TO ZARAZ MINIE, CZYLI RZECZ O NIEPRZESPANYCH NOCACH

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, który okres rodzicielstwa jest najfajniejszy?
Ja nie mam wątpliwości, że od kilku lat przeżywam najwdzięczniejszy czas bycia matką. Uwielbiam to, że dzieci są samodzielne, że możemy porozmawiać, że można tyle rzeczy z nimi uzgodnić, wytłumaczyć, poprosić o pomoc, a nawet szczerze powiedzieć, że jest się smutną, albo zmęczoną.
Ten moment, kiedy rodzicielstwo stało się dla nas łaskawsze, ściśle łączę z chwilą, kiedy dzieci przestały nas budzić rano. Pierwsze lata wspominam jako czas, kiedy byłam w stanie oddać WSZYSTKO za kilkanaście godzin snu wraz z porankiem, kiedy wstajesz, bo już nie możesz spać, a nie dlatego, że ktoś grzebie ci w twarzy, dosłownie pcha ręce do oczu, żeby oderwać ci powiekę od nieprzytomnej gałki ocznej i zawołać radośnie o czwartej nad ranem „zobac, słonecko jus stało!”.
Kocham to, że w weekendy rano dzieci stąpają na paluszkach, żeby dać nam pospać, często szykują bezszelestnie śniadanie, a patem siedzimy przy stole, gadając w nieskończoność.
Patrzę na nich znad filiżanki kolejnej kawy i nie mogę się nacieszyć, jakich urodziłam fajnych ludzi, a jednocześnie gdzieś tam w środku wyraźnie czuję, jak kruszy mi się serce, że wyrastają z bycia dziećmi.
Mogłabym zatrzymać ten moment na lata. Teraz kiedy wciąż jeszcze są tak mali, że nocny koszmar mogą odgonić tylko rodzice, i tak duzi, że mogę do nich zadzwonić, mówiąc „proszę, zróbcie dziś obiad, bo ja nie zdążę”.

JUŻ NIC NIE BĘDZIE JAK DAWNIEJ
Są dni, które osadzają się w pamięci wspomnieniem tak wyraźnym, że każdy szczegół jest wręcz namacalny.
Tamtego dnia podążałam ulicą Staszica w Lublinie w kierunku ulicy Lubartowskiej. To był wyjątkowo piękny, ciepły listopad, spływający ze starych budynków strugami ostrego, wiosennego niemal słońca. Szłam rozchełstana w szerokim płaszczu i camelowych kozakach, które upolowałam w lumpeksie za grosze. Przede mną kroczył olbrzymi ciążowy brzuch, w nim moja córka, która postanowiła zadomowić się tam na dobre. Dlatego pokonywałam kilkunasty już kilometr, próbując wychodzić z siebie tego zakotwiczonego we mnie człowieka. Wcześniej zdjęłam, wyprałam i rozwiesiłam w domu zasłony, co miało zapewnić mi błyskawiczny poród. Jadłam też ostre rzeczy, piłam dziwaczne napary i masowałam brzuch. Ani drgnęło.
Kiedy przemierzałam kolejną dzielnicę miasta, wyczekując skurczy, zadzwoniła do mnie Mama.
Pamiętam tę rozmowę, jakby telefonowała wczoraj. Powiedziała: „dam ci radę, idź, zrób coś miłego dla siebie, kup sobie coś, spędź czas, jak tylko chcesz. To być może jest ostatni dzień, może nawet ostatnie godziny, zanim zostaniesz mamą. Potem już nic nie będzie jak dawniej”.
Byłam młoda, harda, nieco butna, pomyślałam „pff, nic nie będzie jak dawniej! Wszystko będzie jak dawniej, tyle że dojdzie dziecko”. A kiedy kilkanaście godzin później, położono mi na piersi maleńką Marynię, przepowiednia mojej Mamy ziściła się.
Pojęłam, że nic już nie może być jak dawniej. Dawniej nie znałam takiej troski o drugiego człowieka. Nie miałam pojęcia, że można tak kochać. Że można stracić zupełnie pamięć o tym, że był kiedyś świat bez tego człowieka i wreszcie, że można tak się o kogoś bać, że kilkanaście razy w nocy będę sprawdzać, czy moje dziecko oddycha.
– Ten strach nie mija – powiedziała w tamtych dniach moja Mama – dziś jesteście dorośli, ale niepokoję się o was tak samo.
Wtedy dotarło do mnie, że ja już na zawsze będę matką, tylko moje dzieci przyjdzie mi pewnego dnia zwrócić światu.
Zostanę wtedy ze swoją troską i nostalgią za czasami, kiedy byli maleńcy i zupełnie ode mnie zależni.

