OSTATNI DOM PO LEWEJ…

Niedawno opowiadałam Wam o urokach i przekleństwach wiejskiego życiobrania i tak sobie myślę, że stanowczo za mało uwagi poświęciłam niesamowitemu klimatowi, jaki zapada po zmroku na odludziu, kiedy przychodzi Ci pędzić żywot słomianej wdowy.

Na ten przykład wczoraj, byłam już tak pewna, że oto jestem za pan brat z lękiem, że postanowiłam pooglądać sobie Twin Peaks, hehe.
I gdybym powiedziała Wam teraz, że następnie się zesrałam ze strachu, to byłby to daleko idący eufemizm.
A skoro już jesteśmy w stylistyce fekalnej, to jeśli ktoś tu kogoś za przeproszeniem wysrał, to ani chybi strach mnie i nie odwrotnie.
Tak więc przyszło mi spać z zapalonym światłem. Zresztą mówienie jakobym tej nocy spała, jest nadużyciem, to była raczej walka o życie z Niewidzialnym i Wyimaginowanym, podczas której co jakiś czas zapadałam w nerwową drzemkę.
Ze zdziwieniem odkryłam o poranku, że jak na trupa, to zalega we mnie zaskakująco sporo życia. W każdym razie dawka wystarczająca, żeby podnieść się z łóżka i standardowo niewystarczająca, żeby z watahą dzieci, opuścić dom na czas.
Nie wiem też, co to jest, że byle poranny skrawek światła wystarczy, żeby w człowieku obudził się ten Chojrak-Szyderca, mówiący „pff, serio? Tak się bać? Czego niby? Żenada”. I bardzo bym sobie życzyła, żeby Chojrak-Szyderca, towarzyszył mi również nocą, kiedy przydrożne krzaki i cienie zaczynają tętnić grozą.

Tak oto podczas tej nocnej krwawej maligny, doznałam jakiegoś przebłysku świadomości, że jeśli jeśli dotrwam do rana, to muszę Wam opowiedzieć o pierwszej samotnej nocy, jaką spędziłam na odludziu.
Niniejszym więc, spełniam swój nocny testament.

***

Październik dogorywał sromotnie. Jesień zaczęła znaczyć teren siarczystym deszczem.
Dzień skurczył się bezlitośnie do szesnastej.
Przyszedł Mrok i odmienił oblicze krajobrazu – drzewa zgrabiały i powlekły się szkarłatem, chaszcze ożyły, wiatr rzępolił na badylowych strunach, niebo zatrzasnęło się przed światłem, ziemia wydała na świat niezidentyfikowane cienie.
Scenografia do spektaklu pt „Koszmar” w wykonaniu konającej Przyrody, była gotowa.
Brakowało już tylko mnie – skazanej na główną rolę w tym mrocznym widowisku, wdowy, utkanej z najczystszej krwi słomy, och!

