KSIĄŻKOBRANIE | „GORYLE ODMÓWIŁY BYCIA LUDŹMI”

Powiem Wam szczerze. Cykl „książkobranie”, który powstał swego czasu na moim blogu, to obecnie mój wielki wyrzut sumieni. Coś, co mi nie wyszło, co mi nie szło i… stresowało mnie.
Nie wiem, czym to tłumaczyć, ale nie potrafię o książkach pisać, nawet średnio umiem o nich rozmawiać. Plączę się wtedy i bełkoczę, choć książki, które czytam, biją we mnie osobnym sercem i przeżywam je bardzo.
Rodzi się z tego jakiś niemerytoryczny potok słów, ubabranych w emocjach.
Lubię, kiedy o książkach piszą za mnie inni. Najbardziej cenię Rafała Hetmana, który w lapidarny i rzeczowy sposób, potrafi wydestylować z książki esencję.
Podziwiam to, jak umie ograniczyć emocje, a jednocześnie pozwala przesączyć się tym najważniejszym.
Chętnie zaglądam do recenzji Magdy, które moim zdaniem nieraz są lepsze, niż same komentowane przez nią książki.
Myślicie teraz zapewne, że skoro mi to nie idzie, to po cholerę wchodzę drugi raz do tej samej wody. Otóż dlatego, że dostaję mnóstwo pytań, o to, co czytam i kiedy wróci „ksiażkobranie”.
Chciałbym też dzielić się książkami, namówić Was do sięgnięcia po niektóre pozycje, wykrzyczeć emocje, które buzują we mnie po przeczytaniu każdej, usłyszeć, co Wy macie do polecenia.
Nie będę więc niczego obiecywać, bo po moich obietnicach można wnioskować, że mam zadatki na polityka. Postaram się jednak regularnie pisać o tym, co przeczytałam. I nie będą to recenzje, raczej zbiór luźnych refleksji.

Jak czytać więcej?
Skoro już jesteśmy przy temacie książek, to chciałam Wam opowiedzieć, jak to się stało, że w ostatnich miesiącach czytam więcej niż kiedykolwiek.
Otóż… postanowiłam drastycznie odizolować od siebie telefon.
Od dawna miałam poczucie, że telefon za mocno przyrósł mi do ręki, ale chyba nie maiłam pojęcia jak bardzo, dopóki nie zrobiłam eksperymentu, że zamiast bezmyślnie tułać się po internecie, czytam.
Nie powiem Wam, ile książek przeczytałam przez ostatnie kilka miesięcy, bo haniebnie obnaża to prawdę, ilu nie przeczytałam.
Do przemyślenia.
Choć może powinnam siedzieć cicho, bo jeśli wygonię Was do książek, to kto będzie czytał tego bloga?!

Wojciech Tochman Jakbyś kamień jadła

Do Tochmana wróciłam po wielu latach. Ostatni raz czytałam jego reportaże w liceum. Wstrząsnęły mną tak bardzo, że pomyślałam wtedy: nigdy więcej.
Jednak świat zatacza jakieś potworne koło, gdzie ta sama historia odradza się w innym czasie i innej szerokości geograficznej.
Zastanawiam się wtedy, czy my ludzie niczego się nie uczymy? Moje pytanie, rozpływa się w powietrzu, bez żadnej odpowiedzi, tak samo, jak pytanie z książki Tochmana, zadane imamowi „dlaczego Bóg na to pozwala?”.
Jakbyś kamień jadła to reporterski krajobraz po wojnie w Bośni i Hercegowinie.
Podążamy przez miasta, będące miastami wdów i sierot. Mężczyzn prawie nie ma. Ich wymieszane kości spoczywają w masowych grobach.
Doktor Ewa Klonowski próbuje złożyć je w kompletne szkielety ukochanych ojców, synów, braci.

Idziemy za Mejrą wąskimi ścieżkami wśród strzępów ubrań. Stajemy nad tamtym: ciemne spodnie, jasna koszula i coś, co było swetrem w kolorze bordo.
Matka pochyla się, poprawia nogawkę. Podnosi się i ocenia, czy na pewno wszystko dobrze się prezentuje.
– To Edvin – mówi, jakby nam kogoś przedstawiała. – Mój syn. I płeć się zgadza, i wiek, i wzrost, i zęby.