ZBYT DUŻO MIŁOŚCI
Tymczasem miałam w domu noworodka. Do dziś nie mogę pojąć, że ktoś tak mały, kto ledwo waży, a jego głowa mieści się w dłoni, może spowodować tyle zamętu. To taki efekt trąby powietrznej. Z daleka wydawała się taka mała, a urwała dach i zabrała go ze sobą do sąsiedniej wsi.
W międzyczasie osobne tornado rozgrywało się w moim organizmie, hormonalny koktajl mołotowa dla niepoznaki zwany baby bluesem.
– Dlaczego płaczesz? – pytał mnie mąż.
– Dlaczego pani płacze? – pytały położne.
– Nie wiem – odpowiadałam, zalewając się łzami – chyba z miłości.
A moje łzy kapały na twarz karmionego piersią noworodka, który wypluwał sutka, odwracał twarz, bronił się przed słoną wodą, lejącą się z moich oczu. Mleko z cycka tryskało na wszystkie strony, moczyło ubranie pościel, głowę moją i dziecka. I tak płakaliśmy sobie razem, rozczarowani pozamaciczną rzeczywistością, zespojeni lepką siarą i bezgranicznym uczuciem nowej miłości.

THE NIGHT IS DARK AND FULL OF TERRORS*
Dziwię się, że najlepszy opis rodzicielskich nocy, wyszedł spod pióra człowieka, który dzieci nie ma.
Trzecią dobę po porodzie spędzaliśmy już razem w domu. Wymęczona połogiem i skrajnymi emocjami, zapadłam się w jakiś odległy sen, z którego wyrwał mnie piekący, potworny ból.
Otworzyłam oczy. Wszystko wokół mnie było mokre i lepkie. Moje piersi były wielkości arbuzów, gorące i twarde jak kamienienie w pożarze. To był nawał pokarmu, charakterystyczny dla trzeciej doby od narodzin. W popłochu porwałam śpiącą Marynię, żeby uwolniła mnie od nadmiaru mleka i bólu. Oczywiście skończyło się na wspólnym płaczu. Ona krztusiła się mlekiem, które wylatywało ze mnie jak woda z Karchera, ja wyłam z bólu. Dookoła nas jak w jakimś szalonym plemiennym tańcu skakał mój mąż, nie wiedząc jak do licha ma nam pomóc.
Z odsieczą przyszła moja Mama, od której dostałam laktator. Co dwie godziny ze snu wybudzał mnie, buzujący w piersiach pokarm. Kilka razy budziła się na karmienie Marynia. To wtedy zrozumiałam, jak dziwaczną porą doby jest noc. Czas się odkształca, momentami stoi w miejscu, a nawet cofa. Gdyby życie toczyło się nocą, byłoby przynajmniej dwa razy dłuższe.
Z dzieckiem lub laktatorem przyssanymi do piersi, siadywałam przy piecu kaflowym, który grzał mnie w plecy. Wpatrywałam się w ciemność i w sąsiednie okna, gdzie pewnie mieszkali ludzie, przesypiający bezrefleksyjnie całe noce… Całe noce.
Nad ranem zapadałam gwałtowny twardy sen, z którego wyrywało mnie kwilenie noworodka. Czasem już o ósmej rano byłyśmy po pierwszym spacerze.
Marzyłam, żeby nie nadchodził wieczór z tą poszarpaną, przewlekłą okropną nocą. Czasem dzwoniłam do Mamy, mówiąc jej, że nie dam rady. Słuchała, mówiła, że wiem, co czuję i zapewniała, że to za moment minie, a ja będę tęsknić za czasami, kiedy byli mali, pocieszni i całkowicie moi.
Nie wierzyłam jej.
Czy czułam się wycyckana przez życie, dziecko i laktator? Bardzo.
Czy chciałam wrócić do czasów sprzed dziecka? Nigdy, przecież nie było w nich dziecka.