Tymczasem po domu rozpanoszył się Morfeusz – z pokojów dzieci dobiegało miarowe pochrapywanie.
Kieliszek zaczął domagać się czerwonego wina, a cisza muzyki.
Niemal błogo.
Tylko gdzieś po kątach przemykały nieoswojone cienie i szepty.
To tylko akompaniament nowego domu – myślałam – nie znam jeszcze tego utworu – tak sobie powtarzałam.
A wieczór się starzał, uznałam, że czas kuchnię zamienić na sypialnię – ja, wino, łóżko i House of Cards! Ideał.
Zachłannie zanurzyłam się w pościeli, posmakowałam wina, wpatrzyłam się we Franka Underwooda, gdy nagle, całkiem wyraźnie, zaraz pode mną – tępy ale wyraźny odgłos! Jakby ktoś młotkiem uderzał o metal…
Nieee, niemożliwe – uspokoiłam się w myślach – to ta wyobraźnia wariatka – patrz na Franka, on by się nie bał!
Tak więc pochłaniam wzrokiem Franka i nową sukienkę Claire, sączę wino, zapominam o strachu, i właśnie gdy moja czujność zostaje uśpiona – jebudub! Wyraźnie pode mną, młotek o metal! Nie ma innej opcji.
Przez moment widzę siebie, jako krwawą miazgę – efekt uboczny spotkania z młotkiem.
Oddalam jednak ten nieznośny scenariusz. Przecież to niemożliwe!
Jaki młotek? Jak niby ktoś mógłby dostać się do garażu?! I czy tak by hałasował, chcąc mnie skrzywdzić? To niedorzeczne! Tak niedorzeczne, że musiało mi się przesłyszeć.
Taaak, to tylko omamy słuchowe, uff, jak dobrze, przecież mi się tylko zdawało, ale ze mnie głuptas i tchórz, tak sobie wkręcić, że się coś słyszało – cóż za głupota – myślę, a moje myśli zostają brutalnie zmiażdżone przez młotek, którym ktoś napierdala o metal w garażu!!
TO MI SIĘ NIE WYDAJE – krzyczę do siebie pogrubionym CAPS LOCKIEM i nie wiem, nie wiem gdzie dzwonić – po tatę, po policję, po karetkę czy od razu do domu pogrzebowego.
Łzy mi stają w oczach – dlaczego młotek? Dlaczego nie pistolet? – takie myśli kołaczą mi się po głowie i jednocześnie jakaś durna siła każe mi iść na dół i sprawdzić ile prawdy jest w moich majakach.
Odruchowo gaszę światło – znam swój teren lepiej niż ten ktoś w garażu z młotkiem.
Nagle ciemność staje się moim sprzymierzeńcem, przywieram do ściany, bezszelestnie schodzę po schodach, a za mną kordon myśli – co z dziećmi? Czy wyciszyłam telefon? Serwer mi padnie jak umrę…
Bezgłośnie przenikam do kuchni, bezgłośnie biorę do ręki nóż, bezgłośnie krzyczę wniebogłosy – przecież to nie może być prawda!! Czaję się z nożem na kogoś kto czai się na mnie z młotkiem! Boże, gdybym tylko wiedziała, że tak będzie wyglądać scena kulminacyjna mojego życia…
Nagle odzyskuję całą obumarłą wiarę, wszystkim bogom świata obiecuje wszystko w zamian za życie.
Przykładam ucho do ściany garażu… Gdzieś między jednym biciem serca, a niemym oddechem, młotek zderza się z metalem, kilka centymetrów ode mnie… Dzieli nas ściana…
Biorę telefon, czy tata zdąży dojechać?
Wykręcam numer, połykając łzy, gdy nagle – wyraźny głos rozsądku – pomyśl! Ten hałas z garażu, dokładnie co kilka minut – odmierz!
Faktycznie, głuchy metalowy dźwięk dochodzi z garażu równo co dwie minuty. To musi być jakiś odgłos domu, którego nie znam!
Równo co dwie minuty, bam! Dwie minuty. Bam. Dwie minuty. BAM!
Borze i Jeżu! Czy to śmiertelna wyliczanka, czy jakiś odgłos nowego domu?!
Myśl Ferreira!
Nagle z krwawej miazgi moich myśli, zaczyna wygrzebywać się jakiś sensowny zarys… Hydraulik wspominał, że hydrofor się zepsuł, że będzie hałasował, żebym się nie przestraszyła, że w poniedziałek naprawią… Żebym się nie przestraszyła, hehe, jakby kurwa za późno!
Ale nic to! Biorę to darowane znikąd życie w ramiona, zmiazgiwstaję, wracam na łono żyjących!
To hydrofor, mały skurwysyn, ależ mi stracha napędził, zaraz sama go młotkiem popieszczę…
Tylko, że nadal dzieli nas ściana i wolę mieć pewność, że w hydroforze nie siedzi żaden Hannibal Lecter…
Muszę tylko otworzyć drzwi wejściowe, wyjść na zewnątrz, otworzyć bramę garażową, sprawdzić czy nie mordują i wrócić do domu.
Tylko tyle.
Innymi słowy – rozewrzeć wrota ciemności, zajrzeć do paszczy lwa i sprawdzić czy na bank nie gryzie.
Pestka.
Czuję jak potna rosa osiada na mojej gęsiej skórce… Tylko otworzyć drzwi, jedne drugie, zajrzeć, wrócić.
No dobra.
Przekręcam klucz w zamku, jakbym naciskała spust pistoletu przytwierdzonego do skroni.
Wrota do ciemności stają otworem.
Cisza, wiatr, ja, nóż, urwany oddech.
Brama garażowa, z mozołem pnie się ku górze… Sezamie weźże się otwórz!!
Wpadam do garażu, staję oko w oko z hydroforem, czekam na BAM…
Wtem! BAM! Jest!
Wypadam z garażu, jak pocisk, wpadam do domu, zatrzaskuję drzwi, odbezpieczam pistolet, siadam na wycieraczce, ciągle trzymam nóż, tęsknię za miastem, płaczę z radości, rzucam kurwami szczęścia.

