URATOWAŁY MNIE KOSMETYKI, SZPILKI I SUKIENKI!

Wygląda na to, że mój szafiarski żywot został przypieczętowany już za czasów wczesnego dzieciństwa.
Jest takie zdjęcie w rodzinnych kronikach fotograficznych, gdzie mam niespełna dwa lata i dumnie spoglądam z wysokości kilkucentymetrowych szpilek mamy.
Szczęśliwie nie miałam wtedy świadomości, że konsekwentnie brana jestem za chłopca. Desperackie próby zainstalowania na moich lichych włosach jakieś kokardy, sygnalizującej moją dziewczyńskość, zazwyczaj kończyły się komentarzami „chłopczyk z kokardką na głowie? Co za czasy”.
No cóż, dziś mogę już stanąć w prawdzie – szmat dzieciństwa byłam łysym chłopcem, ot co!
Na dodatek nogi miałam tak krzywe, że ciągle potykałam się o własne stopy.
Zaprawdę powiadam Wam – uratowały mnie kosmetyki, szpilki i sukienki!
Inaczej musiałbym sobie wytatuować na czole „dziewczyna, nie mylić z chłopcem”.

Być może stąd właśnie moja ogromna fascynacja atrybutami kobiecej garderoby – pamiętam, że kiedy mama gdziekolwiek wychodziła, czekałam aż zamkną się za nią drzwi i pędziłam do jej sypialni. Mierzyłam sukienki, buty, biżuterię, oczy smarowałam tuszem, usta pomadką, co moment nerwowo zerkając przez okno czy przypadkiem mama już nie wróciła.
W lustrze podziwiałam swoje strojne oblicze, marząc o dniu, kiedy wreszcie dorosnę i dostanę mandat na pindrzenie.
Tymczasem dochodziła północ, moja karoca stawała się dynią i musiałam wszystko skrupulatnie odłożyć na miejsce, tak żeby mama nie dostrzegła jak srogo buszowałam w jej królestwie.
Stawałam na swoich wymalowanych rzęsach, żeby wszystko wyglądało na nietknięte, po tylko żeby zaraz po powrocie mamy usłyszeć: „widzę, że znowu stroiłaś się w moje rzeczy, odkładaj wszystko na miejsce!”

Miałam może pięć lat, kiedy z siostrą cioteczną Kasią, potajemnie zamknęłyśmy się w łazience, gdzie mieszkała kosmetyczka cioci.
Jak dziś pamiętam! Małe okrągłe lustro, do którego nie dorastałyśmy. Wdrapywałyśmy się na pralkę i wannę, żeby podziwiać swoje oblicza, kraśniejące wypiekanym różem.
I znowu rzęsy ubabrane jakimś ordynarnym tuszem.
I znowu usta natarte zjełczałą pomadką.
I trupie twarze usypane z pudru o dwa tony za jasnego.
Nagle wołanie: „dziewczynki obiad na stole!”
Matko kochana, obiad stygnie, a my tak nieludzko zmalowane!
Gęby pod wodę, próbujemy zmyć z siebie to dzieło niesfornego wizażysty , i nic!
Tusz wdał się w intrygę ze szminką i ani drgnie!
Puder zawzięcie przywarł do twarzy!
Jesteśmy bezsilne, wyglądamy jak ofiary brutalnej napaści i wygląda na to, że już na zawsze tak zostanie.
Wtem! Genialna myśl, olśnienie! Zmywacz do paznokci. Skoro zmywa lakier, to na logikę – z pudrem i tuszem też sobie poradzi.
Wylewamy na waciki zmywacz, szczodrze… i szorujemy tym twarze, nie omijając okolic oczu.
Łazienkowa przemiana z gejszy w buraka – nasz numer popisowy, który na stałe możemy włączyć do naszego repertuaru potwornych głupot, którym postanowiłyśmy nadać życie.

A potem były sromotne czasy szkoły podstawowej…
Życie jak w potrzasku – z jednej strony rodzice: „ani mi się waż malować! Jeszcze przyjdzie na to czas”.
Nerwowe tuszowanie rzęs gdzieś po drodze między domem a przystankiem autobusowym, po to tylko, żeby zaraz usłyszeć od wychówy: „marsz do kibla i zmyć mi to!”