Relacja Tochmana jest wstrząsająca, zamknięta w krótkich zdaniach i lakonicznych opisach. Słowa więzną w gardle, kiedy poznajemy historię ludzi takich jak my, którym tak długo wpajano, że się nienawidzą, aż w to uwierzyli i ruszyli na siebie z nożami.
Zabijanie w Bośni było zabijaniem sąsiedzkim. Mordercy i mordowani znali się. Byli sobie bliscy.
Kiedy po skończonej lekturze, brałam głębokie oddechy i przytulałam dzieci, czujące mój smutek, zaczęłam zastanawiać się, po co w ogóle brałam do ręki tę książkę. Przypomniała mi się jej początkowa scena.
Małżeństwo z małą dziewczynką. Przyglądają się wspólnie rozłożonemu przed nimi szkieletowi i decydują, czy mógł być to ich ojciec i dziadek.
Doktor Ewa, widząc dziecko w dżungli kości, pyta:
– Po co ciągniecie tu dzieci?
– Żeby pamiętały – pada krótka odpowiedź.

Wojciech Tochman Dzisiaj narysujemy śmierć
Pytany jestem często, jak znoszę to, o czym piszę. Jak osobistą cenę za to płacę. Odpowiedź nie wydaje mi się ani ważna, ani specjalnie interesująca. Wolałbym, aby ktoś, kto sięga po moją książkę, sam siebie zapytał: dlaczego o tym czytam? Dlaczego się z tym mierzę? – czytamy wypowiedź Tochmana na rewersie książki.

Rok 1994. Mam dziesięć lat. Rodzice przenoszą mnie do szkoły w Lublinie. Na przerwach co tchu biegniemy do pobliskiej Agrohansy, gdzie kupujemy solone czipsy. W pośpiechu zjadamy chrupiące ziemniaki, oblizujemy tłuste paluchy i spóźnieni wracamy na lekcje.
Kiedy ja oblizuję słone palce, w Stanach Zjednoczonych zostaje wyemitowany pierwszy sezon serialu Przyjaciele. Za moment Ameryka oszaleje na punkcie grupki ludzi, którzy wiodą beztroskie życie w sercu Manhattanu.
W tym samym czasie w Rwandzie – malutkim państwie w Afryce, płoną kościoły pełne ludzi, lecą głowy ścinane maczetami jak gałązki. Krew Tutsi i Hutu wpada do rzeki Nyawarongu i Nilem rozlewa się po całej Afryce.
I właśnie dlatego się z tym mierzę.

Scholastique Mukasonga Maria Panna Nilu
Dosłownie parę dni po przeczytaniu Dzisiaj narysujemy śmierć, natknęłam się w markecie na tę książkę. Opisuje Rwandę w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, na moment przed rzezią, jaka dokonała się tam w 1994 roku.
W katolickim liceum żeńskim uczy się przyszła elita intelektualna kraju. Podział na Tutsi i Hutu zarysowuje się coraz mocniej. Dyskryminacja przedstawicielek Tutsi jest nie tylko akceptowana, ale dobrze widziana. Posąg Matki Boskiej, która ma zbyt wąski nos, sugerujący, że jest Tutsi, zostaje zniszczony.
Mukasonga sięgając po bardzo prostą prozę, pokazuje, że zło ma konkretne oblicze. Jest zwyczajną licealistką, w której ktoś zaszczepił nienawiść. Zaczyna się niepozornie. Od zazdrości o jaśniejszą skórę, kompleksu pochodzenia, poczucia wyższości, pogardy dla drugiego człowieka.

Goryle odmówiły bycia ludźmi, były nimi prawie, ale wolały zostać małpami w swoim lesie, na szczycie wulkanu. Kiedy zobaczyły, że gdy inne małpy, takie jak one, stały się istotami ludzkimi, stały się jednocześnie złe, okrutne, spędzały czas na wzajemnym zabijaniu się, odmówiły stania się ludźmi.

***

Pozwólcie, że zakończę słowami Ridvana Dibry, albańskiego pisarza, zesłanego na osiem lat do Wioski na ciężkie prace, za czytanie zakazanych książek:

W gruncie rzeczy ludzie różnią się od siebie mniej, niż sądzimy. W swojej esencji są tacy sami: próbują unikać zła i odpowiadają dobrem na dobro. Zawsze starałem się zbliżać do ludzi, licząc na to, że są z natury dobrzy. Jeśli system chce wydobyć z człowieka zło, bez kłopotu je znajdzie, ale jeśli człowiek chce wydobyć z człowieka dobro, to i dobra znajdzie się pod dostatkiem. *

*Małgorzata Rejmer Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii

You may also like

3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.