JAK WY DALIŚCIE RADĘ?
Prawie wszystkie moje przyjaciółki i koleżanki rodziły po mnie. Tak się jakoś złożyło, że przecierałam te wyboiste rodzicielskie szlaki, a teraz z trójką dorastających dzieci jestem niemal matroną.
Przez ostatnie lata, kiedy na świat przychodzą kolejne dzieci naszych znajomych, wraca do nas pytanie „jak wy daliście radę z trójką?! My nie wytrzymamy”.
Uśmiecham się dyskretnie, żeby nie urazić młodych rodziców, bo tak bardzo bardzo wiem, co czują. Wiem też, że podczas niekończącej się nocy, kiedy marzysz o godzinie spokojnego snu, może się wydawać, że tak będzie już zawsze, to jednak znowu moja Mama miała rację. Zobaczysz, to tak szybko mija…
Kiedy firma WaterWipes zaprosiła mnie do kampanii #rodzicielstwobezfiltra, zgodziłam się natychmiast.
Od razu pomyślałam o moich przyjaciółkach, bratowych, koleżankach i kolegach, którzy pytali nas, jak poradziliśmy sobie z trójką dzieci. W gruncie rzeczy nie chcą wiedzieć, jak sobie poradziliśmy.
Chcą czegoś dokładnie odwrotnego, chcą wiedzieć, jak sobie nie poradziliśmy.
Chcą posłuchać historii, jak pękały mi cycki, jak buzowały hormony, jak nie spałam tygodniami, jak płakałam i miałam dosyć.
Ja też chciałam od mojej Mamy to słyszeć. Dlaczego? Dlatego, że dzięki temu nie czułam się gorszą matką. To był balsam na skrajne emocje, których doświadczałam. A więc nawet moja Mama płakała z bezsilności, ja też mogę.
Czy tęsknię za czasami, kiedy byli maleńcy, zgodnie z zapowiedzią mojej Mamy? Chyba jeszcze nie, bo mam ich na wyciągnięcie ręki. Czasem ściśnie mi serce, kiedy zobaczę jakieś stare zdjęcie.
Nie mam jednak wątpliwości, że wszystko się spełni. Któregoś dnia przyjdzie mi zwrócić ich światu. Zostanę ze swoją troską i nostalgią za czasami, kiedy byli maleńcy i zupełnie ode mnie zależni.

#rodzicielstwobezfiltra
Kiedy szykowałam zdjęcia do tego wpisu, poszłam do łazienki po chusteczki WaterWipes. Okazało się, że moje córki już zdążyły je odkryć i wykorzystać do demakijażu twarzy, ponieważ ostatnio przeżywają fascynacje kosmetykami.
Oczywiście już chciałam zrobić im wykład, o tym, jak to biorą cudze rzeczy bez pytania i jeszcze zostawiają po sobie łazienkę uwaloną szminkami, aż nagle do mnie dotarło, że to najlepsza i najbardziej metaforyczna scenografia do dzisiejszego wpisu.
Dzięki temu mogliśmy się dowiedzieć, że chusteczki WaterWipes nawilżane jedynie wodą (w 99,9%) z dodatkiem ekstraktów roślinnych, nadają się nie tylko do delikatnej pupy noworodka, ale do delikatnej cery nastolatek również 😉