Od czasów dzieciństwa trochę się zmieniło – na szczęście wyrosły mi z głowy włosy, co ułatwiło mi nieco odgrywanie mojej dziewczyńskiej roli.
No i co tu dużo mówić – dorosłam w końcu i mam ten wymarzony mandat na pindrzenie się.
Co sumiennie czynię z radością 😀

Kiedy więc GOSH Copenhagen zapytał, czy nie zechciałbym poeksperymentować z ich tuszami i eylinerami, byłam wniebowzięta!
Najpierw postanowiłam zostać femme fatale – pozwoliłam wyżyć się tuszowi, eyelynerowi i kajalowi na moich oczach.
A potem, jako typowa zmienna kobieta stałam się subtelna wersją samej siebie – eyeliner i jedna warstwa tuszu.
Już żadna nauczycielka nie rozkaże mi: „marsz do kibla i zmyć mi to!”
Mogę się pindrzyć do woli, i tylko czasem mąż powie: „moim zdaniem za mocno, jak transwestyta”.
Albo syn zapyta mnie: Mamo, po co się malujesz? – Żeby wyglądać ładniej, kochanie. – To dlaczego nie wyglądasz?
Pfff… Faceci

biżuteria – Apart



GOSH GIANT PRO KAJAL
Przy mocniejszym, wieczorowym makijażu uwielbiam malować linię wodną.
Jest tylko jeden problem – po chwili kajal się maże i po holywoodzkim looku nie ma śladu, no chyba że gramy w filmie o zombie – jak śpiewa Taco Hemingway – „a nasze koleżanki, piękne jak lalki Barbie pod koniec tańców wyglądają jak laleczki voodoo”.
A ponieważ stylistyka voodoo nie jest moją ulubioną, z kajala zrezygnowałam na lata.
Aż wypróbowałam tego z Gosha.
Z ręką na sercu – to jest pierwszy tego typu kosmetyk, który zostaje na linii wodnej i nigdzie się nie wybiera. Dla eksperymentu użyłam go nawet do zagęszczenia górnej linii rzęs – ani drgnął!
Dla efektu „smokey” można rozetrzeć go patyczkiem kosmetycznym – tak wykonałam pierwszy makijaż, i zostaje na miejscu.
Naprawdę nie dawałam mu większych szans, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
Na stałe ląduje w mojej kosmetyczce, jest bezkonkurencyjny w swojej kategorii.
To nowy produkt z kolekcji wiosna – lato 2017, i o mamo – jak dobrze, że się pojawił!

MASCARA CATCHY EYES GOSH
Tusz do rzęs to mój ukochany kosmetyk od zawsze.
Dzięki niemu odkryłam, że mam naturalnie bardzo długie rzęsy!
I gdybym musiała zabrać ze sobą na bezludną wyspę jakiś kosmetyk – to zdecydowanie tusz.
Czy jeśli powiem, że bez tuszu czuję się bardziej naga niż bez ubrania to przesadzę? Hehe, uwierzcie mi – nie tak bardzo 😀
W moim przypadku tusz jest kosmetykiem wielozadaniowym – o poranku, jak za dotknięciem magicznej różdżki wyczarowuję nim oczy. Moje lustro jest niemym świadkiem tej spektakularnej przemiany – z bezokiego porannego straszydła w rzęsistą krasawicę!
Wieczorem zaś, dodatkowa warstwa tuszu i voila – femme fatale gotowa.
Od tuszu oczekuję, że będzie idealnie rozdzielał rzęsy i nie rozmazywał się. Już jakiś czas temu odkryłam, że tego typu szczoteczka jest dla mnie najlepsza – jeśli macie małe oczy, lub opadające kąciki (albo jedno i drugie jak ja!) to prawdopodobnie u Was również tego typu szczoteczka – krótkie włoski i lekko podkręcona zda egzamin.
Macarę Catchy Eyes polecam Wam z czystym sumieniem.
Poza tym, że świetnie rozczesuje rzęsy i jest trwała, chociaż nie wodoodporna ( dla mnie to bardzo istotne) to spokojnie na poranna jedną warstwę możemy nałożyć kolejną. Wiele tuszy kompletnie się do tego nie nadaje. Dla mnie to bardzo istotne, bo często w pośpiechu muszę zmienić makijaż z dziennego na wieczorowy i nie mam czasu na zmywanie oczu i robienie wszystkiego od nowa.


