METAMOFROZA NASZEGO SALONU

Autor: Miss Ferreira

Mogę dziś chyba powiedzieć, że nadaję do Was z mojego nowego domu. „Nowego”, bo niewielka zmiana, jaką było zaledwie przemalowanie ścian, sprawiła, że nasz salon wygląda jak inne pomieszczenie. Nie mogę się wprost tą zmianą nacieszyć. Nie mogę oderwać oczu od salonu. Rano rozsiadam się tu z kawą i chwilę chłonę wzrokiem ten piękny pokój. Wieczorem, kiedy po domu rozlewa się przytulne ciepłe światło, salon trzyma nas w uścisku do późna.
I dziś przy okazji tych zmian i w szósty rok od naszej przeprowadzki, mam dla Was kilka refleksji, które może będą dobry drogowskazem w tej niełatwej budowlanej wędrówce. Ja chyba chciałabym przeczytać taki wpis na początku naszej drogi.

NIE TRAKTUJ DOMU ZBYT SERIO
Może chwycicie się teraz za głowę, jak można nie traktować domu zbyt serio?! Oczywiście posłużę się własnym przykładem. Sześć lat temu ta ogromna zmiana, jaką jest przeprowadzka, bardzo nas udręczyła. Nie tylko dlatego, że gromadziły się różne problemy i kryzysy, ale też dlatego, że każda decyzja wydawała mi się kwestią życia i śmierci. Szalenie ważny wybór kolorów! Ogromnej wagi decyzja o wyspie kuchennej. Życiowe postanowienie o lampie nad stołem. Rezolucja w sprawie listew przypodłogowych. Werdykty, wyroki, postanowienia remontowe! Masakra. Każdego by to wykończyło.
Tymczasem są rzeczy naprawdę istotne, gdzie warto przemyśleć wybrane rozwiązanie – choćby hydraulika i kwestie ogrzewania. A są rzeczy, które nie zaważą na naszym życiu i bardziej niż się nimi zadręczać, powinniśmy się nimi bawić.
Dostaję od Was wiadomości, w których naprawdę czuć paniczny ton, kiedy wybieracie kolor farby, czy rodzaj lampy. Z troski o własne nerwy, warto potraktować urządzanie domu trochę jak zabawę.
Pamiętacie domki dla lalek i te budowane z materacy, krzeseł i prześcieradeł? Włączcie ten luz. Zwłaszcza że niemal pewne jest, że to, co dziś Wam się nieskończenie podoba, za kilka lat Wam się znudzi. Jednak o tym dłużej napiszę za chwilę.
Nie zrozumcie mnie też źle, nie zachęcam Was do lekkomyślności, ale warto mieć w głowie tę furtkę „to da się odkręcić”.
Ja to zrozumiałam dość szybko, szkoda, że nie wcześniej. Chodziło zaś o szalenie ważną kwestię tapicerki na fotelu ze śmietnika, który odnawiałam. Nie mogłam spać po nocach. Kiedy udawało mi się zapaść w nerwową drzemkę, śniłam o welurach: żółtym i zielonym. Jednak żaden sen nie przynosił mi ulgi rozwiązania.
Kiedy stanęłam przed tapicerem ze swoim życiowym dylematem, ten jedynie wzruszył ramionami i powiedział: „oj, najwyżej sobie pani zmieni za jakiś czas”.
Zaprawdę powiadam Wam, człowiek nigdy nie wie, kiedy spłynie na niego chwila błogosławionego olśnienia. Wybrałam żółty welur, który po kilku latach zmieniłam na zielony.
To, co chcę Wam przekazać, jest w gruncie rzeczy proste: jeśli urządzanie domu jest dla Was koktajlem stresu, niepewności i nerwów, zastanówcie się, gdzie można odpuścić, żeby znaleźć w tym procesie, choć odrobinę przyjemności.
Poszukajcie balansu między dwom sprzecznymi komunikatami: „to aż dom” i „to tylko dom”.