W ramach kampanii #rodzicielstwobezfiltra spotkałyśmy się jakiś czas temu z Natalią i Marysią, z którymi od lat się przyjaźnię (a znamy się poprzez blogi) i nagrałyśmy film o naszych macierzyńskich początkach. Rozmawiamy o wszystkim. O porodzie, połogu, karmieniu piersią, o tym, że każdy noworodek to Ryszard Kalisz i że dużo gorsze od publicznego karmienia piersią jest publiczne dłubanie w nosie, a jakoś nikt nie piętnuje dłubiących!
Bardzo polecam Wam obejrzeć film, nie tylko dlatego, że to mój filmowy debiut, ale myślę, że każdy rodzic, oglądając go, może poczuć ulgę, że wszyscy czasem mamy ochotę podpalić się i wyskoczyć przez okno, ale jednocześnie za własnym dzieckiem wskoczymy w ogień.

Opowiedziałam Wam dziś swoją historię w ramach kampanii #rodzicielstwobezfilta, czekam na Wasze. Przez kilka kolejnych miesięcy w ramach współpracy z WaterWipes będę opowiadać Wasze historie. W kolejnym wpisie przedstawię Wam Agnieszkę i Kamila, którzy stoczyli prawdziwą bitwę o życie synka i wielokrotnie byli wzywani do szpitala, żeby go pożegnać.
Jeśli chcecie opowiedzieć swoje historie, piszcie, proszę na adres missaraferreira@gmail.com, w temacie wpisując „rodzicielstwo bez filtra”.
Bardzo mile widziani również ojcowie.

*”Noc jest ciemna i pełna strachu” George R.R. Martin A storm of swords

You may also like

8 komentarzy

  1. Dzięki Ci za ten tekst, mam w domu 15 miesięczne dziecko i jest lepiej niż było kilka miesięcy temu ale nadal za mało snu i za mało czasu dla siebie. Dobrze wiedzieć, że wszyscy rodzice tak maja, większośc lukruje, że jest bosko…
    Nie poznałam twoich dzieci na teraźniejszym zdjęciu, są takie dorosłe już. Ślicznotki i przystojniak wam rosną 🙂

  2. W listopadzie minęło 16 lat od kiedy zostałam mamą. Ciągle wydaje mi się, że to było wczoraj, chociaż syn ma 180cm wzrostu i 75 kg żywej wagi 😁- a w momencie narodzin było to 2,5 kg małego człowieka. Budził mnie co 2 godziny do 3 r. ż. Wszystko można przetrzymać! I najważniejsze- jesteśmy super kumplami. Życzę Wszystkim Rodzicom Wytrwałości ❤

  3. Nigdy nie chciałam mieć dzieci i nadal nie chcę, a ten tekst utwierdza mnie w świadomości, że moje szczęście jest gdzie indziej. Podobnie jak w przekonaniu, że dla wielu kobiet to macierzyństwo jest największym szczęściem i spełnieniem. Czytam Cię od lat, cenę za talent i brak zadęcia, za to że (podobnie jak w tekstach o życiu na wsi, czy goleniu nóg) potrafisz w sposób subtelny i humorystyczny pokazać, że tam gdzie jeden czuje słodycz miodu, inny znajdzie mdlący ulepek, natomiast porzygać można się dopiero, kiedy chcą ci wmówić, że jest odwrotnie. Pozdrawiam szczęśliwych rodziców i bezdzietnych 🙂

    1. Dziękuję Ci za te słowa, bardzo miło mi to czytać. Ludzie po prostu są różni i kiedy się o tym pamięta, życie jest łatwiejsze. Ściskam!

  4. piekne dzieciaki,a synek ma usmiech po Tobie,tak pisze patrzac po zdjeciach,wszystkie brazowookie,ja mam dwojke i tez jak patrze to widze jak oni kurna wyrośli a niedawno bylo tylko mamoooo,mamooo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.