszczonych” dzieci właśnie wytwarzają się niekorzystne struktury, ich kształtujące się układy nerwowe właśnie zapisują emocje, których być nie powinno. Niestety ta samotność bez kochającej mamy zapisze się w ich podświadomości. Matki są dorosłe, jakoś sobie poradzą, ale noworodki będą się zmagać z tymi doświadczeniami przez całe życie, bardziej lub mniej świadomie.

  3. Podpisałam używając swoich dwóch adresów email(nie wiem czy się bedzie liczyć jako 2 głosy), podpisał mąż, podpisze jeszcze moja mama. Mam nadzieję, że ta petycja zrobi robotę.

  4. Czytam ten tekst juz chyba piaty raz z przerwami bo ciągle mam łzy w oczach. Od kiedy 8 miesiecy temu zostałam mama stałam się jeszcze bardziej wrazliwa jesli chodzi o dzieci..tulę teraz mojego synka i wszystkie mamy, które są odzielone choc na chwilę od swych maluszkow.

    1. Chciałam rodzić naturalnie, ale dwa pierwsze razy dzieci zaplatały się w pępowinę i to były błyskawiczne cesarki, a trzecia już ze względów medycznych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.