Nasz salon w poprzedniej odsłonie

SKĄD BRAĆ INSPIRACJE?
Bardzo często mnie o to pytacie. Myślę, że inspiracje są dosłownie wszędzie i jeśli jesteśmy wrażliwi na piękno, to z łatwością je znajdziemy. Inspiruje mnie spacer, przyroda, która się zmienia, uwielbiam wprost podglądać cudze domy. Chyba najwięcej inspiracji przywożę z podróży, a najchętniej ze Skandynawii. Uwielbiam programy wnętrzarskie, zwłaszcza te, gdzie ludzie dokonują niesamowitych metamorfoz. Social media też są pełne inspirujących treści. W każdym oglądanym serialu bacznie przyglądam się wnętrzom. Prawda jest taka, że żyjemy wręcz w świecie pełnym inspiracji.
Stąd wydaje mi się, że kluczowe jest pytanie, nie skąd je brać, ale jak się w nich odnaleźć, żeby nie zwariować i żeby nasz dom nie stał się stylistycznym grochem z kapustą, w którym już sami nie wiemy, co nam się podoba a co nie.

Nasz salon w wersji z czarną ścianą

ZATEM NA CO SIĘ ZDECYDOWAĆ?
Wiele razy odpowiadałam na to pytanie, ale ono nieustannie wraca. A odpowiedź jest banalna:
Postawić na prostą bazę, która pozwoli nam na łatwe zmiany, kiedy coś się już opatrzy.
I tu właśnie dochodzimy do ściany, a konkretnie naszej czarnej ściany w salonie.
Większość z Was zapewne wie, że naprawdę przez lata uwielbiałam tę czerń. Chyba w żadnym domu wcześniej nie spotkałam się z tak odważnym kolorem.
Tymczasem minęło sześć lat, a niecałe dwa lata temu, dokładnie wtedy, gdy przemalowaliśmy sypialnię, czarna ściana zaczęła mnie powoli męczyć. Coraz częściej myślałam, że już chciałabym jasny kolor. Taki właśnie jak w sypialni. Aż w pewien sierpniowy wieczór zagadnęłam męża, że potrzebuję zmiany. Okazało się, że jego też od dawna męczył ten kolor. Decyzja zapadła błyskawicznie.
Ktoś powie, piszesz, żeby postawić na prostą bazę, a wybrałaś czarny kolor? Jednak to właśnie pokazuje, że z kolorem ściany możemy zaszaleć, bo… łatwo to odkręcić. I że zmiany w domu to do jakiegoś stopnia zabawa. Skoro już wzięliśmy na tapet czarny kolor i rozmawiamy o prostej bazie, to o wiele trudniej byłoby zmienić czarną podłogę, czy czarne fronty kuchenne.
Jeśli na przykład macie fazę na czerwony, to nie polecam czerwonych płytek, tapet i frontów kuchennych. Ale czerwone dodatki? Jak najbardziej. Czerwone plakaty, poduszki, stolik kawowy, czy nawet ścianę, którą przemalujecie z czasem na inny kolor.
Mam znajomą, która marzyła o fioletowej kuchni na wysoki połysk. To bardzo mocny akcent. Szybko jej się znudził. Problem polega na tym, że już wtedy jej fanaberia była kosmicznie droga. Kuchnia jest w świetnym stanie, żal ją wymieniać i wydać kolejne pieniądze. Tymczasem ona nie może już patrzeć na fiolet. No i co z tym fantem zrobić?
Poza tym prosta baza jest świetnym rozwiązaniem, kiedy gubicie się w zalewie inspiracji. Są kolory i fasony ponadczasowe. Moim zdaniem ponadczasowa jest biała kuchnia. Dwadzieścia lat temu był ogromny bum na mahoń w kuchni. Sami mieliśmy taką kuchnię w wynajmowanym mieszkaniu w Lublinie. Przez moment chcieliśmy to mieszkanie kupić i pamiętam, że nieustannie myślałam wtedy, co zrobić z tą kuchnią? Była porządna, niewątpliwie kosztowała fortunę, ale ten pomarańczowy brąz był niemożliwy.
Warto uważać na mody, a kiedy błądzimy, zadać sobie pytanie, czy coś jest ponadczasowe, czy to chwilowy trend? A jeśli to drugie, idźmy bardziej w dodatki, które można łatwo zmienić.

Prosta baza jest też rozwiązaniem, kiedy zupełnie nie mamy pomysłu na dom. Nie wiemy jeszcze, co nam się podoba, albo nie mamy budżetu na całkowite wykończenie domu. Zamiast gorączkowo szukać inspiracji i kłaść kwieciste tapety, postawmy na uniwersalne rozwiązania. W naszym wypadku tak było z pokojami dzieci. Jasne nagie ściany, o których zdecydowaliśmy kilka lat później, kiedy dzieci też już wiedziały, czego chcą. 