Biorę pod rękę Darowane Życie, idziemy spać.
Hydrofor rzęzi w garażu.
BAM. Dwie minuty. BAM. Dwie minuty. BAM.

Aaa, kotki dwa, szarobure bam bam bam!

You may also like

16 komentarzy

  1. Hydrofor – mały skurwysyn! Poryczałam się ze śmiechu:D Pani Fereiro jak nikt potrafisz mi rozweselić kazdy wieczór!:D
    A jak sobie wyobraziłam Ciebie w jakich podskokach wracasz z garażu z powrotem do domu, to wybuchnęłam śmiechem jeszcze raz:D Dzięki Bogu, że jakoś uszłaś z życiem:D

  2. Łączę się w strachu, ten piękny i barwny opis sprawił, że niemal posikałam się w gacie. Straszny ze mnie sraluch-mazgaluch, bojuch i panikarz..
    A właśnie czeka mnie tydzień słomianowdowieństwa na niskim parterku od ulicy bez rolet antywłamaniowych <3… Brr

  3. „Zmiazgiwstaje…”- ja pitole, tylko Ty moglas to wymyslic… Miazga po prostu 🙂 Nie ma chyba lepszej blogopisarki od Ciebie. Wciągam Cię jak „Anię z Zielonego Wzgórza” ze dwadziescia trzy lata temu!

  4. Lato.Mąż z dziećmi na wyjezdzie.Mieszkanie na 1 piętrze,nowy blok,dookoła rusztowania.Nie dawno wyszła koleżanka,przyszła aby powiedzieć że nasza wspólna koleżanka ,ze studiów,zginęła wraz z dwiem córeczkami.Dookoła noc,przez otwarte okna zwykle hałasy.Nagle słyszę jak mocny,taki grobowy głos mówi powoli-Małgosiu wróć,Małgosiu przyjdz.Zesrać się to za mało powiedziane.Zamarłam jak ta czyjaś żona.Nie wiedziałam czy uciekać po rusztowaniu,czy zamykać okna?.Powoli głos ustawał.Ale co przeżyłam to moje.Okazało się że nad nami lokator rozmawiał przez telefon z żoną swą,Małgosią.Usiłowal namówić ją do powrotu .Nigdy tego nie zapomnę.

  5. błagam, napisz w koncu książkę 🙂 genialnie się to czyta, czuje jakbyś opisała moje mysli, kiedy mąż wyjeżdża i zostaje tylko ja i ciemność

  6. No bo kto to tak wymyślił, że cholerny hydrofor psuje się w taki sposób?! Nóż do obrony/ataku jest całkiem, całkiem. Moim wynalazkiem była zapalniczka i dezodorant po zabarykadowaniu się w łazience, bo schody skrzypnęły. Byłam wtedy już całkiem duża i dorosła. Całkiem niedawno przyszło mi nocować kompletnie samej (tzn. bez ludzkiego towarzystwa) na całkowitym zadupiu (takim bez zasięgu i bez większego miasta w promieniu 30km) w towarzystwie 20 koni, 3 alpak, labradorzycy, która złodziejowi- mordercy pokazałaby zapewne podwozie (z miną: „zagłaszcz na śmierć”), dwóch kotów (te, jak wiadomo, ewentualne problemy miałyby w dupie) i jednej kozy (o! ta to by mnie obroniła, ale miniatury jakoś nie budzą postrachu). Dzielnie udawałam, że „nicto”, ale jakoś tak bardzo szybko przemieszczałam się po zmroku, do tego zaczęłam bardzo głośno rozmawiać na dwa głosy… Trochę się pocieszyłam, że nie jestem sama z paranoją:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.