JACHTEM PO WYSPACH LIPARYJSKICH, CZYLI NASZE SYCYLIJSKIE WAKACJE

Muszę przyznać, że ten rok był dla nas wyjątkowo szczodry pod względem wyjazdów. Najpierw Norwegia i zorza polarna (myśl o zorzy nieustannie mnie wzrusza), potem kilka dni w Grecji, majówka w Bieszczadach i w końcu Sycylia. Poza majówką, która chyba już na zawsze będzie naszą tradycją, bo nie potrafię sobie wyobrazić, w jakim innym miejscu mogłabym być w tym czasie, wszystkie wyjazdy były dosyć spontaniczne, albo raczej decyzje o nich takie były. Doszliśmy do wniosku z mężem, że taki system u nas sprawdza się najlepiej. Mówimy tak, a potem główkujemy jak. Bo kiedy zaczynaliśmy od jak?, to zazwyczaj kończyło się na jednak nie.
Nie ma co ukrywać, że często motorem napędowym naszych podróży są Państwo Góreccy, którzy pytają, czy jedziemy z nimi, ale jednak tonem oznajmującym.
Nie inaczej było z propozycją lipcowego rejsu, która padła jeszcze zimą 2018 roku, a termin wydawał się tak odległy, że uznaliśmy, że jakoś to będzie. I chociaż koniec końców taka wyprawa jachtem, to nie jest najtańsza impreza, płatności tak rozkładają się w czasie, że nie czujesz jednorazowego zamachu na kieszeń.
Prosiliście mnie o wpis z instrukcją, jak zorganizować taki rejs, ale tu muszę oddać ukłon w stronę naszego kapitana, który dzierżył również ster organizacyjny całej wyprawy. I jest to informacja o tyle istotna, że bez kapitana, czyli osoby posiadającej uprawnienia do pływania jachtem, nie da się popłynąć w rejs, bo nikt nie wypożyczy Wam jachtu.
Z grubsza wygląda to tak, że wybieracie okolice, po jakich chcecie pływać, szukacie mariny, rezerwujecie jacht. Warto brać pod uwagę już na tym etapie, jak dotrzecie do miejsca, z którego wyruszycie w rejs. Samolotem, samochodem? Jeśli samolotem, to jakie są ceny biletów i jak wygląda transport z lotniska? Ile kosztuje wypożyczenie samochodu, gdzie zostawicie samochód? Ile będzie kosztował parking? Itd.
My mieliśmy się stawić w Marinie Portorosa w Furnari i wyruszyć stamtąd w rejs po Morzu Tyrreńskim na Wyspy Liparyjskie, czyli tam, gdzie mieszka mitologiczny Eol, władca wiatrów.
Początkowo braliśmy pod uwagę wyprawę samochodem z Polski, ale po przeliczeniu czasu, kosztów, zmęczenia jazdą, postawiliśmy na samolot.
Podróżowanie z przyjaciółmi ma tę wspaniałą zaletę, że jest gwarantem kupy śmiechu i mnóstwa przygód. Od takich małych przygódek, które od razu się zapomina, jak chociażby ta, że mój mąż z torby podróżnej zapomniał wyjąć scyzoryka i wszystkich to rozśmieszyło, tylko nie jego i nie ochronę, po trochę większe, jak moment, kiedy w połowie drogi na lotnisko, orientujecie się, że nie lecicie z Modlina, tylko z Chopina. O turbulencjach nie wspomnę, bo dla mnie latanie, to balansowanie na krawędzi grawitacji i zawsze, kiedy wysiadam z samolotu, ściskam życie z całej siły i całuję ziemię.
I tak oto przyszło mi ucałować ziemię katańską.
Sycylia to specyficzne miejsce. Na pierwszy rzut oka uderzają cię piękno, bieda, olbrzymie oleandry i tony walających się śmieci. Po chwili odkrywasz, że czas jest tu kwestią umowną, pośpiech rzeczą zbędną, luz jest koniecznością, przestrzeganie zasad jest dla chętnych. Bo doprawdy, co powiedzieć o człowieku, który na pełnym relaksie rozstawia na dwupasmówce stragan z warzywami? I nikogo to nie dziwi. Nikt nie trąbi. Ot, gwałtowny skręt kierownicy, żeby nie stać się koktajlem ludzko-owocowym i jedziemy sobie dalej.
Na horyzoncie majestatyczna Etna. Po chwili wyłania się wybrzeże z ogromem spokojnej lazurowej wody. Przy każdym uchyleniu okna do samochodu wdziera się niemożliwe gorące powietrze.
Zatrzymujemy się, żeby coś zjeść. Zewsząd to niezmącona pośpiechem atmosfera.
Wznosimy toast za pierwsze takty kolejnych niezapomnianych wakacji.