Nasz salon z różnymi dodatkami na przestrzeni lat, co doskonale pokazuje, jak zmienia się nasz gust. Swego czasu byłam oczarowana wiklinowymi dodatkami, które dziś zupełnie mi się nie podobają.

COKOLWIEK WYBIERZESZ, PRAWDOPODOBNIE Z CZASEM CI SIĘ OPATRZY
Gdzieś z tyłu głowy zostawcie sobie tę myśl, że cokolwiek dziś wybierzecie, za kilka lat może się Wam to nie podobać. 
Nie dlatego, że wybraliście źle, albo mieliście zły gust, albo zbłądziliście, podążając za modą. Nie. Po prostu dlatego, że jeśli przez lata na coś patrzymy codziennie, to ma prawo nam się to znudzić. Nie inaczej jest z naszymi fryzurami, makijażami, ulubionymi ubraniami. Właśnie dlatego, jeśli oglądamy swoje zdjęcia wstecz, to nieustannie widzimy innego człowieka. Dopada nas myśl „co ja sobie w ogóle myślałam, nosząc tę sukienkę, fryzurę, makijaż?” No jak to co? Że wyglądam dobrze. Taka się sobie podobałam, taka była moda. I super. 
Świetnym przykładem są suknie ślubne. Chyba wszystkie moje koleżanki, które wychodziły za mą kilkanaście lat temu, teraz wybrałyby zupełnie inną suknię.
I dokładnie tak było z naszą zieloną sofą, którą doskonale znaliście. Kiedy ją kupowaliśmy, byłam pod takim urokiem butelkowej zieleni, że brakowało jej tylko na moich włosach. Wtedy dałabym rękę, że nigdy nie znudzi mi się ten kolor. Cytując klasyka „teraz nie miałabym ręki”.
Czy żałuję, że wtedy wybrałam taką sofę? Absolutnie nie.
Czarna ściana i zielona sofa były w moich oczach duetem idealnym. Sześć lat temu. Teraz podoba mi się coś innego. 

Oswojenie się z myślą, że coś co teraz rzuca na nas urok, za jakiś czas może w ogóle nam się nie podobać, jest w gruncie rzeczy wyzwalające. W przeciwnym razie traktujemy swoje decyzje, jak dożywotnie wyroki. Tymczasem domem można naprawdę się trochę pobawić.

Nasz salon w rok dwa po przeprowadzce

„DŹWIĘK POEZJI”, CZYLI BEŻ IDEALNY
Kiedy zapadła decyzja o zmianie koloru ściany, oczywiste było, że będzie to coś jasnego. Jasny tylko jaki? Po poprzednich remontach, wiedziałam, że Magnat, ale który? Podobał mi się Magnat Ceramic c47 „finezyjny opal”? Linia Ceramic jest super, bo właśnie ze względu na ceramiczną powłokę jest to farba bardzo odporna na wielokrotne szorowanie. Idealna, jeśli mamy małe dzieci, które lubią pisać keczupem po ścianach. Alternatywą był po po prostu „beżowy” KL19 z linii Kolor Love.  To bardzo silnie kryjące kolory z matową oddychającą powłoką. Idealne, jeśli masz w planach zamienić czarną ścianę w jasną. No oczywiście był też  „dźwięk poezji” z serii Magnat Passion, który mamy w sypialni. 
Tak naprawdę już kiedy malowałam sypialnię, chciałam przejechać tym wałkiem po salonie. Jednak wtedy mój mąż nie chciał jeszcze o tym słyszeć.
Uwielbiam ten kolor.  Jest przepiękny. W moim odczuciu beż idealny. Trochę jak kartki starej książki, dlatego ta nazwa „dźwięk poezji” tak mi do niego pasuje.
Niesamowicie współgra z każdym światłem. Nie jest ani za zimny, ani za ciepły. Jest za to bardzo elegancki i przytulny jednocześnie. Nadaje pomieszczeniu takiej hotelowej miękkości.  Uznałam, że nie będę eksperymentować z innymi kolorami, jeśli wiem, że ten jest doskonały. Klamka zapadła! Wybór padł na „dźwięk poezji” , który poradził sobie zakryciem czarnej ściany tak dobrze, że pozostała jedynie wspomnieniem na zdjęciach.  Gdybyście szukali idealnych jasnych beży, pamiętajcie o „finezyjnym opalu” z serii Magnat Ceramic i „beżowym z serii Kolor Love. 