GIANT PRO LINER GOSH
Kiedyś nie wyobrażałam sobie makijażu bez eyelinera, a kiedy patrzę na te zdjęcia to nie wiem czemu w ostatnich latach zrezygnowałam z niego.
Chyba głównie za sprawą czasu – wiecznie go za mało na staranny makijaż. A eyeliner nie lubi działać pod presją.
Pewnie Was zaskoczę, ale chyba po raz pierwszy próbowałam tego typu kosmetyku we flamastrze!
Co za doskonałe rozwiązanie.
Cały ten stres, gdzie popłynie eleyliner, kiedy stracę panowanie nad pędzelkiem, staje się irracjonalny.
Zresztą malowanie oczu flamastrem, kojarz mi się z dzieciństwem 😀
Ten eyeliner również zaskoczył mnie trwałością – nie kruszy się, poza tym jest intensywnie czarny, nie ma mowy o jakimś rozmytym kolorze.
Łatwo się zmywa, a wiec łatwo wykonać nim ewentualne poprawki.


No dobra to ja lecę teraz zapytać męża i syna w jakiej wersji mnie wolą 😀
A jeśli macie chrapkę na więcej kosmetyków marki GOSH to zajrzyjcie na stronę www.gosh.pl

*Wpis powstał we współpracy z GOSH Copenhagen

You may also like

15 komentarzy

  1. Jestem absolutnie zakochana w tym tuszu od prawie roku, mimo że w tym czasie kupiłam kilka innych (droższych) żaden z nich nie zdeklasował GOSHa. Przepiękne zdjęcia, pozdrawiam! :*

  2. Ja Cię zdecydowanie wolę w wersji lekkiej, romantycznej, kobiecej! 🙂 W tych mocno czarnych oczach trochę zbyt wampowato i ostro 😉

  3. o jak ja dobrze znam sytuację, gdy w autobusie ktoś pytał „przepraszam, czy może mi pan skasować bilet?” a ja ze łzami jeszcze w liceum kasowałam w milczeniu upokorzona 🙂
    tylko jakoś nie czułam mimo wszystko wielkiej potrzeby malowania i dopiero po 30 wyszłam poza tusz i korektor 🙂 a teraz nadrabiam i mówię sobie, głupia Ty głupia, tyle lat zmarnowanych 🙂
    http://www.roomrebel.com

  4. Pięknie wyglądasz w tych makijażach. Rozumiem Twój dylemat z dzieciństwa. Mój syn wyglądał, jak dziewczynka i nie czuł się z tym dobrze. Teraz za to jest bardzo męski i przystojny. Podobnie jest z Tobą. Wyrosłaś na prześliczną kobietę i tak trzymaj!!!
    Pozdrawiam Cię serdecznie.

  5. Też robiłam takie numery w dzieciństwie czym doprowadzałam moją mamę do szewskiej pasji 😀 A teraz takie numery robi moje dziecko, tak więc.. cóż 😀
    Przepięknie wyglądasz, najbardziej podobasz mi się w wersji romantycznej <3

  6. Uhh ależ dawno nic Ci nie pisała 😉

    Ja też z tych co to bez rzęs nie mają oczu a bez brwi mają bezkształną masę w kolorze żółto brzoskwini w której każdy normalny człowiek posiada rysy twarzy 😉
    Wiec tak tusz to od zawsze był dla mnie podstawowy kosmetyk, nawet bardziej niż korektor pod oczy który wysłania wory siegające mi już czasem po łydki w kolorze dorodnego zombie.
    Na stare lata poszłam w wygode i po prostu kleję rzesy raz na 3 tygodnie i hasztag i woke up like this ciut bardziej mnie dotyczy gdy mam rzesy i brwi z henny 😉

    Jakkolwiek z tego kompletu chętnie spróbuje tego kosmetyku na linie wodną bo głównym powodem dla którego odpuściłam było szybsze znikanie niż misterne malowanie.

    Ach no i last but not least – ależ Ty piękna jesteś i w głowie zachodze jakże to być mogło że Ciebie ktoś z chłopcem mylił..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.