Po dwóch godzinach podróży docieramy na miejsce. Jeszcze trochę papierologii, drobnych problemów, stania w upale, w końcu jacht Marcella staje się naszym domem na kolejnych siedem dni.
I cóż Drodzy Czytelnicy, chciałabym teraz napisać, że odkryłam w sobie żeglarza, że morze mam w krwiobiegu, że robię patent sternika i od dziś słucham tylko szant, ale…
No właśnie, jest jedno ale. Okazało się, że mam chorobę morską, podłą i nieodpuszczającą.
Zamiast żeglarki zostałam rzyglarką, a ze wszystkich znalezionych cytatów o morzu, najbliższy jest mi ten z Zamieci Neala Stephensona:
Im dalej od brzegu, tym większe fale. Ledwo człowiek wyrzyga śniadanie, już trzeba rzygać lunch.

Wracałam do domu w podskokach, marząc o całym jedzeniu świata, łóżku, które nie będzie bujało, kawie, na którą nie mogłam patrzeć tydzień, wściekła na swój organizm, że tak mnie zawiódł i nie dał mi się wyszaleć. Powtarzałam sobie „nigdy więcej jachtu!”.
Ale wiecie, jak to jest ze wspomnieniami? Te złe wyparowują, zostaje to, co dobre. Dlatego w wakacjach z dzieciństwa zawsze jest taka piękna pogoda.
Przeglądam zdjęcia z rejsu. Ściska mnie za serce. Tyle dobrych chwil. Piszę do kapitana „oglądam zdjęcia i chce mim się płakać”. Po chwili odpowiedź: „już tylko 11,5 miesiąca i znowu płyniemy!”

morze tyrreńskie
wyspy liparyjskie

Do wyspy Vulcano dotarliśmy późnym popołudniem. Woda była spokojna, rozgorączkowane słońce powoli tonęło w morzu. Niedaleko wybrzeża zarzuciliśmy kotwicę i zeszliśmy na ląd. Mała wysepka wybrzuszała się gwałtownie, a z jej trzewi uciekała żółta siarka o agresywnym zapachu.
To tam planowaliśmy iść – na samą górę, gdzie można zobaczyć krater wulkanu.
Wspinaliśmy się powoli, pył wulkaniczny połączony z piachem utrudniał nam wędrówkę. Każdy krok do przodku oznaczał pół kroku w tył. Łapczywie połykaliśmy gorące powietrze, ocierając pot.
Z góry rozciągał się ten widok, przy którym słowa bledną i wzywasz tylko bogów nienadaremno, niech patrzą razem z tobą.
Z turkusowego morza, połykającego słońce, wyrastały kolejne wysepki. Nasz jacht majaczył w oddali śmiesznie maleńki, jakby którykolwiek z bogów mógł przewrócić go, pstrykając tylko palcem.
Wciągaliśmy widok wszystkimi porami skóry, zaniechując niezdarne słowa.
Do miasteczka zeszliśmy, kiedy już rześki wieczór panoszył się po uliczkach. Po drodze kupiliśmy pięć cytryn, ważących razem dwa i pół kilograma.
A potem czarna gęsta noc zastała nas na plaży. Ponad nami na niebie zaparkował Wielki Wóz.
Morze było spokojne, jakby zastygło. Jacht ledwie się poruszał na jego śpiącej tafli, po której niosły się leniwe takty „Into my arms” Nicka Cave’a and The Bad Seed.
I była to jedna z tych doskonałych chwil, które chcesz zatrzymać, ale wycieka gwałtownie z sieci czasu i momentalnie zostaje wspomnieniem.