Tego małego remontu dokonaliśmy wspólnie z Lolkiem podczas weekendu, kiedy mój mąż był w podróży służbowej. Lolek nie jest tylko wdzięcznym dodatkiem do zdjęć, ale solidnym pracownikiem, który naprawdę pomalował jakieś 30% ścian. Do malowania niezbędne są oczywiście wałki malarskie, ale chciałbym również polecić Mroza, którego  słuchaliśmy na cały regulator, zdzierając gardła. Bardzo polecam, jeśli planujecie w najbliższym czasie malowanie. 

Zapraszam Was dziś do naszego nowego jasnego salonu. Nie jest to typowa metamorfoza, jakie do tej pory oglądaliście na blogu, gdzie z brzydkich pomieszczeń wyczarowywaliśmy piękne pokoje.
Dziś chciałam Wam pokazać, że może nam się coś znudzić i można to zmienić.
Co istotne – metamorfoza nie kosztowała nas dużo. Najdroższe były sofy, które oddaliśmy do tapicera. Ale ponieważ był to dłuższy proces, płatność rozłożyła się na kilka miesięcy i była prawie nieodczuwalna.
Z dodatków dokupiłam jedynie dywan, kilka poduszek i zasłony. Co ciekawe – chcieliśmy zmienić lampę nad stolikiem kawowym, ale nie znaleźliśmy nic, co spodobało się nam bardziej, więc przeprosiliśmy się z lampą i została.
Tymczasem zapraszam Was na nasze remontowe tournée (lista wszystkich rzeczy które widzicie w salonie znajduje się na końcu wpisu)

Gdybyście szukali idealnych jasnych beży, pamiętajcie o „finezyjnym opalu” z serii Magnat Ceramic i „beżowym z serii Kolor Love.
"Dźwięk poezji" Dlaczego ten kolor? Bo zwyczajnie jest przepiękny. W moim odczuciu beż idealny. Trochę jak kartki starej książki, dlatego ta nazwa „dźwięk poezji” tak mi do niego pasuje. Niesamowicie współgra z każdym światłem. Nie jest ani za zimny, ani za ciepły. Jest za to bardzo elegancki i przytulny jednocześnie. Nadaje pomieszczeniu takiej hotelowej miękkości. No i przede wszystkim poradził sobie zakryciem czarnej ściany tak dobrze, że pozostała jedynie wspomnieniem na zdjęciach.
Ostatnie podrygi czarnej ściany, Szczerze mówiąc w tej konkretnej chwili nawet nie mogłam na nią już patrzeć!
Ja i mój wierny pomocnik Lolek. Do roboty!
Moment kryzysowy, kiedy zupełnie nie wierzysz, że jasna farba przykryje ciemną i masz chwilę zwątpienia...
Ale już za późno na zmianę decyzji, więc malujesz dalej!
Jednak poranek przynosi nadzieję i dostrzegasz światełko w tunelu!
I kiedy już opadasz z sił, wciąż nie możesz domyć rąk, ale widzisz efekt pracy i już wiesz, że było warto!!

PRZED WAMI NASZ NOWY SALON!

(zdjęcia były robione na przestrzeni czasu w różnym świetle)

Salon - co i skąd?

Barek – robiony na zamówienie przez stolarza

Lampa, dywan, lustro nad komodą, karnisze – Ikea

Plakat – Desenio

Poduszki ozdobne – Pepco

Zasłony, zielony wazon, biały wazon na ławie, biały fotel strunowy – Jysk

Ława, wazon na kominku, krzesła przy stole – Emaus (z drugiej ręki)

Komoda – olx (z drugiej ręki)

Lustro nad stołem – zrobione w prezencie przez Przyjaciela

Stół i lampa nad stołem – Puffo

Lampki nocne – wszystkie znalezione na starociach

Stojaki na drewno – Jula

Kwiaty – kupowane z marketach maleńkie, hodowałam sama

Kwietnik – Fluss

*Wpis powstał w ramach współpracy reklamowej z firmą Magnat

Podobne posty

1 comment

Gośka 24 listopada, 2022 - 9:22 am

Pięknie to wyszło.Jednak jasne kolory i dodatki robia robotę.Bardzo klimatycznie i przytulnie!

Odpowiedź

Napisz komentarz