wulkan stromboli
rejs po morzu

Wulkan Stromboli się gniewa. Mruczy i chrząka. Przywodzi na myśl olbrzyma, który budzi się po tysiącach lat drzemki i wstał lewą nogą. Na wyspie jest pusto, cicho i pięknie. Tydzień temu wulkan eksplodował, była jedna śmiertelna ofiara, a mieszkańców chciano ewakuować. Teraz statki przypływają na bezpieczną odległość, żeby turyści mogli oglądać jego spektakularne fochy i odpływają, zanim szlag go trafi.
Tej nocy znów kotwiczymy. Morze jest poddenerwowane, popycha jacht we wszystkie strony. Z prawej migocze latarnia morska z lewej wulkan.
Mamy wachtę nocną. W oddali światła miasteczka. W nadmorskiej knajpce impreza. Morze przynosi nam wybuchy śmiechu i okrzyki radości. Trochę jak w filmie grozy.
Niby wszystko jest dobrze.
Nagle pomruk. Złowrogi. Ciemna góra nad miastem pęka, wyrzuca w niebo czerwony pył.
Przechodzi mnie dreszcz. Otulam się kocem szczelniej.
Szmer, jakby spadały drobne krople deszczu. Wyciągam dłoń. Płatki jak śnieg, tylko czarne. To pył wulkaniczny. Rano będziemy wyciągać go z włosów i ubrań, wymiatać z pokładu.
– Mógłbyś mieszkać w pobliżu aktywnego wulkanu?
– Nigdy w życiu – odpowiada, wpatrzony ze strachem i fascynacją w czerwoną łunę.

relaks na morzu
opalanie

Jak mała może być wyspa? Może mieć 9 kilometrów kwadratowych. Jak Filicudi. Nawet nazwa przywodzi na myśl, coś małego. Po prostu nie wypada, żeby Filicudi było ogromne.
Można wsiąść na skuter, objechać wyspę w kilkanaście minut.
Jedziemy. Nie mówię, jak bardzo się boję, bo nie chcę wyjść na tchórza. Udaję, że gęsią skórkę mam od zimna, a drżenie to silnik. Pierwszy raz w życiu jadę skuterem. Zakręty są ostre. Widok zniewalający. Stać mnie tylko na głupawy rechot.
– Parę razy byłem pewien, że się wywalimy – powiedział po wszystkim.
– Słucham?!
– Spokojnie, ja wiem, jak się trzeba wywalić na skuterze, żeby się nie zabić. Do rowu albo w krzaki.
– Teraz mi mówisz?!
– A wolałaś, żebym ci powiedział w trakcie?

Tę noc spędzamy w hotelu na brzegu. Do późnej nocy siedzimy na balkonie, wsłuchani w szum morza. Na horyzoncie majaczy wulkan Stromboli. Jak piekąca rana na czarnym niebie.
Nie można oderwać od niego wzroku.
Jutro wracamy do domu.

stromboli

Nie jestem fanką noworocznych postanowień, ale w tym roku miałam jedno – z każdego wyjazdu robię fotoksiążkę. I to nie miesiąc po powrocie albo dwa, albo jak już wyjadę wszędzie i zrobię pięć naraz.
Nie. Wracam i robię fotoksiążkę. Póki jeszcze emocje są świeże, chcę je złapać i przelać na papier.
Naszą ukochaną jest ta z Norwegii z zorzy polarnej. Zrobiłam ją od razu w dwóch kopiach i wręczyłam w prezencie Góreckim. Oglądamy ją regularnie. My, dzieci, goście, bo ich miejsce jest na parapecie w kuchni obok książek kucharskich.
Po powrocie z Grecji też od razu zrobiłam fotoksiążkę, a kilka dni temu przyjechały wspomnienia z Sycylii i mówcie, co chcecie, ale to są takie emocje, że nie można porównać ich do zdjęć w telefonie, czy na komputerze.
Poza tym im więcej czasu mija od wyjazdu, tym większy sentyment. I już widzę, jak za dwadzieścia lat oglądają te fotoksiażkę moje wnuki i mówią „o ja jeny babciu, co za forma! Ale z dziadkiem wyglądaliście!”.
Od jakiegoś czasu fotoksiążka podróżnicza jest obowiązkowym elementem każdej mojej podróży i szczerze Wam polecam tę przedłużoną przyjemność z wyjazdu.

fotoksiążka z wakacji
sycylia 2019
wspomnienia z podróży

JAK ZROBIĆ FOTOKSIĄŻKĘ?

Z pozoru może się wydać, że robienie Fotoksiażki to skomplikowana sprawa, ale warto spróbować, żeby zobaczyć, że wcale tak nie jest. Ja mam już taką wprawę, że robię to w okamgnieniu i mam ogromną frajdę w trakcie. Najważniejszy jest wybór zdjęć. To muszą być zdjęcia dobrej jakości.
Jeśli nie wiecie, jakiej jakości są Wasze zdjęcia, nie martwcie się – program Was od razu powiadomi. W każdym szablonie jest zasugerowane, gdzie umieszczać zdjęcia – są do tego specjalne ramki, ale warto pamiętać, że to tylko sugestie. Możecie bawić się opcjami. Zdjęcia powiększać, pomniejszać, na jednej stronie umieścić ich 20. W ten sposób fotoksiążka, która z pozoru ma tylko 28 stron, może mieć kilkaset zdjęć 🙂
Do Waszej dyspozycji jest dużo narzędzi, które mogą Waszą fotoksiążkę urozmaicić – ramki, tła, wzory, możecie wrzucać teksty, do wyboru jest wiele fajnych fontów. To kwestia tylko wyobraźni i gustu.
A skąd mieć pewność, że gotowa fotoksiążka będzie wyglądać dobrze i nie popełniliście po drodze błędów – np. napisy poza książką? Tu również nie musicie się martwić – na sam koniec dostaniecie komunikat, gdzie i jakie są błędy oraz jak je poprawić.
W moim dzisiejszym wpisie widzicie dwa rodzaje książek – A4 pion i mała foto książka 20X20.
Ta mała jest bardzo poręczna, można wrzucić ją do małej torby, a zdjęcia wcale nie są za małe, bardzo wygodnie się je ogląda.
Tu możecie znaleźć filmik, który pokazuje, jak zrobić fotoksiążkę.

Mam oczywiście dla Was kody zniżkowe na Fotoksiążki Pixbook. Za format A4 pion 40 stron z kodem SYCYLIA29 zapłacicie 29 zł, a za za format 20×20 40 stron z kodem SYCYLIA28 – 28 zł.
Kody są wielokrotnego użytku, ważne do 15 września. Korzystajcie, ile chcecie ?

foto książka pixbook

Do Waszej dyspozycji jest dużo narzędzi, które mogą Waszą fotoksiążkę urozmaicić – ramki, tła, wzory, możecie wrzucać teksty, do wyboru jest wiele fajnych fontów. To kwestia tylko wyobraźni i gustu.

zdjęcia znad morza

Wracam i robię fotoksiążkę. Póki jeszcze emocje są świeże, chcę je złapać i przelać na papier.

pamiątka z wyjazdu

Od jakiegoś czasu fotoksiążki traktuję jak obowiązkowy element każdej podróży i szczerze Wam polecam tę przedłużoną przyjemność z wyjazdu.

etna
fotoksiążka podróżnicza

Możecie bawić się opcjami. Zdjęcia powiększać, pomniejszać, na jednej stronie umieścić ich 20. W ten sposób fotoksiążka, która z pozoru ma tylko 28 stron, może mieć kilkaset zdjęć 🙂

rejs jachtem
moje fotoksiążki grecja i sycylia

Z każdego wyjazdu robię fotoksiążkę. I to nie miesiąc po powrocie albo dwa, albo jak już wyjadę wszędzie i zrobię pięć naraz. Teraz z kodem promocyjnym SYCYLIA29 możecie zamóić fotoksiążkę A4 pion 40 stron za 29zł

sycylia i norwegia w fotoksiążkach

Sycylia i Norwegia. Znajdź różnicę.

mała fotoksiążka 20×20

Mała fotoksiążka 20×20 jest bardzo poręczna, można wrzucić ją do małej torby, a zdjęcia wcale nie są za małe, bardzo wygodnie się je ogląda. Teraz korzystając z kodu promocyjnego SYCYLIA28 możecie zamówić ją za 28zł.

krajobrazy sycylii
zorza polarna

Zorza polarna na Sycylii 😀 Mery mówi, że ją chłodziła!

Mam oczywiście dla Was kody zniżkowe na Fotoksiążki Pixbook. Za format A4 pion 40 stron z kodem SYCYLIA29 zapłacicie 29 zł, a za za format 20×20 40 stron z kodem SYCYLIA28 – 28 zł.
Kody są wielokrotnego użytku, ważne do 15 września. Korzystajcie, ile chcecie ?

*Wpis powstał we współpracy z Pixbook

You may also like

10 komentarzy

  1. Saro, wszystko piękne! Opis, widoki i Ty. Jak gwiazda z Dynastii. Serio (i to zdjęcie z Insta na obcasach – maj low!).
    I wiesz, przekonałaś mnie! Zaraz siadam do fotoksiążki z wakacji. W końcu już tydzień minął od powrotu. Jak się nie zbiorę to będzie jak z Lizboną, w której byłam w 2016, a fotoksiążka wciąż nie skończona.

  2. Saro, dziękuję za inspirację! Napisz proszę czy zdjęcia robisz telefonem czy aparatem?
    I jakim aparatem…. Są bajkowe, genialne, przepiękne. Zazdroszczę! Ściskam Magda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.